Arena Multiświatów 4. Las

Rozejrzał się dookoła. Otaczający go las był mroczny; sprawiał wrażenie nieprzystępnego i… opuszczonego. Lesh przez całe życie mieszkał w znajdującej się w dżungli wiosce Lehjun. Nie było w niej zakamarków, których by nie znał. Dodatkowo wiele lat spędzonych pośród gigantycznych drzew spowodowało, że doskonale odnajdował się w lesistym terenie.

Jedna rzecz niepokoiła go w tym lesie najbardziej. Jego rodzinne strony rozbrzmiewały odgłosami tysięcy żywych istot przesiadujących pod ziemią, w krzakach i w ogromnych koronach. Jego las nigdy nie spał. Tutaj natomiast nie było słychać niczego. Żaden tajfa nie przebiegał niepostrzeżenie, ani jeden ptak gupko nie śpiewał swej barwnej symfonii oraz żadne kalioty nie stukały grubymi dziobami w wiekowe pnie. Panowała tutaj nienaturalna cisza, przerywana od czasu do czasu szelestem drobniutkich, długich igieł na lekkim wietrze.

Wrócił myślami do dopiero co odbytej walki na arenie. Istoty, z którymi przyszło mu się mierzyć były stworzeniami, których nigdy nie wiedział na oczy. Najosobliwiej wyglądały te przerośnięte jaszczurki, które królowa nazwała „dinozaurkami”.

Pomyślał, że sama królowa jest bardzo tajemniczą i niepokojącą osobistością. Po chwili jednak stwierdził, że nie tylko ona. Cała rzeczywistość, w której się obecnie znajdował przepełniała go niepokojem i narzucała wiele pytań. Jak znalazł się na arenie, w imię czego walczył, dlaczego w ogóle walczył, kim była ta tajemnicza kobieta i przede wszystkim jak stąd trafić do domu? Nie był nawet pewien czy można stąd trafić do domu. Królowa mówiła coś o opanowaniu przestrzeni przez jego towarzyszkę. Czy to możliwe, aby ona przeniosła go z jego spokojnego domu na drzewie? Ale jaki miałaby w tym cel?

W jego umyśle pojawiało się coraz więcej pytań. Niestety na żadne nie miał odpowiedzi. Zrezygnowany opuścił głowę. Wtedy właśnie zauważył dziwną, metalową skrzynkę znajdującą się pod jego nogami. Przykucnął obok niej i delikatnie otworzył wieko. Ku swojemu zdziwieniu w środku znalazł dokładnie tyle strzał, ile wystrzelił na arenie. Były to dokładnie te same strzały lub przynajmniej wyglądające identycznie. Oprócz amunicji w skrzynce znajdował się też skórzany bukłak, jak się przekonał z wodą, porcje, pakowanego w pergamin, ususzonego mięsa, pochodnię i krzesiwo. Całe wyposażenie pozwalające mu przeżyć parę dni.

Do głowy znów uderzyły kolejne pytania, na które jak i poprzednio nie dostał odpowiedzi. Wyjął całe nabyte wyposażenie, wstał i rozejrzał się. W zasadzie nie wiedział, czego szukał. Postanowił jednak spróbować dowiedzieć się, gdzie się znajduje a co ważniejsze, spróbować przeżyć w tym lesie.

Rozpoczął wędrówkę w losowo wybranym kierunku. Wydawało mu się, że na południe. Ocenił to po mchu rosnącym na drzewach. Sterty brązowych igieł szeleściły pod jego nogami a łamane suche gałęzie akcentowały jego każdy krok. Bał się, że zostanie usłyszany przez nieokreśloną dziką zwierzynę, ale las pozostawał spokojny i niewzruszony. Wypełniająca przestrzeń cisza była nienaturalna; niepokojąca.

Podczas marszu wrócił myślą do czarnowłosej towarzyszki. Nie zdążył jej nawet podziękować za pomoc. Kobieta w końcu uratowała mu na arenie życie. Zastanawiał się, czy jeszcze kiedyś ją zobaczy.

Minęło sporo czasu nim słońce miało się ku zachodowi. Pomarańczowe promienie przedzierały się przez ścianę koron, powodując wspaniałą śreżogę. Temperatura powietrza również spadła. Lesh postanowił spróbować znaleźć jakieś miejsce gdzie mógłby przetrwać noc. Najwygodniejsze dla niego okazały się rozłożyste gałęzie. Wiele lat życia w dżungli nauczyło go układać się na nich w taki sposób, aby nie zlecieć na ziemię podczas snu. Wiedział, jaką gałąź wybrać a wspinaczka po dość szczupłym pniu nie była wyzwaniem. Poza tym, jeśli tylko chciał mógł użyć swoich mocy wiatru i pomóc sobie w dostaniu się do upatrzonego legowiska.

Nie mógł zasnąć i często wracał myślami do areny. Nie chciał też spać z innego powodu. Czekał aż w lesie zapanuje zmrok. Kiedy to się stało, wsłuchał się w jego odgłosy. Jak i w ciągu dnia, tak i teraz nie było słychać ani jednego dźwięku innego niż szelest igieł na lekkim wietrze. Było to dla niego bardzo niepokojące.

Długo musiał czekać aż wpadnie w objęcia snu, a kiedy obudziły go poranne promienie, czuł się kompletnie niewyspany. Nie dlatego, że gałęzie iglaków były niewygodne. Wręcz przeciwnie, okazały się doskonałym łożem i dumnie falowały na co silniejszych podmuchach. Chodziło o otaczającą las atmosferę. Coś było ewidentnie nie w porządku. Pomimo braku jakichkolwiek istot zamieszkujących gaj, nadal czuł się zagrożony. Nie potrafił tego sobie wyjaśnić.

Zszedłszy z drzewa, kontynuował wędrówkę na południe. Lub na północ? Uświadomił sobie, że nie wie, na której półkuli się znajduje. Jest przecież możliwe, iż znalazł się na południowej a wtedy wędrujące po niebie słońce oświetla północne strony drzew, powodując, że rosnące na pniach mchy wskażą kierunek południowy. Poczuł, iż jeszcze nigdy w życiu nie czuł się tak niepewnie.

Parę godzin wędrówki, parę łyków z bukłaka i dwa kawałki suszonego mięsa później jego uszy w końcu zarejestrowały coś nowego. Był to cichutki szmer wody. Postanowił zlokalizować źródełko i tym samym uzupełnić swoje zapasy. Przezroczysty płyn okazał się być diablo zimny a dzięki temu ogromnie orzeźwiający. Wypływał spod sporych rozmiarów kamienia i tworzył świetlistą serpentynę pomiędzy drzewami. Lesh podążał wzrokiem za malutkimi zakolami, gdy nagle coś kompletnie innego przyciągnęło jego uwagę.

Strumień przepływał u stóp niewielkiego pagórka. Nie był on porośnięty drzewami, przez co wystawiony był na pełne promienie słońca. Kiedy się zbliżył zobaczył również inną rzecz. Na szczycie wzniesienia stało nic innego jak kamienna ława z drewnianym siedziskiem. Zszokowany, podszedł bliżej. Co robi ta ława w środku lasu? A może już nie jest w środku lasu? Może znalazł się na jakichś obrzeżach? Czy to znaczy, że gdzieś w okolicy powinna być jakaś cywilizowana wioska?

Przyjrzał się przedmiotowi uważniej. Przesunął delikatnie dłonią po belkach. Okazały się być wyheblowane mistrzowsko. Podocinane do desek głazy również świadczyły o precyzji kamieniarza. Wydawało mu się, że nigdzie nie widział tak dokładnie wykonanej ławki. Skusił się i usiadł na chwilę. Położył kołczan na kolanach i wyjął z niego zapakowane kawałki suszonego mięsa. Wyciągnął jeden i zaczął leniwie rzuć. Spojrzał w górę podziwiając pędzące nad nim chmury. Teraz, kiedy nie znajdował się w cieniu iglastych koron poczuł ciepłotę, jasno świecącego słońca.

Przełknął suchy kawał mięsa i popił wodą. Kiedy odciągał bukłak od ust, zatrzymał się gwałtownie. Wydawało mu się, że ktoś obok niego siedzi. Ostrożnie przekręcił głowę w lewo. Nie było wątpliwości. Na tej samej ławie, lekko odsunięta od łucznika, siedziała jakaś postać. Zdawała się nie reagować na ruchy kompana. Lesh odłożył bukłak i kołczan na ziemię. Starał się przy tym nie zakłócić panującej ciszy. Siedzący obok nieznajomy ubrany był w długą brązową i poszarpaną szatę z kapturem zakrywającym jego twarz. Blondyn nie wiedział, co zrobić. W końcu jednak, po dłuższym milczeniu odważył się rozpocząć rozmowę.

- Przepraszam – powiedział niepewnie. – Kim jesteś? – Nieznajomy nawet nie drgnął. Lesh, niepewny co dalej robić, postanowił się trochę przysunąć. – Kim jesteś? – powtórzył pytanie. Znów nie otrzymał odpowiedzi. – Gdzie ja jestem? Co to za miejsce? Czy wiesz, o co w tym wszystkim chodzi? – Znów grobowa cisza. Zrezygnowany opadł na oparcie ławy. – Nie wiem, co tu robię. Znalazłem się na jakiejś arenie, walczyłem ze zwierzętami a potem pojawiłem się w tym przeklętym lesie. Dlaczego nie wydajesz żadnego dźwięku! – krzyknął Lesh jakby do milczącego gaju, lecz ten odpowiedział mu jedynie jego własnymi, zwielokrotnionymi słowami.

Siedząca obok postać poruszyła się. Odwróciła do łucznika głowę. Teraz Lesh dostrzegł pod kapturem twarz starszej kobiety. Twarz nadgryzioną zębem czasu, poprzecinaną zmarszczkami i milczącą jak cała postać. Nie był w stanie wyczytać z niej żadnej emocji. Jedyne co widział, to blado niebieskie oczy.

Starowinka wstała bez żadnego ostrzeżenia i zaczęła schodzić z pagórka. Lesh zerwał się na nogi.

- Czekaj! Dokąd idziesz? – Nim zdążył w ogóle się ruszyć nieznajoma zniknęła za drzewem. Lesh czym prędzej pobiegł w jego stronę. Gdy znalazł się za grubym pniem nie ujrzał jednak nikogo. Zrezygnowany oparł się plecami o drewniany słup i wypuścił głośno powietrze. Wydawało mu się, ze to miejsce nie może być dziwniejsze. Dobijała go panująca w koło cisza

Postanowił jednak ruszyć dalej. Wrócił na górkę, wziął kołczan i bukłak, poprawił przerzucony przez ramię łuk i znów rozpoczął wędrówkę na południe.

Las milczał, wiatr pieścił gałęzie drzew, strumyk szemrał krystaliczną melodię a z dystansu, w stronę oddalającego się mężczyzny, jeszcze przez chwilę spoglądały blado niebieskie oczy.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Kapelusznik 2 miesiące temu
    Sporo powtórzeń i klimat jakby lekko... popękany?
    Trudno powiedzieć - ale przejrzyj
    tym razem 4
    Pozdrawiam
    Kapelusznik
  • piliery miesiąc temu
    Przesuną, przełkną (chciałeś napisać: przesunął, przełknął) Za takie błędy należy bić po łokciach abyś zapamiętał : czas przeszły rm tych słów: to końcówka "ął", a "przesuną" i "przełkną" to lm czas przyszły. Poprawić, poprawić - natychmiast. :) Reszta za krótka aby oceniać. Tajemniczo.
  • Pontàrú miesiąc temu
    Ajajaj, a już wydawało mi się, że te błędy za mną. Lecę zmieniać

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania