Bizarro horror Maroka i Fanthomasa - całość

Ostatnie promienia słońca zniknęły za horyzontem, ustępując miejsca nadciągającej nocy. Jechał już dobre dwie godziny w całkowitym zamyśleniu. Reflektory auta z trudem oświetlały jezdnię. Musiał polegać na wrodzonym przeczuciu. To jednak nigdy nie stało po jego stronie. Ilościom szczęścia nie grzeszył, choć zawsze wmawiał sobie, że grząskie bagno, w jakim się znalazł to jedynie wynik jego złego nastawienia do świata. Pora zdjąć przyciemniane okulary pesymizmu.

 

Drzewa rosnące po obu stronach jezdni kołysały się w upiornej choreografii dyrygowane zimnymi podmuchami wiatru. W pewnym momencie gładka jak kartka papieru szosa przerodziła się w błotnistą breję usianą dodatkowo licznymi wybojami. Auto podskakiwało niespokojnie. Z trudem opanował sytuację i natychmiast zmniejszył prędkość. Strach ogarniający go zewsząd wcale nie pomagał. Pojawił się nagle i przeszył ciało lodowym dreszczem.

 

Minął otwartą polane. Z daleka wyglądała wyjątkowo przyjaźnie na tle świetlistej łuny na niebie. Kolejne minuty dziwnej ciszy hartowały jego organizm. Miał spędzić co najmniej kilka tygodni w zapomnianej przez resztę świata mieścinie. Odcięta od nowoczesnej cywilizacji społeczność w myślach jawiła mu się jako banda nieokrzesanych dzikusów, tyle że miejskich.

 

Zbliżał się do coraz bardziej do świetlistej łuny na niebie. Gdy wyjechał na otwartą przestrzeń, ujrzał w oddali ogrodzony wysokim płotem z drutu kolczastego plac, oświetlony kilkoma lampami usianymi losowo na jego terenie. Przyglądał się mu dłuższą chwilę z wyraźnym zainteresowaniem. W końcu odwrócił wzrok, ale zrobił to na tyle wolno by ujrzeć przemykający po drugiej stronie płotu cień.

 

Kilka kropel potu spłynęło mu po skroni. W ciemnym wnętrzu auta nie dało się dostrzec, że jego twarz przybrała wręcz wampirzy odcień. Poczuł na sobie spojrzenia kilkudziesięciu par oczu. Dziwne uczucie otulało go i paraliżowało, uniemożliwiając dalszą jazdę. Czyżby kolejny dar od losu? Uświadomił sobie, że dawno nie dostał prezentu od najhojniejszego darczyńcy, jakiego znał. Był okres, kiedy zalewała go lawina przeciwności i barier. Wtedy najważniejsza była dobra mina. Teraz, w gęstym półmroku priorytety były inne. Przede wszystkim zachować spokój. Kilka głębokich wdechów pozwoliło na oswobodzenie się z sideł strachu. Czym prędzej odjechał, nie patrząc ani razu w stronę placu. Czasami lepiej wiedzieć zbyt mało.

 

Pierwsze budynki zobaczył po kolejnych dwudziestu minutach jazdy ze średnią prędkością ślepego leniwca. Kwadratowe kloce stały tuż przy jezdni, a za nimi kolejne i kolejne. Dom ciotki Aurelii był już blisko. Podczas niezręcznej rozmowy telefonicznej podała mu adres i szczątkowe instrukcje dotyczące położenia ulicy, na której mieszkała. Podobno jedna z cichszych, jakby to miało kluczowe znaczenie na wypierdku cywilizacji.

 

Nie musiał szukać długo. Ulica Drozdowa była jednym z odgałęzień główniejszej ulicy Euzebiuszańskiej. Numer domu dwa. Szczęśliwa dwójka. Wymyślił to na poczekaniu, aby dodać sobie otuchy. Zimne, skąpane w mroku szare ściany piętrowego kloca nie zachęcały do zamieszkania w nim. Raz się żyje. W obliczu sytuacji sam sobie pogratulował, że przed wyjazdem zatankował auto do pełna.

 

Przez chwilę patrzyli na siebie w skupieniu. We wspomnieniach twarz ciotki istniała jako rozmazana plama z widocznym lekkim uśmiechem. Faktycznie trochę czasu minęło od ich pierwszego spotkania. Nie wiedział ile dokładnie. Życie biegło raz szybciej, a raz zupełnie wolno, wręcz ślamazarnie. W tych zawirowaniach ciotka zapadła w czeluści pamięci wraz z całą wizytą u niej.

 

W końcu kobieta niechętnie wpuściła siostrzeńca do mieszkania. Pomarszczona dłoń wskazała pokój, do którego zmierzają. Wyraźne, siwe odrosty na czubku głowy kontrastowały z głęboką czernią tam, gdzie jeszcze się zachowała. Ciotka miała swoje lata. Może nie należała do wiekowych seniorów, ale z pewnością była na liście oczekujący. Wnętrze domu wypełnione było dziwnym zapachem. Jakby znajdowali się na warzywnym targu. Usiedli przy przeciwległych końcach stołu.

 

Ciotka niestety nie przywitała go z otwartymi ramionami.

 

- Przykro mi, ale nie możesz tu zostać na dłużej. - powiedziała bez ogródek.

 

- Ale... właśnie myślałem... To duży dom. Znajdę sobie oczywiście jakąś pracę.

 

- Nie o to chodzi. Gdybyś wiedział co działo się tu ostatnio... Nie chciałam ci mówić przez telefon, bo w ogóle byś nie przyjechał.

 

- A co takiego? Jakaś epidemia?

 

- Nie do końca. To naprawdę straszna historia. Nie chcę byś myślał o mnie źle.

 

- Jesteśmy rodziną. Znasz wiele moich sekretów. Kiedyś byliśmy blisko.

 

- Tak, byłeś takim ładnym dzieckiem. A teraz... Bardzo się zmieniłeś od naszego ostatniego spotkania.

 

- Opowiedz mi tę historię. Zdecyduję, czy to faktycznie tak przerażające.

 

- Pomyślisz, że zwariowałam. Wszystko zaczęło się parę miesięcy temu. Zaszłam w ciążę. Wiem jak to brzmi. Jestem stara, ale... Na początku było normalnie, aż do dnia porodu. To był około piąty miesiąc. Urodziłam sama, tutaj. Straciłam przy tym dwa palce.

 

Mężczyzna pokręcił głową z niedowierzaniem. Historia zaczynała robić się dziwna. Czyżby ciotka była młodsza niż sądził? Zniszczona chorobami i problemami, a nie wiekiem?

 

- Co się stało?- zapytał, czując lekką gęsią skórkę.

 

- Dziecko się urodziło, bez większych trudności, ale było potworne. Tak przerażające, że wrzuciłam je do piwnicy i tam zamknęłam. Rozumiesz to? Trzy miesiące temu. A ono nadal żyje.

 

- Jasna cholera!

 

Już wcześniej słychać było odgłosy szurania i pojękiwania dochodzące spod podłogi, ale myślał, że to szczury. Faktycznie pewnych rzeczy lepiej było nie wiedzieć.

 

- To nienormalne. Dziecko... Jak mogłaś? Skąd wiesz, że to ono tam...?

 

- Myślisz, że nie sprawdzałam? Wciąż się rusza. Miałam wrażenie, że pochwa odgryzła mi palce. A to było ono. Potworność!

 

- Nie wierzę. Takie historie to... kłamstwo. Po prostu nie chcesz żebym został.

 

- Tak? To sam sprawdź - Ciotka wskazała na drzwi wiodące do piwnicy.

Głupi strach. Co może być w piwnicy? Najpewniej nic. Ciotka zawsze miała dziwne poczucie humoru. Może to tylko test.

 

Podała mu klucz. Włożył go do dziurki i przekręcił, a potem nacisnął klamkę i uchylił drzwi. Spodziewał się jakiegoś przykrego zapachu, po którym zwymiotuje. Śmierdziało trochę, ale tylko jakimiś starymi warzywami. Poza tym było bardzo ciemno.

 

- Potrzebuję latarki.

 

- Oczywiście, nie masz takiego kociego wzroku jak ja.

 

Dała mu latarkę. Poświecił. Nie zauważył żadnego ruchu. Na podłodze pod schodami leżała sterta gnijących warzyw.

 

- Dajesz mu jedzenie?

 

- To nie jedzenie. To on!

 

Pod stertą warzyw coś zaczęło się poruszać. Jakby spało, a on je przebudził. Cofnął się szybko. Ogarnął go irracjonalny strach, że ciotka zepchnie go ze schodów i zamknie w piwnicy, dlatego wycofał się i wrócił do kuchni. Aurelia patrzyła na niego obojętnym wzrokiem.

 

- Nie mogę, boję się. Nawet jeśli to wszystko mi się zdawało - wykrztusił.

 

- Mówiłam ci. A to nie wszystko. - Ciotka ponownie zamknęła piwnicę. - Nie byłam jedyna. Potem inne kobiety również zaczęły rodzić podobnie wynaturzone potomstwo.

 

- To wszystko brzmi jak koszmarny sen.

 

- Może tak właśnie jest, a ja teraz śnię? Przecież od bardzo dawna nie spałam z żadnym mężczyzną. Bo to co mnie zapłodniło na pewno nie było człowiekiem.

 

Ciotka zaczęła zachowywać się jak wariatka. Rzucała obłąkanym spojrzeniem na prawo i lewo, a do tego mówiła wyjątkowo popieprzone rzeczy.

 

- Przyszli do mnie pewnej nocy, ociekali błotem i śmierdzieli. Wykorzystali mnie. A wiesz co to było? Warzywa z mojego ogródka.

 

Mężczyzna poczuł się nieswojo. Teraz to on miał wrażenie, że śni jakiś koszmarny sen. Jego ciotka paplała bez sensu. Trudno, nie zostanie u niej. Przenocuje w samochodzie, a potem... potem jakoś to będzie.

 

Natłok myśli zalał jego umysł. Próbował ułożyć to wszystko w sensowną całość, jednocześnie czując, że są na to nikłe szanse. Jechał do zapomnianej przez świat dziury, aby znaleźć schronienie. To był priorytet. Ciotka podczas rozmowy telefonicznej faktycznie tworzyła dość niezgrabne wypowiedzi, jakby chciała pomiędzy nimi ukryć wiadomość, że tak naprawdę nie chce, aby do niej przyjeżdżał. Mógł to przewidzieć. Dostał w twarz solidną pięścią absurdu. Nadal bolało. Wyszedł z mieszkania rozkojarzony i pozostawiony samemu sobie, aby poradzić sobie z tym wszystkim. Aurelia wspomniała, że inne kobiety również poczęły warzywne monstra z niewiadomych przyczyn. Całe miasteczko spało spokojnie z myślą, że nowe pokolenie to oślizgłe wybryki z czeluści najgorszych koszmarów. Obłąkany sen psychola trwał i wkraczał powoli w coraz to nowe fazy. Kiedy się skończy?

 

Wsiadł do auta. Kątem oka zdołał zobaczyć sylwetkę ciotki stojącą w oknie. Udał, że jej nie widzi. Udawał, że niczego nie widział w piwnicy, że to tylko chora wizja. Może jest schizofrenikiem? To by wiele wyjaśniało. Dziwne uczucie spojrzeń na całym ciele wtedy przy placu. Spojrzenia te nie były ludzkie. Paliły jego skórę niewidzialnymi laserami i kuły tysiącami igieł.

 

Ulica była ciemna. Pierwsza latarnia stała na samym końcu przy wlocie w ulicę Euzebiuszańską. Żółte, mdłe światło padało na usypany chodnik i cześć jezdni. Zdołało swoim zasięgiem objąć zdechłego psa. Zwierzę leżało nieruchomo kilka metrów od auta, pokryte licznymi ranami. Przesiąknięte krwią, puszyste futro powiewało zgrabnie poruszane wiatrem. Kusiło go, aby wyjść i przyjrzeć się mu bliżej. Wtedy przypomniał sobie o piwnicy. Było tam okno, które wychodziło centralnie na trawnik przed domem. Spojrzał w tamtym kierunku. Miał dziwne przeczucie, że to coś też mu się przygląda ukryte w całkowitych ciemnościach. Od kiedy warzywa stały się morderczą hordą potworów? W odciętej od cywilizacji mieścinie te stwory mogły się rodzić już lata temu. Teraz to już pewnie rutyna. Z drugiej strony uświadomił sobie, że tak naprawdę przegrał z warzywną pokraką o miejsce w domu ciotki. Piwnica jawiła się jako tysiąc razy lepsze miejsce do spania niż wnętrze ciasnego auta.

 

Pierwsza próba. Zamknął oczy w nadziei na choćby namiastkę spokojnego snu. Bez szans. Prędzej sam z siebie wejdzie po raz drugi do piwnicy Aurelii, niż uśnie na twardym fotelu kierowcy. Nikt nie mówił, że będzie pięknie. Ciotka była jego jedyną rodziną, która jeszcze go nie znienawidziła. Ale kto był przypuszczał, że będzie aż tak ostrą brzytwą? A może to on był za miękki? Teraz to bez znaczenia. Jest tu. Siedzi w aucie przed jej domem i snuje plany na przyszłość. Do tamtego świata na razie nie ma po co wracać.

W końcu zapadł w niespokojny sen pełen groteskowo powykrzywianych postaci tarzających się pośród zgniłych roślin. Potem dodatkowo zaczęły go gonić, otaczać, atakować. Nie miał dokąd uciec, przebierał nogami, nie posuwając się ani na krok.

 

Gdy się przebudził, ociekał potem. Zauważył też kilka zmian, jakie zaszły w okolicy. Znad budynków zaczął powoli wysuwać się księżyc dokładając swoje trzy gorsze w kwestii upiorności atmosfery. Poza tym zdechły pies zniknął spod latarni. Bo czemu nie? Pewnie poszedł sobie, bo mu się znudziło.

 

Mężczyzna znów poczuł na sobie czyjeś spojrzenia. Obrócił głowę, a w karku strzeliło mu nieprzyjemnie. Zapuścił się w kwestii codziennej gimnastyki, która zamieniła się w raz do roku albo w ogóle.

 

W pobliżu samochodu stało dwóch facetów z ponurymi twarzami. Nie wiedział, czy go widzą, bo akurat ostro popijali. Miejscowe żule. Niewykluczone, że i oni byliby niechętni w wyznawaniu tajemnic miasteczka. Wydawało mu się, że łypią na niego groźnie co jakiś czas. Jeszcze tego by brakowało, żeby któryś odlał mu się na samochód albo zarysował lakier.

 

Chwilę się pokiwali i poszli. Podążał za nimi wzrokiem, aż odkrył, że tylna szyba była pęknięta i spływała po niej śluzowata substancja. Czyżby coś próbowało dostać się do auta? A może tylko jakiś ptak pieprznął przypadkiem o szybę.

 

Pora spać. Wciąż daleko do ranka.

 

Zerknął na zegarek, ale ten jak na złość nawalił, wskazówki zatrzymały się w okolicy dziewiątej trzydzieści.

 

Wtedy usłyszał kobiecy krzyk. Czyżby akurat teraz któraś rodziła kolejnego potwora? Chociaż nie. To brzmiało bardziej jak rozpaczliwe błaganie o ratunek. Co tam się działo? W żadnym z budynków nie zapaliło się światło, nikt

 

nie okazał współczucia. Wszyscy spali, bądź nie chcieli słyszeć.

 

Postanowił, że tylko zobaczy. Nie będzie się mieszał, jeśli uzna, że to niebezpieczne.

 

Opuścił samochód i udał się w stronę, skąd dochodziły wrzaski. Szybko zlokalizował odpowiednie miejsce. Przeszedł pomiędzy kilkoma budynkami i na skraju niewielkiego lasu jego oczom ukazał się osobliwy widok. Dwóch oblechów akurat kończyło wiązać wrzeszczącą kobietę. Wszyscy byli w strojach Adama i Ewy. Drągale facetów stały na baczność. Można było przypuszczać, co za chwilę nastąpi, ale nie wszystko poszło w przewidywanym kierunku. Ciała mężczyzn bowiem zaczęły się zmieniać.

 

Obraz ohydy tworzył się na jego oczach, wypalając w pamięci koszmarne wspomnienie, które pozostanie w niej na lata, bez względu na jego starania, aby o nim zapomnieć. Rozżarzony węgiel zakotwiczony w umyśle, nawiedzający w snach, palący resztki tych obrazów, które faktycznie dawały radość z ich odgrzebywania w pamięci. Może zrobił kolejny kardynalny błąd? Po co tu przyjeżdżał? Każdy lepszy wiadukt byłby lepszy niż to wszystko.

 

Obaj jednym głosem zaczęli wrzeszczeć, znacznie głośniej niż kobieta. Wykończona i podatna na każde sugestie opadała nagle bezwiednie utrzymywana w pozycji stojącej jedynie dzięki sznurowi obwiązanemu wokół jej pasa.

 

Jeden z facetów zerwał z twarzy pokaźny płat skóry, odsłaniając oślizgłe wnętrze, bulgocące nieprzerwanie jakby miało za chwilę wybuchnąć. Drugi postąpił podobnie. Kawałki skóry walały się dookoła drzewa, pokryte zielonkawą substancją o zgniłym duszącym zapachu. Przez chwilę czuć było wyraźną nutkę swojskiej zupy jarzynowej według pradawnego przepisu, jednak ów zapach szybko stłumiła zgniła woń warzywnego smrodu. Po kolejnych kilkunastu sekundach ciała oblechów przypominały już bardziej zmielone resztki obiadu niż faktyczne sylwetki ludzkie. Wyraźny smród stopniowo robił się coraz mocniejszy, wręcz gęsty.

 

Wzdrygnął się z nieukrywanym grymasem na nieco bladej twarzy. Wszystko trwało w ogólnym chaosie przesiąkniętym agonistycznymi rykami facetów. „Marek, znowu zjechałeś do gówna” - pomyślał. Nie chciał już tego obserwować. Wolał oddalić się jak najszybciej. Ale co z kobietą? Takie prawa tego świata. Padło akurat na nią. Próba jakiejkolwiek ingerencji z jego strony odpadała.

 

Ostatnie ludzkie strzępy opadły na zieloną trawę. Stały przed nim dwie kreatury. Oślizgłe, skąpane w śmierdzącym szlamie kończyny ocierały twarz nadal nieprzytomnej kobiety. Monstra przypominały posklejane na szybko strzępy nadgniłych warzyw. Zauważyły go. W końcu. Przez chwilę jedynie obserwowały. Stał nieruchomo, sparaliżowany myślami o beznadziejności całej sytuacji. Wystające z powykrzywianych paszcz zęby ocierały fioletowe jęzory. Ona im nie wystarczy?

 

Jeden ze stworów jakby tknięty myślą Marka podszedł do kobiety i oswobodził, przygotowując się do zwierzęcej kopulacji. W momencie z bezwładnego ciała zdarł całe ubranie. Już po niej. To więcej niż pewne. Zakłopotany nawet nie zauważył, że w mgnieniu oka drugi stwór pojawił się tuż za nim.

Nastał świt. Mężczyzna znów siedział w aucie i masował obolały kark. Z powrotem te koszmarne sny. Jeśli od teraz ciągle będzie widział pokraczne warzywne istoty, to chyba wizyta u psychologa stanie się nieodzowna.

 

Do jego uszu dotarło ciche mruczenie, jakby gdzieś w samochodzie siedział kot. Nigdzie jednak nie znalazł śladów sierściucha. Wysiadł z auta i obszedł je dookoła. Śluzowata substancja zniknęła z szyby, natomiast pęknięcie pozostało. Co je spowodowało? Będzie musiał żyć w nieświadomości.

 

Czuł się nieswojo, jakby dostał gorączki połączonej z andropauzą. Był stanowczo za młody na takie rzeczy. Gdzieś w odmętach podświadomości wyszukał informację o chorobie kociego pazura, wywołującej objawy podobne do grypy. Skojarzyło mu się to z mruczeniem, które wciąż słyszał. W zasadzie coraz bardziej przybierało ono na sile. Poczuł silną potrzebę pójścia za tym kojącym odgłosem. Miasteczko było wyludnione, jakby on jedyny wstał tak wcześnie. Co w tym dziwnego? Inni mieli wygodne mięciutkie łóżka, a nie twarde i śmierdzące wnętrze auta jako sypialnię.

 

Podążył za mruczeniem. Zaprowadziło go ono na skraj lasu, nad niewielki stawek. Tam w ziemi rosła dorodna marchewka. To z niej wydobywał się tajemniczy dźwięk. Bardzo dziwne.

 

Wtedy zabolała go noga. Podniósł nogawkę i zauważył paskudną ranę. Duży był ten kotek, nie ma co — pomyślał. Przydałoby się to chociaż czymś odkazić.

 

Zamiast tego jednak poszedł dalej, zagłębił się w las. Zawsze był ciekawski i gotowy na przygody. Powtarzał, że dopóki ktoś nie ruszy się z domu, nigdy nie poczuje pożądanej dawki adrenaliny. Ciekawił go ogród, który widział, gdy jechał w kierunku miasteczka. Powinien być niedaleko. Cóż za dziwy musiały tam rosnąć.

 

Zaśmiał się ze swojej głupoty. Przecież na pewno nie było tam pięknych kwiatów, tylko zarośnięty zielskiem i chwastami skwer. Nie zaszkodziło jednak tam zajrzeć, zwłaszcza że dzień był taki piękny. Kolejna głupota. Argumentował przechadzkę do dziwnego ogrodu, otoczonego drutem kolczastym ciekawością i pięknym dniem. O ile tego pierwszego miał faktycznie w nadmiarze tak słoneczny dzień nie był dobrą wymówką. Chyba że byłby to żart skierowany no znienawidzonego profesora z podstawówki, który szczęśliwym zrządzeniem losu oślepł jeszcze, gdy uczył Marka. Przykro. Ale nie jemu. W końcu, przedzierając się prze kolejne połacie leśnej gęstwiny dotarł do obranego celu. Był pewien, że to jest ogród. Sam głos ciotki w słuchawce telefony poinformował go o nim. Miał być argumentem dobrze obranej trasy. Z daleka cały plac wyglądał wyjątkowo pusto. Było tam nieco zieleni, ale większość miejsca zajmowały zalane, betonowe alejki, porozrzucane w losowych kierunkach. Nigdzie nie było wejścia. Przynajmniej tak mu się wydawało. Podszedł bliżej pchany żądzą poznawania. Z odległości kilku kroków od ogrodzenia poczuł okropny smród zgnilizny z wyczuwalną warzywną nutą. Postanowił obejść cały ogród wokoło. To było jedyne racjonalne rozwiązanie, jeśli naprawdę chciał zwiedzić dziwny plac, choć w niewielkim stopniu. Ruszył powolnym krokiem ogrzewany piekącymi promieniami słońca.

 

Te dziwne spojrzenia. Pamiętał to uczucie dokładnie. A ten cień? Możliwe, że to dozorca, jednak nie był pewny. Sylwetka nie przypominała ludzkiej. Z drugiej strony ogrodzenia stały dwa sporej wielkości budynki podobne do garaży. Składziki na nawozy? Zapewne. Chociaż wątpił, żeby ogrodnicy pracujący tu pielęgnowali chwasty rosnące pomiędzy alejkami.

 

Idąc nieśpiesznie zauważył niewielką furtkę zamkniętą na cztery kłódki. Był nieco rozczarowany. Liczył, że zajrzy ukradkiem, co dokładnie znajduje się w stojących na terenie ogrodu budynkach. A może ciotka wie? Ta stara franca ukryła przed nim więcej, niż mógł sobie wyobrazić. Ile jeszcze tajemnic trzymała pod kluczem? Jej pomarszczona twarz niczym plastikowa maska ukazywała tylko obojętność. Chyba pora na małe przesłuchanie.

Do miasteczka wrócił jeszcze bardziej rozkojarzony niż wcześniej. Wszechobecny absurd wdzierał się do jego umysłu, próbując go omamić. Przytomnie walczył z narastającym obłędem. Wpadł niczym rozjuszony byk do domu ciotki. Być może niepotrzebnie. Kobieta paradowała po mieszkaniu jedynie przepasana pomarańczowym ręcznikiem. Obleśny widok gołych piersi zwisających niczym dwa worki piasku wdarł się w jego pamięć. Kolejne znamienite wspomnienie. Początkowo nie odzywał się. Jednak ciotka zauważyła go szybko i zgodnie z przewidywaniami zaczęła histerycznie wrzeszczeć.

 

- To tylko ja. - powiedział - Bez paniki. Kontroluję sytuację. Nie widzi ciocia?

 

- Widzę tylko gapiącego się na moje cycki zboczeńca. Won z domu, ale już! - wrzasnęła ochryple.

 

- Wyjdę i już nie wrócę i to bardzo szybko. Nie pisałem się na to. Chciałem tylko znaleźć przytulny kącik na czas poukładania spraw. A co dostałem? Niewdzięczną staruchę ukrywającą w piwnicy warzywne gówno i wodospad absurdu wokoło. Nie, to dla mnie za wiele. Odejdę stąd, ale...

 

- Ale co? - przerwała nerwowo kobieta.

 

- Co ciocia wie o tym ogrodzie? Bo mam wrażenie, że bardzo dużo.

 

W mieszkaniu na chwilę nastała cisza. Workowate piersi, które przed chwilą podskakiwały histerycznie teraz całkiem opadły i spokojnie czekał na kolejny atak histerii ciotki.

 

Noga coraz bardziej go bolała. Uniósł nogawkę i zobaczył, że skórę pokrywają białe i szare strupy. Ciotka wrzasnęła na ten widok jeszcze głośniej niż poprzednio. Nie zauważył nawet, gdy złapała ciężką figurkę i przyłożyła mu w głowę.

 

Ocknął się w ogrodzie pośród zzieleniałych nie w pełni przemienionych ludzko-roślinnych hybryd. Zasadzili jego i innych niczym warzywa w dołach w ziemi. Trzymali tak kilka dni, aż poczuł, że dosłownie zapuszcza korzenie. Przemiana się rozpoczęła. Kompletnie nie wiedział co się wokół niego dzieje. Wszystko znikło. Zjednał się z naturą i resztą potwornych hybryd, a jego własna ciotka przyrządziła sobie z niego jakiś czas później zupę i drugie danie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania