49. Błysk i Grzmot - Część VI - Burza // Rozdział III

Kolejny tydzień zgodnie z oczekiwaniami zleciał nam jak z bicza strzelił. Adam wstawał jeszcze w nocy i z innymi wędrował pod hale by zdobyć jedzenie na cały dzień. Tym samym odkryłam, że bycie w Stolicy ma swoje plusy. Z aut dostawczych, które przywoziły zapasy do hal można było niezauważenie podebrać świeże owoce, wędliny i pieczywo, które wprost rozpływało się w ustach. Wiedziałam, że wszystko to pochodziło z kradzieży, ale przecież nie mieliśmy innego wyboru. Nie było możliwości tego ani samemu wyprodukować, ani na to zapracować. Tym bardziej nie mieliśmy czym za to zapłacić, a nawet jeśli byśmy mieli to nie mogliśmy zdradzić swojej obecności. Chcąc nie chcąc pozostawała nam tylko stara dobra sztuka przywłaszczania sobie cudzego mienia.

 

Między mną i Adamem było natomiast tak jak zwykle. No może prawie tak samo... Żadne z nas nie dało po sobie poznać, że ukrywa coś przed tym drugim. Codziennie chodziłam z nim na spotkania dotyczące sztuki przetrwania dla tych, którzy postanowili udać się na przedmieścia. Brałam w nich czynny udział i ze zdziwieniem zauważyłam, że robienie pętli i węzłów, zakładanie sideł czy rozbijanie namiotu szło mi dużo łatwiej niż mogłabym przypuszczać. Być może obserwowanie Adama podczas naszej wędrówki utwierdziło mnie w przekonaniu, że potrafię to zrobić. Nie wiem skąd wzięły się te wszystkie namioty, ale sądząc po stopniu ich zabrudzenia i zniszczenia, musiały służyć bezdomnym od dłuższego czasu. Wyglądało na to, że ci, którzy mieli namiot ale nie chcieli wyruszyć w stronę domów, zdecydowali się przekazać go innym. Kolejny mały wyraz solidarności, który sprawiał, że mimowolnie się uśmiechałam.

 

Musiałam przyznać, że po całym tygodniu czułam się o wiele bardziej pewna powodzenia naszego planu. Gdy kolejne grupy pod osłoną nocy opuszczały podziemia moje ciało wypełniał już nie tylko lęk, ale przede wszystkim ogromna duma. Udało mi się tych ludzi zmobilizować do walki i przekonać o słuszności podjętej przez nas wszystkich decyzji. Adam pokazał im zaś drogę do osiągnięcia sukcesu i doradzał jak się bronić przed nieprzewidywalnością przyrody. Robert natomiast za naszymi plecami zagrzewał ich do walki i pokazywał ciosy obronne, chociaż gdy tylko to zauważyliśmy cmokaliśmy na niego z dezaprobatą. Pomimo to cieszył mnie ten wszechobecny entuzjazm. To było dobre uczucie. Lepsze niż to co spotykało nas dotychczas.

 

Każdego wieczora mieliśmy z Adamem czas dla siebie. Jednak nasze rozmowy przestały być takie jak wcześniej. Sądzę, że obydwoje, każde z osobna, zaczęliśmy bardziej dbać o to, co mówimy, a przez to mówiliśmy coraz mniej. Owszem były tam ciągle deklaracje miłości i okazywanie sobie wsparcia, ale także rezerwa którą boleśnie odczuwałam. Czy byłam temu winna czy nie, trudno było to osądzić, niemniej i tak mnie to smuciło. To tak jakby cieszyć się z zapalonej świecy. Czułam ciepło i widziałam światło, jednak im dłużej się paliła, tym bardziej knot zatapiał się w wosku. Bałam się, że skrywanie prawdy zniszczy nas oboje i nie będziemy mogli sobie nawzajem wybaczyć trwania w tych wszystkich niedopowiedzeniach.

 

Właśnie dlatego, gdy dzisiejszej nocy po kilku minutach rozmowy zasypiałam wtulona w niego plecami, czułam narastający ból w piersiach. Zaczynałam wątpić, że wytrzymam ciągnięcie tego przez kolejne tygodnie. Grupy wyruszyły sześć dni temu i zaczął się dla nas czas nerwowego oczekiwania. Nie miałam pojęcia jak to zniosę ani co będziemy robić. Euforia z podjęcia działań nadal buzowała w żyłach każdego z nas jednak bez podsycania mogła szybko zniknąć. Obawiałam się, że ludzie wokół mnie stracą zapał i zaczną ogarniać ich wątpliwości. Nie mówiłam tego na głos, ale im bliżej było do planowanej daty, ja też coraz bardziej się bałam. Tym razem jednak bardziej o Adama i o nasze dziecko niż właściwie o siebie.

 

Dni mijały, a ja coraz bardziej utwierdzałam, się w przekonaniu, że jestem w ciąży. Piersi stawały się pełniejsze i wrażliwsze na dotyk. Poprawiła mi się kondycja włosów i paznokci. Ponadto coraz bardziej dokuczał mi głód, a także zapachy panujące w tunelach. Na całe szczęście nie wymiotowałam ani więcej nie mdlałam, ale nie raz, nie dwa byłam tego bliska. Skrywałam się w takich momentach w cieniu, jak najdalej od innych, a zwłaszcza Adama. Nie chciałam by o to pytał. Nie chciałam by o tym wiedział. Musiałam zapewnić mu spokój. Nie mogłabym teraz żyć bez przyspieszonego bicia jego serca za moimi plecami. Bez ciepła jego dłoni na moim brzuchu. Oddechu na moim karku. Kochałam go. Nie chciałam dawać mu powodów do dodatkowych zmartwień. Wystarczyło, że ja się martwiłam...

 

Zasnęłam pogrążona w myślach. Musiałam swój stan przenieść na sny bo spałam wyjątkowo niespokojne. Wybuchy ognia, błyskawice, świsty kul, strzały i jęki postrzelonych. Jeden wielki harmider. Chaos. A pośrodku ja. Jak postać w teatrze. Oświetlona reflektorem, zastygła w skupieniu i z przerażeniem malującym się na twarzy. Patrzyłam na siebie z perspektywy widza jednak czułam targające mną emocje. Nie mogłam zrobić ani jednego kroku, zaczerpnąć ani jednego oddechu. Stałam jak zamrożona, a ludzie wokół mnie padali, łkali i wzywali pomocy. Zbieranina martwych ciał i ich powykrzywianych z bólu twarzy. Jedna wielka plątanina bezwładnych nóg i rąk. Nie wiem kto, ani dlaczego strzelał. Wszystkie kule omijały jednak miejsce w którym stałam, tak jakby odgradzała mnie od nich jakaś niewidzialna bariera. Ale nie miała wcale mnie ochraniać. Światło przytrzymywało mnie i więziło. Ciała zaś nadal gęsto ścieliły się pod moimi stopami. W końcu przesłoniły mi widok, a krew zaczęła zbierać się dookoła moich nóg jakbym stała wewnątrz wielkiego kubka. W końcu sięgnęła moich ust, a potem nosa. Krztusiłam się nią, jednak nie próbowałam się poruszyć. Topiłam się bez sprzeciwu, skazana na męczarnie bez żadnej możliwości walki.

 

Ostatnim co zarejestrowałam zanim straciłam we śnie świadomość był okropny smak posoki i czyjś szyderczy śmiech docierający do moich uszu. Doskonale wiedziałam do kogo należał. Identycznie brzmiał nocą gdy razem z Grzegorzem złapali mnie w ruinach. Nikt inny nie mógłby się tak ze mnie śmiać. Tak... To był głos Radka.

 

Ocknęłam się cała zlana potem. Metaliczny posmak krwi towarzyszył mi nadal więc instynktownie dotknęłam językiem swoich warg. Podczas koszmaru zagryzłam je tak mocno, że przecięłam je własnymi zębami. Gdy tylko to sobie uświadomiłam poczułam się niezwykle słabo. Wzięłam jednak kilka oddechów i udało mi się jakoś opanować mdłości. Pospiesznie otarłam łzy, które musiały zebrać się w kącikach oczu jeszcze zanim się obudziłam. Podniosłam się na dłoniach i rozejrzałam dookoła. Wszędzie panował znajomy półmrok. Dotknęłam dłonią materaca obok mnie - był pusty i zimny. Adam musiał wybrać się już z innymi mężczyznami na szaber.

 

Położyłam się ponownie jednak ilekroć próbowałam zamknąć oczy prześladowały mnie obrazy ze snu. W końcu zrezygnowana westchnęłam i wygramoliłam się z posłania. Adam owinął mnie szczelnie śpiworem i kocem, a na to położył jeszcze moją-Pauli kurtkę. Ubrałam się w nią, założyłam buty, które po paru zabiegach Zofii były już mniej ciasne i zdecydowałam się na krótki spacer w stronę najbliższej kratki wentylacyjnej. Była oddalona o niecały kilometr jednak wędrówka kanałami w półmroku nie była już dla mnie żadnym wyzwaniem. Chciałam pobyć trochę sama, z dala od pochrapywań śpiących ludzi. Kochałam ich na swój sposób jednak jedyne czego teraz potrzebowałam to odrobina samotność i haust świeżego zimnego powietrza.

 

Droga w jedną stronę zajęła mi około piętnastu minut. Nie musiałam się w końcu spieszyć. Sądząc po kolorze nieba, które widziałam przez kratkę, pozostała przynajmniej godzina zanim mężczyźni powrócą z prowiantem. To było jedno z tych stwierdzeń, które ostatnio dawało mi wiele do myślenia. Dziwnie było wiedzieć coś, o czym kiedyś nie miało się pojęcia. Walka z kaprysami przyrody, obserwowanie jej, ciągłe przebywanie na łonie natury, poleganie na jej bogactwie – wszystko to sprawiło, że zauważałam teraz oznaki upływu czasu i wszelkie zmiany jakie zachodziły na zewnątrz. Nie mogłam powiedzieć, że kiedyś byłam typem domatora. Owszem czytałam dużo książek i grałam na komputerze niemniej w ciepłe dni wychodziłam z laptopem czy z ulubionymi powieściami na dwór i kładłam się na kocu na świeżej trawie. Jednak pomimo, że słyszałam odgłosy wydawane przez ptaki i owady, a także lubiłam zapach kwiatów czy świeżo skoszonej trawy, tak naprawdę nigdy tego nie doceniałam. Liczyła się tylko książka lub gra. Teraz dopiero wiedziałam jak wiele cennych chwil straciłam bezpowrotnie. Chyba już nigdy nie będę miała okazji odczuć tak błogiego lenistwa i spokoju. Docenić pracy pszczół zbierających nektar. Ptaków przenoszących nasiona. Wtedy wszystko było prostsze. Wtedy nie musiałam się bać o swoje życie.

 

Stałam tak pogrążona w myślach dłuższy czas. Mój podniesiony po śnie i wędrówce puls unormował się już i spokojnie oddychałam. Ostatnio męczyłam się znacznie szybciej niż kiedyś. Może dlatego że byłam w ciąży - miesiączka nadal się nie pojawiła - a może dlatego, że miałam aktualnie więcej czasu na obserwowanie siebie niż dotychczas. Jedno było pewne, zimne nocne powietrze działało kojąco na moje zszargane nerwy. Wiedziałam jednak, że nie mogę zbyt długo tak stać. Nocą temperatura spadała już grubo poniżej zera, a ja nie mogłam się przecież przeziębić. Miło było jednak oddychać bez żadnych przykrych doświadczeń. W podziemiach panowała duchota wypełniona zapachem brudnych ubrań i zaniedbanych ciał. Nie mogę powiedzieć, że wszyscy nie interesowali się tym jak wyglądają, pachną czy się ubierają, niemniej było kilka osób, które zwyczajnie w świecie nie dawały się namówić na coś więcej niż umycie twarzy czy rąk. My też z Adamem nie mieliśmy luksusów ale z butelek z letnią wodą robiliśmy sobie prowizoryczny prysznic. Może głupio to wyglądało jak jedno z nas stało nad drugim i trzymało butelkę nad jego głową, ale kanały dawały potrzebną nam przestrzeń i ochronę przed ciekawskimi spojrzeniami. Nie robiliśmy tego często ale raz na kilka dni bo wymagało od Adama zdobycia dużej ilości wody, jednak tacy już byliśmy. Dbaliśmy o siebie. Myślę, że Adam sam do tego dorósł, a ja wyniosłam to z domu. Cóż, prawda była taka, że aktualnie tylko na sobie mogliśmy polegać.

 

Miałam co prawda siostrę, którą widziałam tylko chwilę, ale doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że nie jestem jej wcale potrzebna. Miała mamę i tatę. Biologicznych rodziców nie będzie wcale pamiętała. Ja natomiast nigdy ich nie zapomnę. Będę więc dla Malwinki bardziej jak ciotka niż siostra. Co wcale nie będzie takie złe. Dzięki temu będzie miała pełną rodzinę. O ile oczywiście wszyscy przeżyjemy to, co zaplanowaliśmy. Jeśli nie – zostanie z Adamem - najwspanialszym wujkiem na świecie. Spełniałam więc swoją powinność. Zapewnię jej ochronę przed złem. Przynajmniej o to mogłam być spokojna...

 

Niespodziewanie moje rozważania przerwały podniesione głosy. Najpierw usłyszałam szuranie butów na chodniku na górze, nerwowe sapanie, kilka przekleństw i urywany zszokowany męski głos powtarzający w kółko "o mój Boże, o mój Boże...". Ktoś najwyraźniej ciągnął go trzymając za ramiona. Potem do moich uszu dotarły nawoływania jego towarzyszy biegnących z tyłu i ich stłumione: "szybciej, szybciej..." i "nie mogą nas złapać". Szczególnie to ostatnie zwróciło moją uwagę. Głos bez wątpienia należał do Adama, ale wypowiadając to musiał był zdjęty ogromnym przerażeniem. Coś się stało i z pewnością nie było to nic dobrego.

 

Włosy stanęły mi dęba na karku i puls przyspieszył natychmiastowo. Chciałam być już w węźle. Szybko zarzuciłam kaptur na głowę i zapięłam kurtkę aby nie przeszkadzała mi w biegu. Jednak gdy tylko to zrobiłam i postawiłam pierwszy krok moja stopa omsknęła się o zaszronioną podłogę. W mgnieniu oka straciłam równowagę i upadłam na tyłek. Instynkt zadziałał jednak na tyle, że zablokowałam część uderzenia dłońmi. Efekt był jednak opłakany - bolało mnie i jedno i drugie. Podźwignęłam się stękając i klnąc pod nosem. Ręce były poobcierane i krwawiły. Próbowałam wybrać z nich drobinki piachu ale szybko zaczęły przyklejać się do napływającej krwi. Niewiele myśląc polizałam prawą dłoń. Wyplułam obrzydlistwo, które powstało w moich ustach i powtórzyłam zabieg na drugiej ręce. Krew nadal się zbierała jednak rany nie były już tak bardzo zabrudzone. Zadowolona z efektu postanowiłam wyssać posokę z zadrapań, aby zatamować krwawienie.

 

Przy drugiej dłoni mnie zemdliło. Poczułam jak w mgnieniu oka, robi mi się niedobrze. Kropelki potu zaczęły rosić całą moją twarz. Było mi duszno i słabo. Na przemian zimno i gorąco. Otępiała dotknęłam dłonią czoła i zdałam sobie sprawę, że jest chłodne i wilgotne. "Osłabienie" - tak zawsze ten stan oceniała moja mama. Potarłam skronie i ukucnęłam chowając głowę pomiędzy kolanami. Wmawiałam sobie, że to tylko na chwilę. Po kilku minutach usiadłam, podkładając sobie kurtkę pod obolałą pupę. Trwałam tak dłuższą chwilę, bez żadnego poczucia czasu. Wiedziałam, że powinnam biec do węzła. Było pewne, że Adam będzie się o mnie martwił. Miałam świadomość, że nie wolno mi było tutaj zostać. Jednak po prostu nie miałam siły się podnieść. Głowa mi ciążyła, a przed oczami zaczęły pojawiać się białe plamy. Znałam ten stan. Wystarczyła przecież tylko chwila…

 

Powoli, zupełnie bezwiednie osunęłam się na ścianę i straciłam przytomność.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Shogun 4 miesiące temu
    Jezusie Maryjo, Liliana jest czasem tak głupia, że aż mnie głowa boli. W ciąży jest, a będzie sobie sprinty urządzała. Co za bezmyślność. Nie dość, że się przewróciła, poobijała i poraniła dłonie, to przecież przez ten upadek mogło się coś stać dziecku. Adam też głąb, zamiast jej nagadać do słuchu jak chłop, że powinna na siebie uważać, to ten pozwala jej na wszystko. Jednak to nie koniec. Szczyt wszystkiego, to te ich podchody. Wiadomo co jest grane, to zamiast porozmawiać i ustalić co i jak, na czym stoją, to się czają. Przez to jest niekorzystna atmosfera i z deczka świrują. Kurcze, zirytowałem się trochę ich niedojrzałym i bezmyślnym zachowaniem.
    Co do rozdziału jest bardzo dobry, ładnie napisany. Taka cisza przed burzą. Jak zawsze czekam na kolejny.
    Pozdrawiam :).
  • Kocwiaczek 4 miesiące temu
    Cóż. Mądrość nie jest jej mocną stroną :) Obydwojgu brakuje odwagi na poważną rozmowę. Teraz jednak nie będzie już za bardzo na nią czasu...
  • Shogun 4 miesiące temu
    To nie dobrze, bo w takim razie nie będą mogli ustabilizować sytuacji między sobą. Mam nadzieję, że to nie wpłynie negatywnie na ich misję.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania