Bizarro horror Maroka i Fanthomasa - część 3

W końcu zapadł w niespokojny sen pełen groteskowo powykrzywianych postaci tarzających się pośród zgniłych roślin. Potem dodatkowo zaczęły go gonić, otaczać, atakować. Nie miał dokąd uciec, przebierał nogami, nie posuwając się ani na krok.

Gdy się przebudził, ociekał potem. Zauważył też kilka zmian, jakie zaszły w okolicy. Znad budynków zaczął powoli wysuwać się księżyc dokładając swoje trzy gorsze w kwestii upiorności atmosfery. Poza tym zdechły pies zniknął spod latarni. Bo czemu nie? Pewnie poszedł sobie, bo mu się znudziło.

Mężczyzna znów poczuł na sobie czyjeś spojrzenia. Obrócił głowę, a w karku strzeliło mu nieprzyjemnie. Zapuścił się w kwestii codziennej gimnastyki, która zamieniła się w raz do roku albo w ogóle.

W pobliżu samochodu stało dwóch facetów z ponurymi twarzami. Nie wiedział, czy go widzą, bo akurat ostro popijali. Miejscowe żule. Niewykluczone, że i oni byliby niechętni w wyznawaniu tajemnic miasteczka. Wydawało mu się, że łypią na niego groźnie co jakiś czas. Jeszcze tego by brakowało, żeby któryś odlał mu się na samochód albo zarysował lakier.

Chwilę się pokiwali i poszli. Podążał za nimi wzrokiem, aż odkrył, że tylna szyba była pęknięta i spływała po niej śluzowata substancja. Czyżby coś próbowało dostać się do auta? A może tylko jakiś ptak pieprznął przypadkiem o szybę.

Pora spać. Wciąż daleko do ranka.

Zerknął na zegarek, ale ten jak na złość nawalił, wskazówki zatrzymały się w okolicy dziewiątej trzydzieści.

Wtedy usłyszał kobiecy krzyk. Czyżby akurat teraz któraś rodziła kolejnego potwora? Chociaż nie. To brzmiało bardziej jak rozpaczliwe błaganie o ratunek. Co tam się działo? W żadnym z budynków nie zapaliło się światło, nikt

nie okazał współczucia. Wszyscy spali, bądź nie chcieli słyszeć.

Postanowił, że tylko zobaczy. Nie będzie się mieszał, jeśli uzna, że to niebezpieczne.

Opuścił samochód i udał się w stronę, skąd dochodziły wrzaski. Szybko zlokalizował odpowiednie miejsce. Przeszedł pomiędzy kilkoma budynkami i na skraju niewielkiego lasu jego oczom ukazał się osobliwy widok. Dwóch oblechów akurat kończyło wiązać wrzeszczącą kobietę. Wszyscy byli w strojach Adama i Ewy. Drągale facetów stały na baczność. Można było przypuszczać, co za chwilę nastąpi, ale nie wszystko poszło w przewidywanym kierunku. Ciała mężczyzn bowiem zaczęły się zmieniać.

Obraz ohydy tworzył się na jego oczach, wypalając w pamięci koszmarne wspomnienie, które pozostanie w niej na lata, bez względu na jego starania, aby o nim zapomnieć. Rozżarzony węgiel zakotwiczony w umyśle, nawiedzający w snach, palący resztki tych obrazów, które faktycznie dawały radość z ich odgrzebywania w pamięci. Może zrobił kolejny kardynalny błąd? Po co tu przyjeżdżał? Każdy lepszy wiadukt byłby lepszy niż to wszystko.

Obaj jednym głosem zaczęli wrzeszczeć, znacznie głośniej niż kobieta. Wykończona i podatna na każde sugestie opadała nagle bezwiednie utrzymywana w pozycji stojącej jedynie dzięki sznurowi obwiązanemu wokół jej pasa.

Jeden z facetów zerwał z twarzy pokaźny płat skóry, odsłaniając oślizgłe wnętrze, bulgocące nieprzerwanie jakby miało za chwilę wybuchnąć. Drugi postąpił podobnie. Kawałki skóry walały się dookoła drzewa, pokryte zielonkawą substancją o zgniłym duszącym zapachu. Przez chwilę czuć było wyraźną nutkę swojskiej zupy jarzynowej według pradawnego przepisu, jednak ów zapach szybko stłumiła zgniła woń warzywnego smrodu. Po kolejnych kilkunastu sekundach ciała oblechów przypominały już bardziej zmielone resztki obiadu niż faktyczne sylwetki ludzkie. Wyraźny smród stopniowo robił się coraz mocniejszy, wręcz gęsty.

Wzdrygnął się z nieukrywanym grymasem na nieco bladej twarzy. Wszystko trwało w ogólnym chaosie przesiąkniętym agonistycznymi rykami facetów. „Marek, znowu zjechałeś do gówna” - pomyślał. Nie chciał już tego obserwować. Wolał oddalić się jak najszybciej. Ale co z kobietą? Takie prawa tego świata. Padło akurat na nią. Próba jakiejkolwiek ingerencji z jego strony odpadała.

Ostatnie ludzkie strzępy opadły na zieloną trawę. Stały przed nim dwie kreatury. Oślizgłe, skąpane w śmierdzącym szlamie kończyny ocierały twarz nadal nieprzytomnej kobiety. Monstra przypominały posklejane na szybko strzępy nadgniłych warzyw. Zauważyły go. W końcu. Przez chwilę jedynie obserwowały. Stał nieruchomo, sparaliżowany myślami o beznadziejności całej sytuacji. Wystające z powykrzywianych paszcz zęby ocierały fioletowe jęzory. Ona im nie wystarczy?

Jeden ze stworów jakby tknięty myślą Marka podszedł do kobiety i oswobodził, przygotowując się do zwierzęcej kopulacji. W momencie z bezwładnego ciała zdarł całe ubranie. Już po niej. To więcej niż pewne. Zakłopotany nawet nie zauważył, że w mgnieniu oka drugi stwór pojawił się tuż za nim.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • fanthomas 2 tygodnie temu
    Klimacik dalej niezły moim zdaniem
  • fanthomas 2 tygodnie temu
    Pusto coś
  • Nuncjusz 2 tygodnie temu
    Nie jojcz. Dwie piątki są
  • Wrotycz 2 tygodnie temu
    Nie czytałam poprzednich części, więc to horror wegetariański? Warzywa kontra ludzie?
    Zabawne i oryginalne w pomyśle, jeśli tak.

    To się rzuciło:
    "To brzmiało bardziej niż rozpaczliwe błaganie o ratunek." - bardziej (jak?),
    "Wszyscy spali bądź nie chcieli słyszeć." - przecinek,
    "(...) które faktycznie dawały radość z ich odgrzebywania w pamięci. Może faktycznie robił kolejny kardynalny błąd?" - x 2 faktycznie w sąsiadujących zdaniach,
    "Kawałki skóry warlały się dookoła drzewa, pokryte zielonkawą substancją o zgniłym duszącym zapachu" - walały i szyk może sugerować pokrycie drzewa tym zielonkawym czymś,
    "(...) ów zapach szybko stłumiła zgniłą woń warzywnego smrodu. Po kolejny kilkunastu sekundach... - stłumił i kolejnych,
    "(...) obdarł całe ubranie. - zdarł, jeśli całe.

    Pozdrawiam Autorów:)
  • maciekzolnowski ponad tydzień temu
    Też mi się taki warzywny horror podoba. Uwaga na drobne błędy!
    "Jeden ze stworów jakby tknięty myślą Marka podszedł do kobiety i oswobodził [+ją] (...)" - dopisałbym mimo wszystko to "ją" dla większej klarowności.
    Wiem, co masz na myśli, co miałeś na myśli, ale to zdanie wydaje mi się mało czytelne: "Zapuścił się w kwestii codziennej gimnastyki, która zamieniła się w raz do roku albo w ogóle".
  • maciekzolnowski ponad tydzień temu
    Dobra, na jutro pozostawiam sobie dalszą lekturę. ;)
  • marok ponad tydzień temu
    Poprawi się uwagi i dziękuje za ich podanie. Zapraszamy jutro, drzwi otwarte zawsze :)
  • Różowa pantera ponad tydzień temu
    Spierdolone jak łańcuch z roweru

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania