Barmana rozterki - cz. 25

Kiedy otworzyłem oczy zobaczyłem wokół drzewa. Leżałem na leśnym poszyciu, próbowałem usiąść, jednak nie mogłem, byłem związany. Do tego jeszcze ten ciągły ból głowy. Powoli odtwarzałem sobie to, co się wydarzyło. Dochodziły do mnie jakieś niezrozumiałe pojedyńcze odgłosy rozmowy.

– Jest tu ktoś! – zawołałem.

– Smotri Ola, nasz gieroj zmartwychwstał – usłyszałem znajomy głos

– Co nam powiesz kanalio? – zapytała, ta słodziutka Oleńka. – Myślałeś, że cię nie rozszyfrujemy. Nie takich tuzów wysłaliśmy do piachu i z tobą też sobie poradzimy – roześmiała się cynicznie.

– Oleńka, spokojnie – odezwał się Sasza. – Najpierw interesy, a potem przyjemności.

Widziałem ich ironiczne gęby i wcale nie było mi do śmiechu.

– Czy mogę dostać wody? – wydusiłem zachrypniętym głosem. - Proszę.

– Możesz, ale nie musisz – rzuciła z przekąsem Aleksandra. – Rozwiąż mu ręce – zwróciła się do Saszy i rzuciła w moim kierunku butelkę z wodą.

Sasza pomógł mi się oprzeć o drzewo. Łapczywie zacząłem pić, po każdym przełknięciu czułem narastający ból z tyłu głowy. Spojrzałem na przegub dłoni, piętnaście po piątej. Czyli ponad trzy godziny minęło od wyjścia z hali. Więc gdzie oni są? Czy wiedzą? Zdawałem sobie w myślach pytania... A jeśli mnie zabiją?

Nagle przypomniałem sobie o nadajniku i ręką dotknąłem kołnierzyka.

– Nic tam nie znajdziesz farbowany lisie – zapiszczała Ola. – Już dawno wyrzuciliśmy twoją pluskwę. Myśleliście, że jesteście tacy sprytni – zakomunikowała tryumfalnie.

Za chwilę, zza drzew wyłoniła się jakaś postać, poznałem to ten sam bandzior co mnie śledził jak wracałem z Muszyny.

– No to mamy prawie komplet! – krzyknąłem w ich kierunku. – Róbcie swoją powinność.

– Stul ryja! – wrzasnął Sasza.

Odeszli kawałek ode mnie, słyszałem urwane strzępki ich rozmowy. Wytężałem słuch i z tego co zrozumiałem, to Janusz Zawitowski został aresztowany i jakaś Karolina Weiss próbuje go wyciągnąć. Prowadzi rozmowy w kwestii ewentualnego zwolnienia za kaucją.

– Dzwoń do Szymona – rzucił rozkazującym tonem do Aleksandry. – Gdybyś trochę pomyślała głową, a nie dupą, to już by było po wszystkim. A tamten – wskazał – pod drzewem byłby nasz.

– Szymon już jedzie i za niedługo będzie tutaj – poinformowała stanowczo Oleńka. – I nie kłóćmy się, bo to ani czas, ani miejsce na to. Tylko szlag mnie trafia, że Janusz dał się tak podejść. – dodała już spokojnie.

– A kancelaria jest czysta? – zapytał Sasza.

– Tak, nic tam nie znajdą – odpowiedziała. – Wszystko posprzątane.

Na leśny dukt zajechał srebrny Van Nissan. Wyskoczył Szymon i rozejrzał się dookoła, zatrzymując chwilę wzrok na mnie.

– Czy byłeś ostrożny? I co nam powiesz kochany? – zapytał Sasza. – Tylko błagam, niech to będą dobre wieści.

– Ostrożny? aż za bardzo – zripostował. A Karolina nad wszystkim czuwa – rzucił zdenerwowany.

– A jeśli do jutra nie zdąży wyciągnąć z aresztu Janusza, to co robimy? – zapytała Aleksandra.

– Tak, czy tak, to ja spierdalam z tego kraju – zaklął siarczyście barman. – I to samo wam radzę, bo grunt nam się pod nogami pali – warknął. – A co z nim? – zapytał.

– Zostawimy go tutaj – zadecydował Ukrainiec. – Nic nam nie zrobi, nawet jak go znajdą żywego. My już będziemy daleko. Przywiążemy gnoja do drzewa, niech skruszeje zanim zdechnie. – Miszka, zwiąż go na wieki – rozkazał osiłkowi.

– Wszyscy do wozu – rzucił komendę Szymon. – I na odchodne kopnął mnie mocno w brzuch. – To za wsadzanie nosa w nie swoje sprawy – wysyczał przez zęby i napluł mi w twarz.

Odjechali, a ja zostałem sam w środku... pewnie Puszczy Niepołomickiej. Gdzieś w moim umyśle pojawiły się pierwsze oznaki niepokoju. Nasłuchiwałem, ale wokół panowała cisza. Spojrzałem w górę, błękitne niebo ponad drzewami pokrywał już mrok. Butelka z wodą przed oczami wyzwalała piekący ślinotok. Gdzie oni są, przecież miałem mieć ochronę.

– Ratunku! – zawołałem jak mogłem najgłośniej.

Potem już nic nie pamiętałem, jedynie jakieś obrazy mieszające się ze szczekaniem i rozmowami. I na koniec cisza.

 

– Czy ja naprawdę żyję? – zapytałem.

– Żyjesz Tomaszu i będziesz jeszcze długo żył – odpowiedziała Marianna.

Po dwóch dniach badań i obserwacji wyszedłem ze szpitala. Przyjechała po mnie Ewa, która od pewnego czasu przełamała w sobie strach i usiadła za kierownicą. Przebicie się przez centrum Krakowa zawsze jest nie lada wyczynem. Wąskie uliczki, masa zmotoryzowanych oraz tramwaje wymuszające pierwszeństwo, to zmory zabytkowej części miasta. Ale Ewa świetnie sobie poradziła i wjechała wreszcie na posesję przy Królewskiej. Widziałem, że z ulgą przekręciła kluczyk. Kilka minut później, o mało znowu nie uległem wypadkowi, kiedy Murka wylądowała na mojej klacie. W ostatniej chwili złapałem się poręczy schodów.

Marianna ze łzami w oczach przytuliła mnie mocno i mimo mojego sprzeciwu zaprowadziła mnie na górę domu.

– Zostaniesz z nami kilka dni – powiedziała stanowczo. – Bez gadania! Lekarz Łosiak zalecił jeszcze obserwację, więc niepotrzebnie się stawiasz. Zostawiam cię, a za godzinę zapraszam na obiad. – To był pokój twojego ojca, kiedy przyjeżdżał do Krakowa – popatrzyła na mnie – możesz poszperać trochę – pozwalam.

Rozglądałem się i zobaczyłem parę moich rzeczy, laptop, notes i dyktafon oraz paczka moich papierosów. Na łóżku leżała piżama? Nie moja, bo nigdy nie sypiam w takiej garderobie. W łazience ręczniki, mój szlafrok, a na szafce kosmetyczka z przyborami toaletowymi i złożona w kostkę bielizna. Wziąłem prysznic i doprowadziłem twarz do normalnego wyglądu. Ubrałem się i wyszedłem na balkon z papierosem. Oparłem łokcie o balustradę i spojrzałem w okno mojego pokoju, było na wprost.

– Może kiedyś mój ojciec schowany za firanką obserwował mnie – stwierdziłem głośno. – Dlaczego o tym nie wiedziałem tato?

Wyszedłem z pokoju, zapachy z kuchni wyzwoliły u mnie wielki głód. Szybko pokonałem schody i znalazłem się w kuchni. Dwie kobiety przygotowywały smakowite dania kulinarne. Skubnąłem kawałek ciasta z owocami i zaraz dostałem ścierką po łapach.

– A sio! – krzyknęła Marianna.

Poczułem się jak mały chłopczyk. Zawróciłem do salonu i usiadłem na sofie. Wziąłem gazetę do ręki i pierwsza strona powaliła mnie... Wczoraj na lotnisku Katowice – Pyrzowice CBŚ aresztowało Aleksandrę K. i obywatela Ukrainy Aleksandra G. podejrzanych o prowadzenie zorganizowanej międzynarodowej przestępczej działalności. Jest to przełom w śledztwie trwającym już ponad rok.

– Do stołu zapraszamy – rzuciła Ewa.

Stałem z gazetą w ręce i zastanawiałem się, gdzie jest ten wredny barman, bo o nim nie było żadnej wzmianki.

– Tomaszu!... usłyszałem wołanie.

Średnia ocena: 4.6  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Karawan 5 dni temu
    Pozdrawiam i piąć zostawuję. ;)
    Pan Czepialski przed zapadnięciem w sen zimowy;
    niech skruszeje niczym zdechnie - zanim zdechnie, (niczym - zwykle porównuje, miał nos niczym trąbę)
    I na odchodne kopnął mnie mocno w brzuch. To za wsadzanie nosa w nie swoje sprawy – napluł mi przy tym w twarz. - tu z kolei zapomniałaś o odruchowym kuleniu się po uderzeniu w brzuch. Tak więc brak w scence tego, że; mocno w brzuch. Znowu upadłem. - To za wsadzanie (dialog czy, jak pisze Skoia, pauza dialogowa).
    Oparłem łokcie o balustradę i spojrzałem w okno mojego pokoju, było na wprost. - Tu również zabrakło; ...łokcie o balustradę. Spojrzałem na ulice w dole i obróciłem się spoglądając znajdujące się przed oczami okno mojego pokoju.
  • pasja 5 dni temu
    Zanim poprawione. Moja wina. Pauza niech też będzie. Chociaż to tyczy się tej samej osoby. A co do reszty to nie rozumiem. Kulenie przy przywiązaniu do drzewa, nawet odruchowe jest raczej niewykonalne, a upadek już całkiem nie wchodzi w grę.
    Okno swego pokoju widział z balkonu od Marianny, a nie z ulicy. Nie wiem czego zabrakło.To narracja. Pewnie się nie rozumiemy. Dzięki za uwagi. Pozdrawiam.
  • Karawan 5 dni temu
    pasja odnośnie kulenia racja święta! Mea culpa! Odnośnie balkonu to sytuacja jest taka, że wynika zapewne z niedoczytanego gdzieś przez karawana poprzedniego odcinka. Jednak dobrze, ze Czepialski jest mało inteligentny i nomen omen czepialski. Przepraszam za niego [ja tylko pozdrowiłem ;) ]
  • pasja 4 dni temu
    Karawan tyle razy czytam, poprawiam, zmieniam, dodaję itd i ciągle ktoś coś wypatrzy. To dobrze! Pewne zasady pisania są jak przykazania i trzeba się ich trzymać. Ale dzisiaj ilu ,,korektorów" tyle mądrości. Mówię tu o przywołaniu przez ciebie ,,autorytetu" i odpowiem, że każdy ten sam tekst inaczej rozbierze. Robię swoje i rady właśnie takie jak twoje bardziej biorę sobie do serca, bo wiem, że są szczere. Ja nie jestem pisarką!!! I wcale nie mam wysokich lotów. Sprawdziłam się 35 lat w swoim zawodzie. A Opowi jest moim oknem na świat kiedy potrzebuję wygadania się. Miłego dnia dla obu panów. Pozdrawiam cieplutko:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania