Poprzednie częściBorys  Borys 2.  

Borys 3.

Leży tak kilka chwil, taplając się we własnej beznadziejności. W końcu wstaje, strzepuje brud z ubrań i puka do drzwi, ale jest to pukanie bezsilne, pukanie starego człowieka wycieńczonego wędrówką, pukanie na granicy słyszalności. Borys zdaje sobie sprawę, że trzeba uderzyć mocniej, zbiera więc siły i stuka raz za razem, bardziej stanowczo. Otwiera kobieta z długim, siwym warkoczem, o włosach tak cienkich, jakby zawsze brakowało im witamin. I zaprasza go do środka nie mówiąc nic, patrzy w ciemne oczy mężczyzny, wskazuje na drewniany wieszak i głaszcze go po policzku pomarszczoną dłonią.

– Trzeba nam herbaty – przełamuje ciszę.

Borys siada przy stole, patrzy na czajnik w kwiaty, na brzydkie szklanki z minionej epoki, pomalowane w równie brzydkie wzory, na białe zazdrostki, a potem długo myśli co powiedzieć. Cieknący kran odmierza czas między jednym pomysłem, a drugim, woda uderzająca kroplami o blaszany zlew co chwilę wyrywa go z zamyślenia. W końcu podejmuje decyzję. Podchodzi do kobiety, chwyta ją za zimne dłonie, wyrywa szklankę z rąk, karcącym spojrzeniem nakazuje usiąść, a sam staje przy niewielkiej kuchence. I jest mu dobrze, nigdzie nie ma trupa umalowanej kobiety, nie ma brzęczących much, jest spokój, jest cisza, i nawet przeciekający kran nie znaczy tu nic. Oddycha głęboko.

– Mam w domu dziewczynę.

– To dobrze.

– Nie. To jest bardzo źle. To jest wręcz potwornie, bo nie wiem, nie mam pojęcia kto to i ona tam została, zostawiłem ją, nie pamiętam jak ma na imię, czy w ogóle się sobie przedstawiliśmy, a może tylko ja jej – wyrzuca z siebie – i jeszcze ten pies, ktoś go szuka, a mój szalik, szalik jest na jej szyi, nie mogę go zdjąć, nie mogę, bo będę podejrzany, ale i tak jestem, przecież leży w moim domu, leży już tak długo i nikt nie zadzwonił po pomoc. Ja nie zadzwoniłem. I w całym domu unosi się smród, okna są uchylone, ale nie do końca, bardzo chciałem przewietrzyć, ale zdobyłem się tylko na to, żeby odświeżyć. A ta kobieta tam leży, umiera. Nie, umarła już trzy dni temu. Poszedłem na ławkę, myślałem, zastanawiałem się, czekałem, aż mnie znajdą, czekałem kilka chwil i przyszedłem tu. I naprawdę, kurwa, nie wiem jak znaleźć rozwiązanie, jak je przyśnić.

Czajnik gwiżdże. Borys znów głęboko oddycha i nalewa wodę do dwóch brzydkich szklanek. Kobieta spokojnie wsypuje cukier, a potem długo miesza, starając się nie uderzać łyżeczką o szkło. Upija łyk, skubie warkocz, skubie wargę, wzdycha i znów pije.

– To smutne co mówisz – odpowiada w końcu. – Powinieneś zadzwonić. Gdziekolwiek. Wyjaśnią.

– Ale co ja im, kurwa, powiem, że dopiero po trzech dniach zorientowałem się, że mam w domu trupa? Nawet nie znam imienia. Na imprezie byli sami faceci, nie, chwila, było kilka kobiet, ale piły równo z nami, upiły się tak, że można było je porównać z facetami.

– Nie możesz pozwolić, żeby tam leżała.

– Jest mi smutno. Byłem w barze, ale nie cieszyło mnie piwo, nie cieszy mnie wizja następnego dnia, kolejnych papierosów, nie słucham już radia, nie śpiewam, mam w głowie tylko jakieś tabletki na seks, bieliznę. Wyjechałbym gdzieś daleko, przeprowadził się, ale nie, wszędzie będzie za mną szedł ten smród, zapach gównianego sprayu do toalet. Świat spsiał, babciu, ja spsiałem razem z nim. Chciałbym chociaż pamiętać.

– Pojedźmy tam. I zadzwoń po kogoś z tej waszej imprezy.

Borys już wie, że teraz ona się nim zaopiekuje, że będzie normalnie, że tamto co się wydarzyło, to zaledwie legenda, brulion legendy, że się śniło. Wmawia sobie to, bo czasem należy kłamać, oszukać samego siebie i w ten sposób nie zwariować.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • jesień2018 2 miesiące temu
    Jak zwykle dobrze napisane. I coraz smutniejsze, przynajmniej mnie jest coraz smutniej, kiedy czytam. Zazgrzytał mi tylko monolog, kiedy on tłumaczy, co się wydarzyło. Rozumiem, że to jest celowo chaotyczne i ok. Ale czy nie powinien na samym początku wyrzucić: "Ona nie żyje!"? Bo to jest clue wszystkiego. Potem, dalej niech tłumaczy chaotycznie, ale zaczęłabym jednak od tego, głównie to bohater ma w głowie. No słowo "zdechła" mi się tu nie podoba i nie pasuje. No i cóż, 5. I pozdrowienia.
  • Canulas 2 miesiące temu
    Trochę tak mnie wytrąciło, że zdechła, a nie umarła, ale z drugiej strony hiper-poprawnosć to równeiż stadium obłędu.
    Dobre. Melancholijne.
    Me gusta.
  • sigma 2 miesiące temu
    Obydwoje macie rację. Zmieniono.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania