Asaro Erhetia Część 4. Star Wars

Pierwszy w tunelu szedł ospale, na sześciu nogach czołg. Pozostała dwudziestka piątka ocalałych z postacią w szarej pelerynie i kapturze na czele, przemierzała kręte korytarze. Co jakiś czas słychać było stęknięcia klonów, niosących najpotrzebniejszy sprzęt. Czasami pojawiała się krótka rozmowa między żołnierzami, ale kończyła się wymianą zaledwie kilku zdań. Nie chciano obudzić i przywołać, mogących zamieszkiwać jaskinie stworzeń. Nie bez powodu generał rozkazała ustawić czujniki na wykrywanie istot żywych.

Za Jedi szedł klon z zielonymi zdobieniami na pancerzu. W ręku trzymał holonośnik, na którym wyświetlone były plany podziemnych tuneli. Zawiadomił już panią generał o gwałtownym spadku terenu, do którego się zbliżali; informacja nie przypadła jej do gustu. Jak sama powiedziała, żeby wyjść na powierzchnię musieli kierować się w górę, nie w dół. Nie było jednak innej opcji.

Po około godzinie męczącego marszu nadszedł czas na odpoczynek. Przeszli niewielki dystans, licząc w linii prostej, do ich celu gdyż korytarze wiły się, a miejscowe uniesienia i spadki utrudniały przemierzanie podziemi. Przeciskanie się między stalagmitami również nie było proste. Dookoła panowała wilgoć a powietrze było mało bogate w tlen, co potęgowało odczucie zmęczenia.

Asaro wydała rozkaz do zatrzymania. Wiedziała, że nie może obciążać swoich i tak już zdziesiątkowanych żołnierzy. Czuła się odpowiedzialna za stratę tak wielu klonów. Pogrążona w zadumie usiadła na występku skalnym i oparła się o ścianę tunelu. Pożałowała decyzji gdyż poczuła nieznośne zimno bijące od mokrych skał. Zamknęła oczy. Próbowała się odprężyć.

Z pośród odbijających się echem rozmów powoli zaczęła wyłapywać inne dźwięki. Słyszała krople wody opadające na podłoże. Słyszała szelest kamyczków pod butami żołnierzy. Słyszała cicho pracujące silniki w każdej z sześciu nóg czołgu. Oczyściła umysł.

- Pani generał – usłyszała. Otworzyła oczy. Przed nią stał Pike. – skontaktował się z nami generał Skywalker. Powiedział, że jego flota już wyrusza w naszym kierunku.

- Dziękuję Pike. – Zamilkła na chwilę. – Ile zostało nam do stolicy?

- W linii prostej trzy kilometry. Tunele jednak zaczynają się coraz bardziej wić a dystans do najbliższego wyjścia położonego odpowiednio niedaleko miasta to osiem kilometrów.

Jedi zamknęła oczy. Normalnie to niewielki dystans. Sama ma dalej z archiwum do domu a pokonuje go bez problemów. Tutaj jednak panują zdecydowanie gorsze warunki niż na zatłoczonych, ale jednak płaskich chodnikach miasta.

- A co z tym spadkiem, o którym mówiłeś? – spytała.

- Jest tuż przed nami. Nie jest głęboki, ale i tak będziemy musieli użyć lin. Czołg zejdzie bez problemu. Były w końcu projektowane do wspinaczek górskich.

Asaro spojrzała na klona. Był ogolony na łyso. Pod prawym okiem nieco w kierunku kości policzkowej miał wytatuowaną kolczastą łodygę róży, której koniec był na samej skroni. Odesłała kapitana z poleceniem poinformowania, że za dziesięć minut ruszają dalej. Sama znów pogrążyła się w rozmyślaniach. Wyjęła z torby swoje notatki o śladach mocy. Przesuwała palcem po ekranie, analizując zgromadzone dane. Jak się spodziewała nie odkryła nic nowego. Wróciło jej natomiast wspomnienie Thirs.

Każda niemoc wprowadzała Jedi w stan wzbudzony. Jej niemożliwość poprowadzenia misji samodzielnie, niemoc w pokonaniu wroga, niemoc uratowania ludzi którzy zginęli podczas ataku a przede wszystkim niemoc związaną z pomocą dla przyjaciółki.

Zobaczyła, że wszyscy byli gotowi do wymarszu. Czołg stawiał pierwsze kroki. Wstała z występu, na którym siedziała i dołączyła do maszerującego oddziału. Szli w milczeniu. Tak jak zostało przewidziane dotarli do ustępu. Była to szeroka studnia głęboka na około dziesięć metrów.

Żołnierze podłączali do swych karabinów harpuny. Maszyna typu ATTE przytwierdziła już pierwszą stopę do pionowej ściany. Asaro nie chciała czekać. Skoczyła w dół niecki. Tuż przed lądowaniem wytłumiła lot przy użyciu mocy.

- Sztuczki Jedi. – usłyszała na górze komentujący głos klona. Wyczuła w nim uznanie.

Postawiła pierwszy krok i poczuła, że ziemia nie jest skalista. Była jakby lepka. Zdawała się być błotna lub żelista. Sięgnęła ręką po jeden ze swoich mieczy. Zielone ostrze rozświetliło jaskinię. Przed Jedi zabłysnęły dwa ślepia o wąskich, szparkowatych źrenicach.

- Pani generał! Skanery wykryły formy życia! – usłyszała z góry. Coś gwałtownie podcięło jej nogi. Upadła na, tym razem, twardą, skalistą posadzkę. Miecz wypadł jej z ręki i zgasł tocząc się po dnie jaskini. Szybko podniosła się na równe nogi. Uniknęła kolejnego ciosu. Złapała za drugi miecz. Zielone ostrze znów zajaśniało odkrywając przed Jedi okropne stworzenie.

Potwór miał wielką podłużną głowę z szerokimi szczękami usianymi dwoma rzędami zębów. Żółte ślepia emanowały wściekłością. Miał krótkie, zakończone ostrymi pazurami ręce a zamiast nóg coś na kształt ślimaczego tułowia. Zaryczał głośno a Asaro została owiana nieprzyjemnym wyziewem z jego wnętrzności. Uchyliła się przed kolejnym ciosem zadanym długim, zakończonym kolcami ogonem. Przeskoczyła nad stworzeniem. Zdezorientowana bestia niezgrabnie odwróciła się by dopaść swoją ofiarę. Znów zaatakowała. Jedi była gotowa. Jednym, szybkim cięciem oddzieliła ogon od reszty ciała. Potwór zaryczał z bólu i wściekłości. Przystąpił do ataku pazurami. Asaro szybko uchyliła się przed nadlatującą ręką. Z góry jaskini dobiegły odgłosy strzałów. Niebieskie pociski blasterów trafiły stwora w głowę. Bestia miała jednak za silny pancerz by strzały były jej w stanie coś zrobić. Wykorzystując zamieszanie kobieta odcięła atakującemu łapę. W jaskini rozległ się kolejny ryk. Stwór pochylił się i w zadziwiająco szybkim tempie opuścił jaskinię. Asaro oddychała ciężko.

- Czysto! – Krzyknęła.

Po chwili grupa klonów zjechała na linach na samo dno.

- Nic się pani nie stało? – Spytał śpiesznie kapitan Pike.

- Nie. Jestem cała. – Wyciągnęła rękę w stronę w którą wypadł jeden z jej mieczy. Srebrna, matowa rączka przyleciała do niej a Jedi zawiesiła ją na pasku. Paroma ruchami ręki poprawiła wilgotne, szare włosy. Wyprostowała przekrzywioną pelerynę i pasek torby.

- I którędy teraz?

- Skanery pokazują, że została nam już tylko droga do góry. Według wstępnych obliczeń nadal mamy nie mniej jak pięć kilometrów do pokonania. – Zakończył. Za kapitanem rozległ się odgłos ostatniej, odczepianej od skał nogi czołgu. Byli gotowi do dalszego marszu.

- No to w drogę. – zakomenderowała Jedi. – Następnym razem uprzedźcie mnie trochę wcześniej o szczęśliwych mieszkańcach tych jaskiń. – Uśmiechnęła się szczerze i odeszła w stronę tunelu. Kapitan Pike przewrócił oczami i popatrzył za charyzmatyczną, oddalającą się generał. Założył hełm i wydał rozkaz do marszu.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Kapelusznik wczoraj o 15:00
    Na początku błędy
    "Kapturze na czele" - czole chyba miałaś na myśli - i tyle.
    ...
    Masz moje uznanie za tak niski poziom błędów w pisowni.

    Mniej krytyki - więcej pytań
    1. Czemu róża? Galaktyka jest wielka - mogłaś podać nazwę jakiejś wymyślonej rośliny
    2. Dwa zielone miecze? Ahsoka Tano takie miała - trochę mało oryginalne - ale do zaakceptowania jeśli chodzi o uniwersum
    3. Charyzmatyczną generał??? W jaki sposób osoba która straciła właśnie "połowę" swoich ludzi może być dobrą dowódczynią - jak dla mnie wygląda na nowicjusza bez doświadczenia.

    Podobał mi się potwór i wskazanie rozbudowy jaskiń i aspekt większej ilości tlenu - fajne, przyznaję.

    4/5
    Zobaczę co dalej

    Pozdrawiam Kapelusznik
  • Pontàrú wczoraj o 15:40
    Zielone miecze miało wielu Jedi.
    Nie trzeba mieć zasług żeby być charyzmatyczny. To jest cecha.
    Z pośród tylu różnych gatunków róża jest oryginalnym wyborem :P

    Dziękuję za komentarz

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania