Poprzednie częściArkadia - Podróż w nieznane - Torim  

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Arkadia - Podróż w nieznane - "1"

Przyszedł czas jego odejścia z Torim, towarzyszył mu dziwny niepokój. Czuł, że zło będzie nacierało na krainy jasności w różnych postaciach. Torim miał zamiar opuścić z Torebem, jednym z dwóch powołanych podobnych jemu wiekiem.

- Synu nadszedł czas, tak jak ja kiedyś opuściłem rodzinne strony w podążeniu za swoim powołaniem, tak Ty uczynisz dziś. Uważaj na siebie. Ty też Torebie, opiekuj się moim synem.

- Parysie, ojcze zostawiamy bezpieczeństwo naszych rodzinnych stron w waszych rękach i rękach powołanych do tego osób. Żegnajcie, nie wiem kiedy się zobaczymy.

Zebrawszy się, pożegnali resztę i wyruszyli w drogę do stolicy tych stron świata.

Jedyne co sprawia czas to nasze przemijanie

Chyba, że przy czymś pozostajemy wytrwale

Inaczej świat leci dalej

Daje nam nowe szanse, też opłacalne

Choć szanujemy stare, to widocznie te nie były nam dane

Budujemy życie, Dom to nasz fundament

Owoce naszych rąk środkiem na przeżycie, a reszta, aby wieść dobre życie

Cokolwiek będzie są w życiu rzeczy ważne

Trzeba gdzieś znaleźć sobie miejsce

 

Wyruszyli o świcie, w dniu rozpoczynającym wiosnę. Ich Celem było udanie się do stolicy krainy krain, świata życia, gdzie patronuje wielki strażnik obrońca tajemnicy życia. Udali się w drogę.

Nikt nie wiedział, co ich napotka, gdyż zło budzi się wszędzie, taki jest zbudowany los świata.

W kilka dni po ich wymarszu w Torim nastał niepokój z powodu zła, które opanowało pewną kobietę. Straciłą ona przedwcześnie schorowanego syna, był on bliski sercu ludzi z Torim. Złość, która w niej wybuchła była uzasadniona. Cierpienia, które ją dotykały przeszywały jej serce. Niosła wielki ciężar, który wgniótł ją w czeluści zła. Moce ciemności wlały się w nią niczym miód słodkie, gorzkie dla całego świata. Opętał ją szał. Nie potrafiła zrozumieć, że w takich chwilach nie ma nam bliższej osoby niż Ojciec Niebieski, który widzi nasze troski i nie chce w nich nas opuszczać. Choroba rozsiana jest po świecie, nigdy nie wiadomo gdzie zakiełkuje, lecz trzeba w tym być silnym, nie poddawać się, mieć wiarę i nadzieję, mimo cierpienia, które się doznaje; w końcu każdego z nas życie ziemskie dobiega końca, choć strata bliskiego może być ciężka. Kobieta ta wydała wyrok, jej serce krwawiące opuściło wiarę, przeciwstawiła się mieszkańcom Torim, lecz winy w nich nie było. W takich sytuacjach powołani muszą wykazać się siłą i mądrością, by człowiek mógł doznać zrozumienia obłudy zła, które go opętało. Człowieka powinna przenikać bojaźń Boża, powinien do Niego zwrócić się o pomoc, tam czeka przebaczenie, zrozumienie, szacunek dla bytu osobowego, pocieszenie i lekarstwo na ból.

- Uspokój się kobieto, to nie wróci życia Twojego syna, ludzie są niewinni, byli Ci bliscy – powiedział do niej Matras, który przybył wraz z powołanymi Torim; znajdowali się w części mieszkalnej, opodal domu, w którym zmarł mały chlopiec.

- Nic nie rozumiesz, nienawiść mnie napawa dla was, którzy trzymacie stronę jasności, ta nie była w stanie uratować mego syna.

- Widać taki los był mu pisany, na każdego z nas przyjdzie pora.

- Milcz, nie zrozumiesz matki, która opiekowała się dzieckiem od wschodu do zachodu słońca i wszystko na nic, śmierć mi go odebrała, nigdy już nie spojrzę w jego niewinne oczy.

- Masz rację, sam jestem ojcem, rozumiem ojcowską miłość, ta nie pada daleko od matczynej. Jego dusza jest w Dobrych Rękach, zapewne nic złego już mu nie grozi, był pokorny w swej chorobie, mimo swego młodego wieku nie obwiniał nikogo o swój los.

- Zalążkiem krzywdy osobowej jest ogień zła, który w nas płonie– rzekł Paris - przez który to można ranić bliźnich nie czując bólu w sobie. Jest jednak Bóg Wieczny, Współczujący i Sprawiedliwy, który potrafi bronić duszę od ognia nieczystego, nie pozwól by ten Cię przepełnił.

- Jeden z Bożych Apostołów mimo swej czystości i posłuszności Najwyższemu przez owoc nieczystej duszy, grzech, został skazany na mękę w cierpieniu. Walcz, by grzech Cię opanował. Apostoł miał zostać skazany na śmierć, lecz wołał z serca do Boga, aby Ten wybaczył tym, którzy winili, gdyż nie wiedzieli cóż złego czynią – kontynuował Matras. Tak samo jest z Tobą, nikt nie chce abyś źle czyniła, sama też tego nie chcesz, jesteśmy bliskimi Ci ludźmi, którzy nie chcą dla Ciebie niczego złego, pozwól nam razem opłakać śmierć Twego syna i żyć.

Kobieta jednak nie dała przekonać się słowom, jej rozpacz wylewała się na zewnątrz. Taniec bólu i wrzaski, tak się to przejawiało. Kobieta nie zdawała się bliska uspokojeniu. Powołani czuwali. Nakazali ludności, aby się rozeszła, aby mogli z nią zostać sami. Tak też się stało.

Kobieta utkwiła wzrok w jednym z powołanych, młodym chłopaku imieniem Toris, zobaczyła w nim życie, którego nie dostrzeże już w oczach swego syna. Przeszło ją przekonanie, że nie chciałaby naruszyć życia innego istnienia, tak skruszyło się jej serce.

- Macie rację, nie powinnam tak czynić, ból opanował me wnętrze, wybaczcie. Przekażcie też żal z powodu mojego postępowania innym mieszkańcom, ja udam się do siebie, aby się uspokoić. Pozwólcie, że pochowamy mego syna jeszcze dziś, razem go pożegnamy, w końcu jesteście dla mnie tacy bliscy.

Matras podszedł do kobiety, ta spojrzała na niego, łzy ciekły jej po policzkach. Matras podszedł do niej bliżej i rzekł:

- Wszystko będzie dobrze, stanie się jak powiedziałaś.

Aokin podróżował dalej z Torebem. Kraina krain apostoła życia nie jest rozległa, ma kilka centr lokalnych, pomiędzy którymi rozciągają się przede wszystkim lasy i laki, miejscami opływające w wodę. Poruszali się głównym gościńcem. Spoczywali w chatach, w których można było cos zejść, ogrzać się i wyspać. Były to strzeżone miejsca, gdyż musiały zapewnić bezpieczeństwo podróżującym. Płacili pieniędzmi zarobionymi na handlu, który był dobrze rozwinięty w Torim, lecz im dalej oddalali się od krainy tym mniej było zamieszkałych chat, były to pustostany dla przechodniów, zbyt niebezpieczne by można tam było prowadzić biznes.

Spoczęli dotychczas w dwóch strzeżonych chatach, ludzie byli tam przyjaźnie nastawieni, niczego im tam nie brakowało, mogli uzupełniać swoje zapasy i liczyć na dobry spoczynek. W końcu ich droga poprzez miejsca pokoju musiała się zakończyć i weszli w tereny już nie tak dobrze strzeżone.

Dotarli do pierwszego pustostanu. Aokin siedział na ziemi kreśląc rozważnie kilka słów na pergaminie, znajdując się we dwóch z Bartem przy drewnianej chatce, pośród drzew, na drodze pomiędzy granicą, a Królestwem apostoła życia.

- Po co Ty to w ogóle robisz? – zapytał podróżujący z nim Toreb.

- Czy gdybym tego nie robił, to by to istniało? – odpowiedział.

Bart został podprowadzony pod ścianę, zamilkł, nie wiedział co odpowiedzieć, jednak nie było to związane z jego rozważaniami na temat istnienia myśli, są one bez wątpienia formą istnienia niematerialnego, pytanie brzmi czy dzielimy się nimi z kimś innym niż my sami? Z pewnością Bóg zna nasze myśli, są one głosem naszej duszy, lecz czy wewnątrz nie słyszymy głosu, którego nie chcielibyśmy słyszeć?

- Widzisz – kontynuuje – w życiu czasem warto robić rzeczy, które nie mają znaczenia w oczach innych. Wypełniamy każdą chwilę naszego życia, robimy to bezwiednie i nie możemy tego przerwać. Ale czy istotne jest to co robimy? Jest duży zakres naszych możliwości, lecz nie każdy ima się wszystkiego, nie każdy zajmuje się tym samym, czy nawet podobnymi sprawami … jesteśmy różni, jednak istotni dla świata, dla ludzi i Boga, cokolwiek byśmy nie robili, a robimy to, do czego zostaliśmy powołani.

- A co z ludźmi, którzy atakują nasze miasta? Z tymi, którzy odeszli od wszystkiego co mieli, bo obudziło się w nich zło? Czy oni tez zostali do tego powołani?

- Jedno jest pewne: człowiek powstał z miłości, ma dobre serce, które ranią kolce, kolce, które człowiek powinien odrzucać czyniąc swe serce czystym. Zamęt, który mąci umysł i wnętrze, niszczy człowieka, oplata jego serce cierniem cierpienia. Dzieje się tak z różnych powodów, źródłem zawsze jest zło, to ono wlepia w nas kolce na wiele sposobów, nie można się im poddać. Życie wiąże się z cierpieniem, lecz to jest kolejny kolec, który z czasem odchodzi. Dla człowieka zawsze jest nadzieja. Czy są do tego powołani, głęboko wierzę, że są powołani do życia, życia zgodnego ze swoim sercem, lecz wielu błądzi, niektórzy zbłądzili daleko, wielu z nich jest silnych w swym obłędzie, wierzę, że nadejdą dni, w których źródło zła ustąpi, a serca oddadzą pokłon Bogu i to w nim upatrywać będą swej drogi.

- A co z kolcami?

- Zło rani, gdy ustąpi, człowiek nie będzie krzywdził drugiego i siebie samego, a to jest dobre w oczach Boga.

- Ciekawe rozważania … droga nasza jeszcze długa.

Sąd Ostateczny nadejdzie

Sprawa to nieunikniona

Będziesz wtedy wołał do Boga z kolan

Albo Zły Cię pokona

Taka drogo do Boga

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania