Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Biznes pasztecikowy znacjonalizowany (i dobrze) cz. 8

Obwód szklanego zwierciadła tworzy pozłacany szkielet w stylu barokowym. Płyta kryształowo czystej tafli materiału amorficznego prezentuje w swoim odbiciu postać katatonicznie otępiałą. Wzrok z wklęsło-licowego darmozjada o rozczochranym łbie zwracam ku nablatowej, ceramicznej umywalce. Jej wnętrze nie ma odpychających osadów, spreparowanych przy pomocy pięćdziesiąciu brudnych łapsk. Babcia żywi obsesyjną miłość do sterylności. Zanurzam twarz w kranowej cieczy, przecierając ją żywiołowymi dłońmi.

Następnie już spowijam wilgotną gębę finezyjnie miękkim ręcznikiem bawełnianym. Sycę się tym luksusem przez chwilę, zaniedbując eksploatowany, ostry strumień wody. Pomruk tradycyjnego dzwonka. Odpuść, kretynko. Zatykam zawór. Przemykam przez staromodny majestat domu emerytowanego kombriga, którego zasługi zostały bezczelnie zapomniane przez zepsute społeczeństwo oraz jego oblubienicy, miłującej komunizm, artystkę z nieopanowanym zapędem do kreowania propagandowych, socrealistycznych dzieł sztuki. Feeria tapetowych, ściennych liści migocze w kącie mojego oka. Babka ulokowana na rzeźbionym uszaku. Chuda, przebarwiona ręka z filiżanką espresso nie drga. Spogląda z apatią na klocowatą bryłę, prawiącą o wiadomościach z kraju i ze świata. Zahibernowana, nieszczęśliwa i pomarszczona anemiczka z białym, ciasno upiętym kokiem nie reaguje na dźwięk, docierający z zewnątrz.

Przedwojenne, odnowione drzwi postanawiam otworzyć teraz eksplozywnie. A co? Pokaż Misza, że posiadasz minimalny temperament, kurwa jego mać.

— Jak ci piszę, idiotko, że ni... — wypalam w połowie odsłaniania wnętrza mieszkania dziadków. Jednak, kiedy wzroku nie bombardują pucułowate poliki Daszy, a karmazynowa czerwień pulchnych ust Nastii (tej z dziurawymi uszami) z sylwetką zapakowaną w pikowaną kurtkę, zamykam gębę w połowie zdania.

— Cześć, słodziaku. — Uśmiecha się ujmująco.

— O, Nastia. — Drapię się niezdarnie po potylicy. — Co ty tutaj robisz?

Przechyla głowę, jakby chciała wypłukać uszy z chlorowanej wody i pieszczotliwie trąca mnie po ramieniu.

— Przyszłam sprawdzić czy żyjesz. Nie odzywasz się od dwóch tygodni.

— Och, mam sporo nauki teraz. W końcu wybrałem to głupie liceum.

Transfiguruję się w pierdolony cyrkiel, nakreślając nerwowo okręgi na owłosionej, beżowej wycieraczce. Nastia parska śmiechem.

— Nie wciskaj mi, że uczysz się w ferie, krętaczu.

— Em. Po prostu. — Spojrzenie kieruję na długie skarpety z awokadowym nadrukiem. — Nie chodzi o ciebie. Ani o nikogo.

Wraz z coraz większym, żenującym zakłopotaniem, jej przyjazny uśmiech niknie. Śniegowe paprochy filcują czubek blond odrostu, pozostały po szarej farbie. Dociera do mnie, że nie stoi przed progiem wejściowym kosztownej lepianki dziadków dla beki, a średni opad atmosferyczny, napełniający jej futrzany kaptur to sygnał, aby zaprosić znajomą Borysa do środka.

— Odzywaj się czasem na fejsie, czy coś. — Odwraca się ospale, posyłając w moją stronę smutny uśmiech, a następnie kieruje się do czarnej bramy wyjściowej.

Źle, imbecylu. Nie na tym polegają kontakty międzyludzkie. Okaż znikomą wdzięczność. Istota żywa interesuje się twoim losem.

— Nastia! — wołam do jej pleców, które moment później odwracają się w stronę przeciwną — Chcesz... wejść może?

Posyła mi życzliwy uśmiech, kiwając głową łagodnie na znak odmowy.

— M-moja babcia robi bliny —dukam na zaczepne.

— Bliny!

Składane krzesło zostaje osłonięte kolorowym szalem w kratę. Nastia przewierca wzrokiem nielichy pokój, w którym pomieszkuję. Usadawia się na krawędzi szarego, tapicerowanego łóżka w solidnej, drewnianej ramie. Wsparty o poduchę, siedząc po turecku, próbuję być dobrym gospodarzem we własnym pokoju.

— Do picia coś? Herbaty może?

Ta na moją sztuczną życzliwość odpowiada drwiącym śmiechem, lokując się na przeciw mojego ciała.

— Ja pieprzę, Misza. — Wzdycha głęboko. — Masz tu pierdolony raj na Ziemi. Wcale się nie dziwię, że nie chciałeś zaprosić jakiejś wieśniary z kołchozu.

— Co? Nie! — huczę — To nie tak, ja po prostu, ja się ten, jestem zbyt niedomyślny.

Nastia szprycuje twarz uśmiechem.

— Okej. Ale ja tu nie po bliny właściwie.

— Hm?

— Wiem co się wydarzyło.

Przymykam oczy, czerpiąc głębokich oddechów wkurwienia.

— Nie chcę o tym gadać.

— Słuchaj. — Ujmuje moją dłoń. — Ja wiem, że to niepojęte, bo oni kompletnie do siebie nie pasują. Lena to opanowana, aspołeczna i arogancka córka bankruta, a Borys jest tym idealnym, inteligentnym i towarzyskim synem niebankruta.

— Czekaj, co? — Wytrącam rękę z jej uścisku, dziurawąc Nastię niemożebną konsternacją.

— Pokurwione, no nie? — Wytrzeszcza oczy. — Tylko nie mów jej, że ci powiedziałam o ojcu. Jej matka rozwiodła się z nim i odebrała mu prawa rodzicielskie, kiedy próbował strzelić sobie w łeb. Podobno dostał jakiejś manii i siedzi w psychiatryku od kilku, dobrych lat.

Gapię się nieruchomo na Nastię, kalkując przychodzące informację.

— Ej...

— Hm?

— To co ich właściwe łączy?

— Ojca Leny i Lenę?

— Lenę i Borysa.

— Zaręczeni są.

Dostaliście kiedyś w mordę pierdolonym, odłamkowym granatem bojowym RGN? Nie? To się, kurwa, pierdolcie, bo gówno wiecie o życiu.

— I ja wiem, że ty się tym bardzo przejmujesz — ciągnie — bo nie sposób jest się nie zauroczyć się w Borysie, ale znajdziesz kogoś o stokroć fajniejszego.

Czuję narastającą furię, przenikającą w żałość.

— Ale...

Nie wykrztuszę z siebie słowa. Robię się mizernie otępiały. Jakby prztyczki, odpowiadające za pracę w mało pofałdowanym mózgu, zaprzestały swojej roboty, unieruchomiły oprogramowanie człowieka, automatycznie rozpoczęły aktualizację systemu, zakończonej dopiero po półtoragodzinnej zawieszce.

— Miszka. — Ponownie czuję oplatające mnie, chłodne dłonie.

Odejdź. Nie potrzebuję ich teraz.

— Tamara organizuje domówkę. Nie będzie ich tam. Wyluzujesz się.

Przejmuje zatroskanym wzrokiem moje oczy, spuszczone posągowo w zmarszczki haftowanej pościeli. Nie pamiętam, w którym momencie kanaliki łzowe wycedziły słone strumienie. Odkurzyłem je rękawem czarnej bluzy i z tym zasmarkanym wyrazem, wreszcie spojrzałem w jej oczy.

— Pójdę z tobą.

 

Stancja Tamary ani trochę nie spełnia kategorii, w jakich pojęcie „stancji" może być rozpatrywane. Obszerne mieszkanie urządzone w stylu loft ze ścianą wydzierżawioną na dekoracyjny kamień.

Przerośnięta wieża stereo wydaje z siebie post-emo rap, nieetyczny dla ludzkiego zmysłu słuchu. Nadchodzącą przyczynę sąsiedzkiego wzburzenia, skutkującego w interwencję policji, skutkującą końcem tej ogłupiającej posiadówy, obleczonej w stertę przydrogiego, pokazowego wina z burżujską datą wyrobu. Mam nadzieję.

— PODOBA SIĘ? — pyta zachrypnięty, męski głos, przekrzykujący muzyczną klęskę.

— Jest w porządku, Feliks. — nachylam się wprost do odstającego ucha.

— JAK W SZKOLE? — próbuje ciągnąć dialog, lekko napruty, kołysząc się z butelką Białego Niedźwiedzia w dłoni.

— Dobrze — odpowiadam z zamaskowaną niechęcią do rozmowy, oparty o naścienny plakat z transseksualnym Putinem. Bardziej przewidywalnie się nie dało.

Feliks obejmuje moje ramię bratersko i unosi wskazujący palec, jakby miał miał właśnie odpierdolić sentencję życia.

— TO ZAJEBIŚCIE, MŁODY.

I znika w tłumie mniej lub bardziej wstawionych pokrak z koszulkami retro zespołów. Wzrok krzyżuję ze wzrokiem Tamary.

— Misza, dawaj tu do dziewczyn! — nawołuje.

Ruszam w stronę naprzeciwległego kątu mieszkania z Tinkoffem w ręku. Tamara ujmuje fragment mojego policzka i go tarmosi, a ja topornie próbuję uwolnić się od jej natarczywego uścisku.

— A oto moje słoneczko! — Przekręca mnie w stronę dziwnych lasek o spływających mordach, z którymi przed chwilą, zapewne, toczyła jakąś zażartą dyskusję o zbyt dużej roli Kościoła prawosławnego w życiu publicznym Rosji.

— H... hej. — dukam.

— Czyż nie jest czarujący? — oplata moją szyję i przytyka nos do ramienia.

— Tamarko. — Nastia delikatnie zdejmuje ze mnie podpitą blondynę. — Daj mu trochę oddechu.

— Aaaaaa, nie pierdolicie tylko się napierdolcie! — Chwyta nas za ręce i delikatnie chybocząc prowadzi do szklanego stołu z rozstawionymi alkoholami. Nachyla się po kanciaste szklanki i butelkę rumu.

— Hej! — Nastia powstrzymuje jej lewitujące dłonie, moment przed uzupełnieniem objętości rzeźbionego szkła. — My się tym zajmiemy, okej? Idź się bawić.

Tamara chyba ulega, prostuje drżący korpus i kwituje na odchodne:

— Za pół godziny macie być nietrzeźwi.

Nastia bierze uspokajający oddech.

— To co, po jednej na spółę? — Zwraca się do mnie.

Aprobuję tę rozstrzygnięcie.

— Ale chodźmy gdzieś z dala od nich.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • trouvère 5 miesięcy temu
    czemu tu żadnych komentarzy nie ma? o.O To po pierwsze.
    Po drugie, że Can na forum napisał coś w rodzaju, chyba dobrze cytuję, "genialne dziecię". Ja nie będę konkretnie tego tekstu opisywał, bo to część całości (o której to całości napisałem pod bodaj częścią 7, jakiś czas temu), napiszę tyle, taki mały fakcik, że Ty jesteś jakimś polskim Rimbaudem brudnobarokowej prozy; człowiek patrzy i oczy przeciera, i zapomina, że czapkę z głowy trzeba ściągnąć przed talentem, ale przypomina sobie, że czapek nie używa, więc tyle dobrze.
    no, może zaznaczę, że przy blinach parskłem :]

    Po trzecie, prywata - "Oczywiscie, ze moge. Tylko daj mi jakos znac pod jednym z moich tekstow jakie to konto i machne komentarza dluzszego"; to to to konto :D

    I wracając do punktu pierwszego i łącząc go z trzecim, to komentarz u mnie, wiesz, na ile Ci się będzie chciało (acz będzie mi bardzo miło, jeśli się będzie chciało ;) ) Natomiast tu... No z jednej strony miłe uczucie, że pierwszy pod takim tekstem, ale z drugiej, dodany pięć dni temu, i brak jakiegokolwiek wpisu tutaj to jest jebany skandal. Już chociażby dlatego, że przez to może nie powstać i nie pojawić się część dziewiąta i kolejne, z braku motywacji. Jebany skandal, rzekłem.
    pzdr
  • nimfetka 5 miesięcy temu
    „Ty jesteś jakimś polskim Rimbaudem brudnobarokowej prozy“ - O w dupsko. To niesamowicie miłe i ładne.
    Zauważyłam, że teksty z częściami lub rozdziałami znajdują się w tej niszy najczęściej, więc nie dziwota, że i mnie w końcu to dopadło. Jakoś nie rozpaczam, chociaż nie chcę mi się pisać tego dla nikogo, mimo że „pasztet“ bardzo lubię. No nic to. Zobaczym jeszcze.
    Dzięki śliczne i do Ciebie na pewno zajrzę. Suowo.
  • pasja 4 miesiące temu
    Hej
    Nadrobiłam. Bardzo malownicze wprowadzenie w mieszkalne rejony komunistycznej babci. I w tym wszystkim pojawia się znajoma wnuka. Która jest z innej kasty. Nastia nie bawi się w konwenanse tylko bezpośrednio mówi o co chodzi.
    Znowu ten wielki świat rosyjski w oczach młodzieżowego slangu. Domówka u Tamary suto zakrapiana alkoholem jest jakby ucieczką od rzeczywistości.
    Znowu styl, język i szeroka wiedza powala.

    Pozdrawiam
  • pasja 4 miesiące temu
    Aprobuję tę rozstrzygnięcie... coś się gryzie
  • nimfetka 3 miesiące temu
    Jazu, zapomniałam odpisać. Dzięki śliczne, zostawię już chyba tamto.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania