Bafomeria (fragment powieści)

VI. Legityzmat

 

Pogoda jeszcze bardziej się psuje. Pofałdowane, jakby nakryte żółtą, pocerowaną płachtą niebo, po którym płyną pomarszczone ze starości chmury. Spomiędzy nich jeszcze do wczoraj przebijało się Słońce, rzucało garstki krótkich i letnich promyczków. Dziś, jak widać - dało sobie spokój.

Atmosfera beznadziei, nawet w sferach niebieskich. To przeklęte niedopieczenie, spleenowatość okrutna, kac morderca, co według powiedzenia cierpi na dyskordianizm (żart zaczerpnięty ze strony www. bufonadion.pl - pełnej kawałów i memów erudycyjnej odmianie Kwejka, portalu dla prawdziwych dupków), wywiera wpływ na każdą dziedzinę życia, można by rzec - zakwasza rzeczywistość, zmienia ją w wielkiego klucha. Mówisz, myślisz, oddychasz tą cierpką ciastoliną, ciągle masz w ustach smak palonej gumy, starych, niewietrzonych szaf, stryszanych skrytek, gdzie mole zakładały własne państwa w ubraniach po twojej prababci, w nozdrzach - dojmującą stęchliznę. Nawet, jeśli jesteś w świeżo zbudowanym/ odpicowanym wnętrzu, gdzie wszystko, od włoskich marmurów, PCV z Carrary, przez ekskluzywne, postikeańskie meble, kończąc na ekspensywnych, ultradesignerskich kinkietach, żarówkach emitujących drogie, high-techniczne światło, jest drogie i wymyte, by nie capiło odorem plastiku i innych tworzyw sztucznych (jak się myje światło - wie ktoś?) - i tak czujesz, biedaku, smród zbutwiałego drewna, starej blachy, która pod płatami rdzy pleśnieje, utlenia się i jednocześnie jest siedliskiem niezliczonych drobnoustrojów.

To i tak atakują cię piwniczne widziadła, o których lata temu śpiewał zespół KAT.

Kiedy i (pytanie zasadnicze) czy w ogóle skończy się to jesienne (nawet kulturalnych słów braknie, by trafnie określić owo pogodowe zepsucie, stęchliznę meteorologiczną) latozimie?

Już niedługo, bądźmy cierpliwi, przemęczmy się dwa - trzy dni. Jeszcze tylko przyjdzie Buka w smokingu, zamrozi świat, Wankiżewo umrze skute lodem Panna Wiosenka sprawi, że odtaje, co ma odtajać - i będziemy się cieszyć, przenicowani, trupio zielonkawi, podziemni, pięknej złotej, polskiej jesieni. Lada moment nadciągnie piękna aura. Znad Morza Tyrreńskiego płyną armady drewnianych chmur. W ładowniach, obok beczek prochu, wiozą popakowane w kufry, obwiązane szpagatem, sznurkiem do snopowiązałek, akry, korce, morgi ciepłego powietrza, rtęciowe termometry wskazujące wyłącznie mocno dodatnie, wręcz wiosenno-letnie temperatury. Już płyną, przebrani za piratów, prezenterzy dobrej pogody, roznegliżowane i młode, nie rówieśniczki Elżbiety Sommer, pogodynki. Synoptusie. Synoptic chicks.

Ale to niebawem. Dziś jest plucha, pogrzeb, ogólnospierdoleńczy klimat zazębiający się z wisielczym nastrojem żałobników. Dopełniają się. Pogoda przypadkiem dostosowana do okoliczności.

Co zabobonniejsi i bardziej przesądni uczestnicy są świecie przekonani i powtarzają to, co zwykle - że niebo płacze po nieboszczce, pewnikiem putta ronią łzy jak grochy. Choć nie pada jakoś dramatycznie, ledwie pokapuje kwaśny i żółtawy deszcz, niektórym wydaje się, że cała strato- i jonosfera zawodzi, wzruszają się okrążające Ziemię satelity.

Inni zaś - i tych jest zdecydowana większość - sarkają na "uroki" wankiżewskiej pogody, choć sami przyjechali z często zapadlejszych i zabitych większymi dechami dziur, przewiało ich z alkoholicznych pipidówek typu Wlepionowo, Krzaliewo, czy Wólka Ganżarska, zgrywają wielce przemarzniętych i przemoczonych do suchej nitki przybyszów z Bahamów, czy słonecznej Kalifornii, sarkają z niesmakiem pół - oburzeni, pół - zdjęci zgrozą, jakież tu tempora i mores panują, czasy - niczym w wiekach ciemnych i średnich, ledwie piśmiennych. Że włodarzy (kto w ogóle rządzi tą dziurą - wójt, sołtys? Zielarz spod lasu pełni rolę, czy raczej udaje kogoś na kształt burmistrza?) nie było stać intelektualnie, nie wydolili myślowo, by zwrócić się do Unii o dofinansowanie, przerosło ich napisanie wniosku o granty na budowę (pierwszego w promieniu tysiąca kilometrów, jak nie lepiej!) rozpraszacza chmur.

"Pogodę - na własne życzenie, z nieudolności i zacofania mają tu paskudną, kałmuki!" - mamrocze się pod nosami przyjezdnych.

Jedyne, co jest udane, to oprawa. Pogrzeb na bogato, jak w jakiej Warszawie, Białej Podlaskiej, czy innym Nowym Jorku.

Następne częściBafomeria (fragment powieści)  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania