Bizarro horror Maroka i Fanthomasa - część 1

Ostatnie promienia słońca zniknęły za horyzontem, ustępując miejsca nadciągającej nocy. Jechał już dobre dwie godziny w całkowitym zamyśleniu. Reflektory auta z trudem oświetlały jezdnię. Musiał polegać na wrodzonym przeczuciu. To jednak nigdy nie stało po jego stronie. Ilościom szczęścia nie grzeszył, choć zawsze wmawiał sobie, że grząskie bagno, w jakim się znalazł to jedynie wynik jego złego nastawienia do świata. Pora zdjąć przyciemniane okulary pesymizmu.

Drzewa rosnące po obu stronach jezdni kołysały się w upiornej choreografii dyrygowane zimnymi podmuchami wiatru. W pewnym momencie gładka jak kartka papieru szosa przerodziła się w błotnistą breję usianą dodatkowo licznymi wybojami. Auto podskakiwało niespokojnie. Z trudem opanował sytuację i natychmiast zmniejszył prędkość. Strach ogarniający go zewsząd wcale nie pomagał. Pojawił się nagle i przeszył  ciało lodowym dreszczem.

Minął otwartą polane. Z daleka wyglądała wyjątkowo przyjaźnie na tle świetlistej łuny na niebie. Kolejne minuty dziwnej ciszy hartowały jego organizm. Miał spędzić co najmniej kilka tygodni w zapomnianej przez resztę świata mieścinie. Odcięta od nowoczesnej cywilizacji społeczność w myślach jawiła mu się jako banda nieokrzesanych dzikusów, tyle że miejskich.

Zbliżał się do coraz bardziej do świetlistej łuny na niebie. Gdy wyjechał na otwartą przestrzeń, ujrzał w oddali ogrodzony wysokim płotem z drutu kolczastego plac, oświetlony kilkoma lampami usianymi losowo na jego terenie. Przyglądał się mu dłuższą chwilę z wyraźnym zainteresowaniem. W końcu odwrócił wzrok, ale zrobił to na tyle wolno by ujrzeć przemykający po drugiej stronie płotu cień.

Kilka kropel potu spłynęło mu po skroni. W ciemnym wnętrzu auta nie dało się dostrzec, że jego twarz przybrała wręcz wampirzy odcień. Poczuł na sobie spojrzenia kilkudziesięciu par oczu. Dziwne uczucie otulało go i paraliżowało, uniemożliwiając dalszą jazdę. Czyżby kolejny dar od losu? Uświadomił sobie, że dawno nie dostał prezentu od najhojniejszego darczyńcy, jakiego znał. Był okres, kiedy zalewała go lawina przeciwności i barier. Wtedy najważniejsza była dobra mina. Teraz, w gęstym półmroku priorytety były inne. Przede wszystkim zachować spokój. Kilka głębokich wdechów pozwoliło na oswobodzenie się z sideł strachu. Czym prędzej odjechał, nie patrząc ani razu w stronę placu. Czasami lepiej wiedzieć zbyt mało.

Pierwsze budynki zobaczył po kolejnych dwudziestu minutach jazdy ze średnią prędkością ślepego leniwca. Kwadratowe kloce stały tuż przy jezdni, a za nimi kolejne i kolejne. Dom ciotki Aurelii był już blisko. Podczas niezręcznej rozmowy telefonicznej podała mu adres i szczątkowe instrukcje dotyczące położenia ulicy, na której mieszkała. Podobno jedna z cichszych, jakby to miało kluczowe znaczenie na wypierdku cywilizacji.

Nie musiał szukać długo. Ulica Drozdowa była jednym z odgałęzień główniejszej ulicy Euzebiuszańskiej. Numer domu dwa. Szczęśliwa dwójka. Wymyślił to na poczekaniu, aby dodać sobie otuchy. Zimne, skąpane w mroku szare ściany piętrowego kloca nie zachęcały do zamieszkania w nim. Raz się żyje. W obliczu sytuacji sam sobie pogratulował, że przed wyjazdem zatankował auto do pełna.

Przez chwilę patrzyli na siebie w skupieniu. We wspomnieniach twarz ciotki istniała jako rozmazana plama z widocznym lekkim uśmiechem. Faktycznie trochę czasu minęło od ich pierwszego spotkania. Nie wiedział ile dokładnie. Życie biegło raz szybciej, a raz zupełnie wolno, wręcz ślamazarnie. W tych zawirowaniach ciotka zapadła w czeluści pamięci wraz z całą wizytą u niej.

W końcu kobieta niechętnie wpuściła siostrzeńca do mieszkania. Pomarszczona dłoń wskazała pokój, do którego zmierzają. Wyraźne, siwe odrosty na czubku głowy kontrastowały z głęboką czernią tam, gdzie jeszcze się zachowała. Ciotka miała swoje lata. Może nie należała do wiekowych seniorów, ale z pewnością była na liście oczekujący. Wnętrze domu wypełnione było dziwnym zapachem. Jakby znajdowali się na warzywnym targu. Usiedli przy przeciwległych końcach stołu.

Ciotka niestety nie przywitała go z otwartymi ramionami.

- Przykro mi, ale nie możesz tu zostać na dłużej. - powiedziała bez ogródek.

- Ale... właśnie myślałem... To duży dom. Znajdę sobie oczywiście jakąś pracę.

- Nie o to chodzi. Gdybyś wiedział co działo się tu ostatnio... Nie chciałam ci mówić przez telefon, bo w ogóle byś nie przyjechał.

- A co takiego? Jakaś epidemia?

- Nie do końca. To naprawdę straszna historia. Nie chcę byś myślał o mnie źle.

- Jesteśmy rodziną. Znasz wiele moich sekretów. Kiedyś byliśmy blisko.

- Tak, byłeś takim ładnym dzieckiem. A teraz... Bardzo się zmieniłeś od naszego ostatniego spotkania.

- Opowiedz mi tę historię. Zdecyduję, czy to faktycznie tak przerażające.

- Pomyślisz, że zwariowałam. Wszystko zaczęło się parę miesięcy temu. Zaszłam w ciążę. Wiem jak to brzmi. Jestem stara, ale... Na początku było normalnie, aż do dnia porodu. To był około piąty miesiąc. Urodziłam sama, tutaj. Straciłam przy tym dwa palce.

Mężczyzna pokręcił głową z niedowierzaniem. Historia zaczynała robić się dziwna. Czyżby ciotka była młodsza niż sądził? Zniszczona chorobami i problemami, a nie wiekiem?

- Co się stało?- zapytał, czując lekką gęsią skórkę.

- Dziecko się urodziło, bez większych trudności, ale było potworne. Tak przerażające, że wrzuciłam je do piwnicy i tam zamknęłam. Rozumiesz to? Trzy miesiące temu. A ono nadal żyje.

- Jasna cholera!

Już wcześniej słychać było odgłosy szurania i pojękiwania dochodzące spod podłogi, ale myślał, że to szczury. Faktycznie pewnych rzeczy lepiej było nie wiedzieć.

- To nienormalne. Dziecko... Jak mogłaś? Skąd wiesz, że to ono tam...?

- Myślisz, że nie sprawdzałam? Wciąż się rusza. Miałam wrażenie, że pochwa odgryzła mi palce. A to było ono. Potworność!

- Nie wierzę. Takie historie to... kłamstwo. Po prostu nie chcesz żebym został.

- Tak? To sam sprawdź - Ciotka wskazała na drzwi wiodące do piwnicy.

CDN

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • marok 2 tygodnie temu
    Pędźmy śmiało do przodu
  • fanthomas 2 tygodnie temu
    Pędźmy jak na skrzydłach Pegaza
  • Nuncjusz 2 tygodnie temu
    Niezły początek. Dawać kolejną część
  • pocztapolska 2 tygodnie temu
    BIZARRO! kocham!!!
  • Ritha 2 tygodnie temu
    "Minął otwartą polane" - polanę*
    "Zbliżał się do coraz bardziej do świetlistej łuny na niebie" - jedno "do" out

    A tak w ogóle to niezłe. Całkiem, powiem Wam, zacne. Ładna narracja, historia zaciekawia, nie mam zastrzeżeniów ;)
    Dobre duetto.
  • marok 2 tygodnie temu
    Ritha, dobrze się dobraliśmy. Abstrakcja nam służy na zdrowie. Dzięki
  • maciekzolnowski 2 tygodnie temu
    wkręciłem się na maksa! lecę czytać ciąg dalszy! :)) jest dobrze, a nawet b. dobrze; lekko, zwiewnie, zabawnie, czuć klimacik kryminalno-nieokreślono-dziwaczny jakiś; czekam na bizarro w cz. II - może się rozkręci; uważaj na drobne babole w rodz. ą, ę: "Minął otwartą polane" - polanę... i na przecinkologię (przed "bo", we wtrąceniach itp.), pozdr. mz

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania