Ari odcinek 45

Systemem GPS, do którego ludzie zdążyli się tak przyzwyczaić, że bez niego nie potrafili sprawnie poruszać się po mieście i w teranie, już w pierwszych godzinach globalnego konfliktu został zniszczony. Podobnie postąpiono z Internetem i siecią telefoniczną. Ocalała ludność nagle stała się ślepa i głucha oraz pozbawiona możliwości uzyskania jakichkolwiek informacji o skali zniszczeń, punktach ewakuacyjnych, medycznych i obszarach silnie napromieniowanych. Instynkt przetrwania i determinacja musiały im wystarczać za centrum kryzysowe i organy administracji państwowej. Ocalałe, nieliczne jednostki wojskowe skupiały się jedynie na podtrzymaniu zdolności bojowej i nie interesowały się losami ludności. Ranni i chorzy zostali pozbawieni pomocy medycznej przez brak szpitali polowych i dostępu do leków. Podobnie głodni z braku polowych kuchni musieli liczyć tylko na siebie. Spragnionym do picia została tylko brudna i skażona woda w rowach. Obrona cywilna od lat nie funkcjonowała, składy odzieży chroniącej przed promieniowaniem zostały rozmyślnie zniszczone i zdewastowane. Magazyny żywności na wypadek wojny wiele lat temu rozgrabione. Nawet przeterminowane od dwudziestu lat konserwy mięsne wciśnięto w kiełbasy czy farsz do pierogów i w takiej postaci skonsumowano, a nie utylizowano. Społeczeństwu pozostała jedynie żywność zmagazynowana w niewielkich hurtowniach, sklepach i domach. Dość szybko wybuchły walki o ocalałe produkty i spora ilość z tego powodu została zmarnowana, a Ziemię pokryła świeża warstwa trupów. Jeszcze niedawno Wojsławowi wydawało się, że przeczytany kiedyś podczas zwiedzania miasta w informacji turystycznej wypis z kroniki miasta o stoczonym boju za zagarniętą krowę jest przesadzony. Teraz w krótkim czasie był świadkiem kilku walk o konserwę, albo o jakiś ochłap, podczas którego zginęło znacznie więcej osób niż te marne trzysta opisane w kronice.

Miasto było bardzo niebezpieczne, a zwłaszcza jego gęsta zabudowa, która dawała doskonałe schronienie wszelkiej maści napastnikom. Koniecznie musieli opuścić budynek niezauważeni, ponieważ z pewnością zostaną zaatakowani, tylko z powodu posiadania bagaży. Długo nie trwało, jak kilka ulic dalej rozpoczęły się nowe walki o piwnice pełną zapasów. Musiał być to smakowity kąsek, ponieważ do bitwy dołączyli nawet ciężko ranni mogący iść na nogach, albo pełzający o własnych siłach. Widocznie głód i pragnienie stanowiły wyjątkową motywację z pogranicza determinacji.

Budynek jako pierwszy opuścił najmocniejszy wilk kierując się na Przełęcz Kozła. Zaraz po nim najbardziej doświadczone osobniki i najsłabsze ze stada, a za nimi szła Ari, Prima i Wojsław niosący Azyna. Pochód zamykały najsprawniejsze młode samice. Stale, lecz na zmianę od początku kolumny do jej końca biegały dwa młode wilczki roznoszące aktualne wieści. Dlatego każdy wiedział, co się dzieje przed nimi i za nimi. Niedaleko przełęczy zwiadowcy natknęli się na dobrze wyposażoną i solidne zaprowiantowaną dużą grupę dezerterów z wojska. Sprzętu i zapasów mieli przynajmniej dwa razy więcej niż regularne oddziały wojskowe, co nasuwało przypuszczenie po licznych śladach krwi, że zdobyli go w walce, wręcz przez zaskoczenie. Prawdopodobnie po wybuchu konfliktu herszt tej bandy namówił swoich kompanów do wymordowania kolegów z wojska. Teraz oni byli bardzo niebezpieczni i czujni, ponieważ jeszcze bali się sprawiedliwości. Jednak w niedługim czasie to się zmieni, gdy upewnią się że nikt ich nie ściga i są bezkarni. Bandy tego typu dokończą dzieła zniszczenia zanim sami nie zostaną wdeptani pod ziemię przez promieniowanie, lub przez silniejszych od siebie. Dopóki to nie nastąpi zdążą zabić, zgwałcić i obrabować cudem ocalałych, czerpiąc z tego powodu dziką satysfakcję oraz przeogromne zyski.

Grupa w zwartym szyku, zachowując szczególną ostrożność, kierując się na Rybnicki Grzbiet nadłożyła dla bezpieczeństwa spory kawałek drogi. Wysoka temperatura dookoła zapewniała im ochronę przed wykryciem termo kamerami, a słabo zasiedlony teren stanowił dodatkowa ochronę. Dopiero gdy ze szczytu Borowej stali się niewidoczni, skryci za Jałowcem Małym mogli odetchnąć. Wojsław po krótkiej naradzie z wilkami postanowił założyć obozowisko na nocny wypoczynek. Kiedy postawił Azyna na ziemi, dopiero wtedy mógł wyprostować plecy, ponieważ przez cały czas szedł mocno pochylony. Gdy w czasie marszu próbował się choć troszkę wyprostować, natychmiast pióra na ciele Azyna ślizgały się po jego kombinezonie niczym na lodzie. Kilka skłonów wystarczyło mu aby pozbył się uczucia zdrętwienia i był po takich ćwiczeniach gotowy do zajęcia się szczegółami organizowania obozowiska. Wtedy podeszła do niego bardzo młoda samica, którą w enklawie pramatki w ostatniej chwili uratował przed śmiercią na skutek promieniowania i położyła przed nim jakiś strzęp gazety.

- Złapałam to coś w locie, ponieważ miało na sobie najmniej ludzkich zapachów i jakiś mocny mi nieznany. Instynkt mi podpowiedział, żebym zabrała to z sobą, bo być może jest to coś ważnego.

Skorupko podniósł obślinioną i zmiętoloną w zębach stronę tytułową lokalnego dziennika. Delikatnie wyprostował, czytelne artykuły chaotycznie informowały o wybuchu konfliktu. Czyli wojna była kompletnym zaskoczeniem przynajmniej dla społeczeństwa, które o niebezpieczeństwie nie zostało uprzedzone. Jedynie mógł się domyślać dwóch scenariuszy wydarzeń. Jeden z nich był taki, że władze też zostały zaskoczone, lub wiedziały o wszystkim i informacje zachowały dla siebie. Dzięki takiej polityce nikt nie panikował i obyło się bez zamieszek oraz walki o miejsce w nielicznych schronach przeciw atomowych. Jego bardziej interesowała data, którą pośród brudu i rozdarć odczytał - poniedziałek szesnastego sierpnia. Niestety roku nie udało mu się ustalić, ponieważ nigdzie nie było o nim wzmianki. Jedynie zachowały się daty historyczne i ich był pewny. Jeżeli dzień był prawidłowy to apogeum zniszczeń trwało gdzieś od godziny dziesiątej do piętnastej w niedzielę piętnastego sierpnia i w tym czasie zginęły miliony ludzi.

Kilkukrotne liczenie minionych dni upewniły go, że od tamtego czasu minęło zaledwie pięć dni, a wydawało się, że upłynęły lata. Wszystko działo się w iście ekspresowym tempie. Odgonił od siebie ponure obrazy, podziękował małej wilczycy za gazetę i poszedł sprawdzić rozlokowanie grupy. Obchód ucieszył go, ponieważ wilki były bardzo zorganizowane i każdy członek watahy znał zwoje miejsce. Dzięki znaniu swojego miejsca w stadzie nie było konfliktów, a niewielka modyfikacja rozlokowania pozwoliła by i oni czuli się nieskrępowani. Nawet miejsce na szalet było dokładnie oznaczone. Skorupko był pewny, że następnego dnia gdy opuszczą to miejsce nic nie będzie wskazywało o ich pobycie i podjęcie tropu za nimi będzie mocno utrudnione. Przynajmniej przez najbliższe dni ominą ich kłopoty z prowiantem i nieskażoną wodą do picia dzięki górskim źródłom. Niestety nie był w stanie przewidzieć, co czeka ich w najbliższej przyszłości, więc postanowił nie zamartwiać się na zapas. Rano zorganizuje odprawę i wspólnie zadecydują w jakim kierunku się udadzą.

Ranek od wczesnych godzin był pogodny i nic pod drzewami nie wskazywało, że na świecie trwa koszmar. Poszycie leśne było suche i pachnące, tylko nie było słychać śpiewu ptaków. Nic nie zakłócało niesamowitej ciszy, cały obóz poddał się temu nastrojowi. Ktokolwiek się przemieszczał robił to bezgłośnie. Jakby bał się obudzić leśne licho albo przywołać echo. Nagle pośród gałęzi Wojsław dostrzegł kątem oka jakiś cień, zanim się zorientował już trzymał miecz w dłoni ostrzem skierowany do czegoś, co wywołało jego niepokój.

- Spokojnie, tylko bez paniki proszę, nikomu krzywdy nie zrobię – powiedział kruk siedzący na gałęzi przynajmniej pięć metrów wyżej.

Skorupko był zaskoczony widokiem ptaka, który zawsze kojarzył mu się z zimną porą roku. Dlatego obawiał się ponownego ataku ze strony sztuczne stworzonego stworka i uniósł miecz do ciosu by być bardziej przygotowany do odparcia ataku. Jego niepokój udzielił się wilkom i najbliżej stojące osobniki zorganizowały pierścień obronny na wypadek ataku z innej strony. Ari, Prima, Azyn i stare osobniki oraz najmłodsze szczenięta znalazły się w środku.

- Jestem sam, a reszta mojego klanu obserwuje wszystkie grupy oszalałych ludzi, którzy mogliby stanowić dla was zagrożenie.

- Nie za szybko przylecieliście na zimowisko? - zapytał podejrzliwie Wojsław.

- Nasz przylot na południe nie ma nic wspólnego z nadchodząca zimą i przypuszczam, że byłoby dla nas bezpiecznej udać się na daleką północ. Jednak nie mogliśmy odmówić sobie zaproszenia do stołu. Ludzie kolejny raz zorganizowali nam wspaniałą wyżerkę. Niegrzecznie by było z naszej strony odmówić smakowitego poczęstunku, zwłaszcza świeżutkich oczu.

Następne częściAri odcinek 46  Ari odcinek 47  Ari odcinek 48  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • pasja miesiąc temu
    Witam i tu

    Jak wszystko zorganizowane. Gdybyśmy tak brali przykład z wilków, z natury i zmysłów. Obraz ukazuje spustoszenie na ziemi i walkę o przetrwanie. Mocniejszy zjada słabszego. Tylko czarne ptaszysko czekało cierpliwie na podanie do stołu. Czy będzie mieć znaczenie w dalszej wędrówce?

    Pozdrawiam
  • Maurycy Lesniewski ponad tydzień temu
    Niby zwierzęta są mniej rozumne od ludzi ale w naturze potrafią współpracować i zachowują się niemal dokładnie jak Ty to tu opisałaś, broniąc najsłabszych osobników.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania