Butelki zwrotne po piwku pięćdziesiąt groszy za sztukę - wersja autorska

U! Cza, cza, cza... Przydarzyło mi się to przedwczoraj... Mógłbym rzec, że w pewnym sensie nic nie może się równać pozoranctwu rzekomych wyborów, przed jakimi staje człowiek, przed jakimi przyszło mi stawać... Że znalazłem się oto w sytuacji, w której humanizm zaczyna czkać, bekać, a nawet rzygać... To mógłbym zaiste rzec. Wolno mi także zadręczać się tym (albo i nie) — to właściwie wyłącznie ode mnie zależy.

Opalałem się gdzieś na plaży nad Bałtykiem, pośród tych wszystkich gór piaskowych, wydm, obfitujących w zbocza i dolinki, i pasemka – labirynt sypki i efektowny, gdzieniegdzie porosły krzaczkiem rozhuśtanym od nieustającego naporu bryzy. Byłem nieco tylko osłonięty, ale metr, może dwa ode mnie rozpoczynała się najprawdziwsza Saharę, palona słońcem i smagana biczem wichru.

Jakieś butelki zwrotne po piweczku walały się na tej pustyni, porozrzucane bez ładu i składu. I jedna z nich, nie dalej niż na odległość mego ramienia, leżała do góry denkiem. Wiatr ją przewrócił, bidulkę. Słońce piekło jej brązowawą szklistość, co było w mym odczuciu zupełnie, jakieś takie, niefajne (zwykłem, ja sam, myśleć o butelkach, jako o czymś, co zazwyczaj jest zimne, a zimne do tego aż stopnia, co i piwko, które orzeźwia i gasi pragnienie, i daje radość ciału podczas upału).

Ja, Pan Głębokie Gardło, niedostępny jej swoim ogromem, wyciągnąwszy rękę zwinąłem ją prawie ukradkiem do torby. Następnie ruszyłem ku Delikatesom Centrum, zapominając na sekundę o całym plaży żarze i Saharze.

- Pani Anetko, buteleczkę proszę.

- Na wymianę?

- Tak, pani Albisiu, zimne proszę.

- Proszę, oto reszta.

- Dziękuję, pani Basiu kochana, pani Basieńko, Marysieńko najukochańsza pod słońcem.

Boże! Ileż było tych pań ekspedientek w moim dotychczasowym, mono-polowym żywocie. Ale... nie przedłużałem rytualnej konwersacji, gdyż gonił mnie czas, a czas to jest pieniądz – choćby i marne pięćdziesiąt groszy za butelkę zwrotną. No ale lepszy rydz jak nic, nieprawdaż? Zresztą to szwędactwo połączone ze zbieractwem cholernie – mówię wam – cholernie wciąga i uzależnia.

- Pssssss... – ożywiła się na moment butelkowatość na widok otwieraczości.

Powróciłem rychlikiem na plażę, dzierżąc ją w dłoni, zadowolony, schłodzony, lekko tylko przymulony i pełen łaski pańskiej. Zaledwie to uczyniłem, ujrzałem trochę dalej identyczną butelczynę, o obłych, finezyjnych rysach i w identycznym, niefajnym położeniu. I aż lśniła w słońcu, aż się prosiła, bym ją zgarnął i zwrócił. Nie chciało mi się ruszać... Ale — dlaczego tamtą zwinąłem, a tej nie?... Dlaczego tamta... gdy ta?... Wziąłem kijek, wyciągnąłem rękę, rozdziawiłem torbę — i bum... uszczęśliwiłem siebie. Pognałem do sklepu po nowe (co?) piwo! Boże, jak te butelkowe sprawy uzależniają, ludzkie umysły zniewalają, ulotną wizją szczęścia mamią... i, tak, uśmiechają się, uśmiechają...

- Pani Renatko, Anetko, Bernadetko, buteleczkę proszę.

- Na wymianę?... Panie Pijaku Jeden, Panie Ćwoku Zatracony, Panie Bezzębny Cieciu, Panie Łachmanie...

- Tak, zimne proszę. Dzięki, bardzo pani dziś łaskawa, pani Lusieńko, Zosieńko, Gabrysieńko.

- Choć guzik mnie to obchodzi... to i tak spytam, bom wścibska i ciekawska plotkara stara... Dobrze się pan czuje? – gruchnęła sprzedawczyni (pani Ula, Ala albo inna jeszcze Genowefa, z którą łączyła mnie magiczna więź porozumienia – ta sama, która łączy nas, pijaków ze wszystkimi ekspedientkami... zarówno w Polsce, jak i na całym świecie).

- Tak, dobrze, pani Ewuniu, Kasiuniu, Izuniu.

- Pssssss... – ożywiła się ma szklana przeźroczystość na widok otwieracza. I zatrzepotaliśmy oboje radośnie skrzydełkami: ja moimi, a ona swoimi, takimi, no wiecie, urojonymi.

Zaledwie to uczyniłem – u, cza, cza, cza – ujrzałem nieco dalej identycznego Żuberka, w identycznym położeniu. A słońce paliło mu denko.

Jednakże rozejrzawszy się, ujrzałem „trochę” dalej jeszcze cztery (u, cza, cza, cza!) Tatry, Tyskie, Żywce, Lechy, palone słońcem — nie było rady, wstałem w całym ogromie swoim i pozbierałem wszystkie. Poszliśmy do sklepu. Na piwo znaczy...

- Please! – poprosiłem. Podziękowałem. Wyszedłem. Wróciłem na plażę.

- Psssssss! – Otworzyłem. A z psykiem, z psykiem... panie. A jakże! I poczułem znów ten zew: u, cza, cza, cza!

Wtem oczom mym ukazało się zbocze błyszcząco-piekąco-piaskowe kolejnego stoku, a na nim z siedem lub osiem brązowych punkcików: butelki! Pośpieszyłem z torebeczką. Posprzątałem. I już tak sparzyłem się z losem zbieracza, tak bardzo w to zbieractwo wszedłem, że widząc opodal nowe butelki na nizinach, wyżynach, przełęczach, w wąwozach, ową wysypkę szklanych punkcików, jąłem po tym piasku ruszać się, jak opętany, z torebeczką, z torebeczką, z torebeczką!

Ale, ale... wiedziałem, to nie może trwać po wsze czasy — wszak nie tylko te wydmy, ale i całe wybrzeże Bałtyku, jak okiem sięgnąć, jest nimi usiane, więc musi nadejść taki moment, w którym powiem „dość”. Musi nastąpić ta pierwsza butelka zwrotna „bezzwrotna”. Która? Która? Aż w końcu dokonało się we mnie załamanie, gładko, nagle. Stanąłem. Pomyślałem obojętnie „no dość tego”. Rozejrzałem się dokoła. Podumałem „gorąco, trzeba wracać”. Zabrałem się. I polazłem w cholerę. A butelka, ta butelka, na której przerwałem, pozostała samotna, samiuteńka, co właściwie było mi już obojętne.

- Pani Anetko, oddaję buteleczkę, proszę.

- Na wymianę?

- Nieee, na dziś mi wystarczy, ja już mam dobrze.

W końcu moje człowieczeństwo nieco się uspokoiło, zaś zwymiotowała pijackość i cielesność. Ale to nic... Co mnie nie zabije to mnie wzmocni. Przecież jutro też jest dzień. U! Cza, cza, cza!

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania