Ari odcinek 48

Wilcza para zaledwie skryła się za niewielkim wzniesieniem, gdy za nimi rozległy się pojedyncze wystrzały nakładające się na siebie. Żeby powstał taki efekt kanonady musiało zostać użytych kilka pistoletów, lub karabinów strzelających pojedynczymi kulami. Obowiązkiem tylnej straży było ustalenie, kto strzelał i do kogo. Chociaż wcześniejsza obserwacja nasuwała przypuszczenie, że wystrzały padły z broni gwałcicieli. Widocznie kiedy przerwali obserwację więzione kobiety wznieciły bunt.

Z takim przekonaniem samiec powoli uniósł głowę, stając na mocno wyprostowanych nogach, rozglądnął się i powiedział do samicy.

- Popatrz.

Powodowana ciekawością i zachęcona przez swojego partnera, zachowując ostrożność podeszła bliżej wzniesienia i spojrzała.

Ludzkie samice w niekompletnych ubraniach i gołe zwinięte w kłębek leżały na trawie. Żadna z nich nie miała na sobie ran postrzałowych, lecz ich oprawcy nie mieli tyle szczęścia. Każdy posiadał przynajmniej miejsce po wlocie kuli, część z nich nawet kilka śladów. Najwięcej trafień widocznych było na ciele herszta bandy i on jeden nie poruszał się. Pozostali okazywali jeszcze oznaki życia, tylko jedni mniej, a drudzy więcej. Jednak żaden z nich nie próbował przybliżyć się do leżącej broni. Widocznie wiedzieli, że najmniejszy ruch sprowokuje kolejny strzał, ze strony atakujących. Jeszcze niedawni panowie życia i śmierci czekali teraz na litość, albo na łaskę od zwycięzców.

Wilczyca dostrzegła uzbrojonych ludzi zbliżających się w szeregu z dwóch przeciwległych kierunków. Obie kolumny były podobnie ubrane w kolorach już jesiennych, a jeszcze letnich łąk, lecz ta z prawej na ramionach miała kolory biało czerwone. Natomiast idący lewy szereg przyozdobiony był kolorem czerwonym. Kiedy podeszli do leżących prowadzący prawie równocześnie wyciągnęli broń z pokrowców przytwierdzonych do ubrań w ich połowie ciała i zaczęli strzelać do leżących rannych samców mówiąc tym samym językiem, jednak słowa były odmiennie. Ten z ciemnymi włosami, przybyły z prawej strony, przed kolejnym strzałem mówił.

- W imieniu Rzeczypospolitej Polskiej za dezercję z wojska polskiego i niegodne zachowanie żołnierza skazuję na śmierć – wtedy następował strzał.

Natomiast ten z lewej.

- W imieniu Ludu pracującego miast i wsi za rozboje, gwałty i rabunki zasłużyliście na śmierć – pochylał się, przykładał pistolet do głowy i strzelał.

Kiedy nie pozostał z gwałcicieli nikt żywy, obie kolumny złamały szyk i poszczególni przedstawiciele podeszli do kobiet. Jedni mówili

– Nic już pani nie grozi, więc proszę wstać i iść do domu.

Drudzy mówili

– Towarzyszko pomściliśmy waszą hańbę, jesteście wolne.

Jednak pośród jednych i drugich byli tacy sądząc po dotykaniu samic, że chętnie przyłączyliby się do pokonanych gdyby ci żyli i wygrali te starcie. Zdaniem wilczycy żadna ludzka kobieta w ich towarzystwie nie mogła czuć się bezpiecznie. Zakończeniem współpracy obu grup było rozdzielenie między siebie łupów w postaci sprzętu i prowiantu pokonanych.

Kiedy mężczyźni zajęci byli podziałem zdobyczy bardziej lub mniej sprawiedliwym, kobiety skorzystały z możliwości powrotów do swoich rodzin i porzucając wszelki bagaż pognały ile sił w kierunku z jakiego zostały przygnane do tego miejsca. Widocznie uznały, że lepiej być głodnym i spragnionym niż zostać ponownie czyjąś własnością.

Jeszcze na długo przed zmierzchem leśna łąka, na której odbyło się krwawe przedstawienie została opuszczona przez żywych ludzi. Truchła ludzkie zostały porzucone tam gdzie padli do zgnicia bez różnicy kobiety, czy mężczyźni. Dopiero kiedy wilcza para upewniła się o braku jakiegokolwiek zagrożenia z tego kierunku dla wędrującej grupy, do której należeli, postanowili opuścić miejsce świadczące o upadku człowieczeństwa pośród ludzi.

- Jesteś w stanie zrozumieć czego byliśmy świadkami? – zapytała wilczyca starszego i bardziej doświadczonego partnera.

- Nie, ponieważ ludzie w swoim postępowaniu zachowują się nieprzewidywalnie, często jak szaleni. Jedni krzywdzą, inni ratują chorych i pokrzywdzonych, a jeszcze inni potrafią się zjednoczyć chociaż są zaciekłymi wrogami, by po chwili skoczyć sobie do gardeł. My wszystkie chore na umyśle osobniki wyganiamy z watahy, żeby nie były zagrożeniem dla innych, natomiast oni nie, ponieważ wszyscy musieliby stać się wykluczonymi.

Wilczyca jeszcze tylko przez chwilę ociągała się z opuszczeniem miejsca kaźni wielu istot dwunożnych. Jednak wiatr zmienił kierunek i doleciał do niej smród jaki wydzielały trupy. Niestety nie posiadała umiejętności zatkania nosa, wiec pochyliła łeb do ziemi, by poczuć jej aromat i pierwsza pobiegła w kierunku wędrującej watahy.

Wilki potrzebowały zaledwie kilkudziesięciu minut by zobaczyć wolno idącego Wojsława niosącego na plecach Azyna. Człekokształtnemu stworowi podobnemu do wielkiego ptaka taka rola najwyraźniej nie służyła, wolałby z pewnością latać.

- Są jakieś wieści ze świata? – zapytał Skorupko potykając się o wystający z ziemi korzeń, a następnie o ptasie nogi pasażera na plecach, przez które w ostateczności mało nie upadł.

Wilczy zwiadowca natychmiast dostrzegł niekomfortowość takiego przemieszczania się, lecz docenił brak narzekania na niewygody przez jednego i drugiego. Obaj samce podczas uciążliwego przemarszu nie pomścili na swój los i nawet jednym słowem nie skomentowali, tego co przed chwilą się stało.

Wilczyca pierwsza rozpoczęła relację z ostatnich wydarzeń, jakie miały miejsce niedaleko ich ostatniego biwakowania. Jej opowieść była pełna emocji i w konsekwencji mało zrozumiała. Jednak słuchający jej sprawozdania Wojsław i Azyn rozumieli targające ją wzburzenie. Dlatego nie przerywali chaotycznej wypowiedzi i spokojnie wytrwali do końca. Dopiero wtedy Skorupko kilkoma zapytaniami poprosił samca o wyjaśnienie niezrozumiałych fragmentów. Kiedy wilk udzielał odpowiedzi, w ich trakcie często było widać silne emocje wilczycy.

Były człowiek i szczur bez jednego słowa sprzeciwu uwierzyli w słowa wilczych zwiadowców, ponieważ jeden jak i drugi doświadczyli ze strony ludzi wielu przykrości, a przodkowie Azyna, jako szczury laboratoryjne ogromu cierpienia.

Nagle na czole ich maszerującej kolumny rozległo się warczenie kilku wilków, w tym i szczeniąt. Para wilczych zwiadowców natychmiast cofnęła się w kierunku, z którego przyszli, chcąc zabezpieczyć ich tyły na wypadek ataku z tej strony.

Wojsław niosący na plecach Azyna prawie biegiem udał się w pobliże miejsca, z którego dochodził harmider.

- Co się dzieje? – zapytał Primy, kiedy obok niej stawiał na nogi Azyna chcąc mieć wolne ręce, na wypadek konieczności użycia przytwierdzonego do pleców miecza.

- Jakiś dziwy człowiek wyłonił się z nicości przed Naznaczoną – odpowiedziała zlęknionym głosem.

Wojsław jednym ruchem dobył oręż i przeszedł do przodu chcąc bronić w razie najmniejszego zagrożenia Ari. Jednak będąc jeszcze kilka kroków od niej zauważył, że nie ma takiej potrzeby. Przed Naznaczoną w bezpiecznej dla niej odległości klęczał jakiś stary człowiek z poranionymi ustami i z tego powodu mówił bardzo niezrozumiale.

Następne częściAri odcinek 49  Ari odcinek 50  Ari odcinek 51  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • pasja pół roku temu
    Dobry wieczór
    Smutne to ale prawdziwe. Oswobodziciele stają się podobni do oprawców. Wilki świadkowie tej tragedii nie potrafią zrozumieć bestialstwa gwałcicieli.
    Pozdr
  • Maurycy Lesniewski 5 miesięcy temu
    Tak jak widzę, masz tu takie wariacje odnoszące się do świata naszego ludzkiego i działań w czasie drugiej wojny światowej, postrzegane oczyma zwierząt. W czasie wojen, wszystkich bez wyjątku, tak uważam, ludzie często nie są godni nosić nawet miana zwierzęcia.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania