Ciućmanijska historyja część 9.

Była połowa kwietnia. Wzdłuż drogi prowadzącej do Wygody kwitły drzewa mirabelek. Tory kolejki do Dupna były zarośnięte po kolana trawą. Przez zachmurzone niebo próbowało się przebijać słońce. Mariusz jechał rowerem do pracy. Gdy przybył do młyna w Wygodzie, gdzie pracował, przypiął jednoślad do płotu, przeszedł przez bramkę i wstąpił do magazynu zbożowego. Cały magazyn był opróżniony. Zaraz za Mariuszem weszli dwaj malarze: Edward ‘’Edinio’’ Sawicki i Piotr Warszewski, mąż Nikoli, córki Śniedziucha. Edinio był łysy, miał około sześćdziesiąt lat. Ubrany był w roboczy kombinezon w kratę, natomiast Warszewski był chudy, drobny i miał na sobie spodnie i bluzę z dresu.

- O! Cześć Pioter- rzekł Mariusz podając rękę malarzowi.

- Cześć.

- Będzieta malować, jo?

- Jo, będziema. Patrz, Mariusz. Taku żem maszynkie z GSu wypożyczył. Nie będzie trza tygo pendzlamy malować, jeno się opryska i po robocie- odezwał się Edinio.

- To z ziemi będzieta malowaly, toć tu ze cztery albo i pięć metrów je. Bez drabki nie data rady.

- Słuchaj, Mariusz. Tutej mama wlanu farbę, jeno tera trzeba napumpować i będziema malować- wtrącił się Piotr.

- Nu to my pokażta jak to działa.

Sawicki zaczął pompować. Po kilku minutach nacisnął guzik na rurce, z której miała wylatywać farba. Niestety nic nie chciało lecieć. Zdenerwowany powiedział Piotrowi, by ten pompował, a on będzie cały czas wciskać guzik. Po chwili farba wyprysła z urządzenia i głowa Edinia pokryła się białymi kropkami.

- Co za gówno!- wykrzyknął malarz.

- Mówiłem, że nie data rady- powiedział Mariusz uśmiechając się.

* * *

Był początek maja. Malwina siedziała w dużym pokoju i oglądała telewizję. Nie czuła się najlepiej, była przecież w ósmym miesiącu ciąży. Jeszcze tylko cztery-pięć tygodni i będzie mogła cieszyć się synem. W pewnym momencie do domu wpadła zziajana Aniela.

- Jezdem- rzekła.

- To dobrze- odparła Malwina.

- Zrobić ci herbatę?

- Jo.

Aniela zrobiła herbatę i poszła do pokoju. Usiadła przy Malwinie i zaczęła opowiadać.

- Ty wisz co?

- No co?

- Byłam u Jagielski i wisz co una my gadała?

- Co?

- Żebyśta wy się dzieciaka zrzekly i na mnie go daly.

- Chyba se mama żartuje?

- Toć to by tak fikcyjnie tylko było.

- Jo tam, fikcyjnie…

- Toć ile to piniędzy je!

- Yhy… By tu jeszcze z opieki latali…

- Toć co ty gadasz! Byśma tysiunc złoty dostaly. Opłaca się!

- Jo tam…

- Nu toć Jagielska tak ma. Wzięła tych dzieciaków co jeji syn miał z tu Antkowiakównu, to dwa tysiunce ma na nich!

- Ale ten jej syn to nienormalny jest, a ta Antkowiakówna to pijaczka.

- Toć w dupie z nimy, ale byśma tysiunc złoty dostaly!

- Mama, a czy tobie by w ogóle dali tego dzieciaka? Toć ty teraz siedemdziesiąt pięć lat skończysz.

- Oj tam, oj tam. Jagielska ma siedemdziesiunt i jeji daly.

- A dzieciaki ile mają? Po dziesięć lat.

- A tam… Tyż nie umieta se przekalkulować, a by się opłacało…

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania