Biel i Czerń: rozdział czwarty

Gdy dwa kotopodobne stwory znalazły się w odległości około dziesięciu metrów od niego, Eisenberg ściągnął spust dwa razy w stronę bliższego z napastników i, nie patrząc na efekty, umieścił dwie kule w drugim. Cztery kliknięcia, żadne nie głośniejsze niż trzask przekręcanego klucza w zamku. Przeniósł wzrok z powrotem na pierwszego – stwór padł na kolana i pełznąc usiłował zbliżyć się ku niemu.

Eisenberg nie został majorem przez brawurową głupotę ani szczęście na polu bitwy. Przeciwnie, doświadczenie w planowaniu, znajomość historii, języków i zaprawa bojowa pozwoliły mu awansować do drugiego najwyższego stopnia, jaki można osiągnąć w armii. W związku z tym nie podchodził ku ruszającemu się przy ziemi kształtowi, by z przyłożenia i głupią przemową wpakować mu kulę w głowę – zamiast tego odczekał sekundę, aż tamten zmieni pozycję i asekurując się załomem muru, dobił go celnym strzałem prosto w kocią twarz. Ten z łukiem stał jeszcze, być może zdezorientowany, więc nie zastanawiając się dłużej, Eis strzelił w niego dwa razy. Postrzelony zachwiał się.

— Rayne? — zawołał, choć o ile nic się nie zmieniło, żołnierz powinien być tuż obok. Rayne nie odpowiedział.

Major wyjrzał jeszcze zza załomu i spostrzegł, że ten z łukiem leży najprawdopodobniej martwy, podobnie jak dwaj pozostali.

— Rayne? — powtórzył zawołanie, wychodząc ze swojej kryjówki.

Chłopak stał zaraz obok, pustym wzrokiem wpatrując się w martwego, leżącego u jego stóp czwartego kociego napastnika. A więc albo jeden wrócił, albo był jeszcze jeden, pomyślał.

— Rayne. — Położył rękę na jego ramieniu i spojrzał mu w twarz. Choć ów miał około trzydziestu lat, wydawał się zagubiony jak przedszkolak.

— Zadanie wykonane, majorze, nie dać się zajść od tyłu, majorze... — powiedział słabnącym głosem tamten, zezując i osuwając się na ziemię. Pistolet wypadł mu z ręki.

Eisenberg powoli oceniał sytuację. A więc tych kotołaków było sześciu: jeden z przodu, jeden z tyłu, dwóch odbiegło gdzieś ku wschodowi, dwóch rzuciło się na nas frontalnie. Jeden zachodzi nas od tyłu, dwóch odwraca uwagę, jeden pilnuje strzałami, żebyśmy się za bardzo nie ruszali.

Tyle lat minęło, a taktyka wszędzie wygląda podobnie, pomyślał. Postanowił odczekać jeszcze kilka chwil, by sprawdzić, czy tamci dwaj, lub jeden, nie wrócą.

Minęło kilkanaście minut, zanim Rayne zaczął wykazywać jakieś półświadome ludzkie odruchy. Po kolejnych piętnastu, upewniwszy się, że jest osłaniany, dowódca udał się sprawdzić, kto ich zaatakował.

— Co to było, majorze? — spytał potem Rayne. — Przerwaliśmy im zwiad albo coś? Przyszli po nas? Gdzie poszli tamci? Co to za jedni?

Eisenberg milczał, analizując własne odpowiedzi. Zniósł zwłoki atakujących w jedno miejsce, niemal z przyłożenia dołożył jeszcze po jednej kuli każdemu w głowę i zajął się analizą. Rozebrał trupy z wyposażenia i odłożył je na kupkę obok porzuconej, zbutwiałej taczki.

— Patrz i ucz się, chłopcze. — Wyjął z martwych łap kota długi nóż. — Za moich czasów tego nie było…

— Czego?

— Biel nauczyła się wytapiać wysokogatunkowe żelazo bardzo dawno temu. Przez półtorej setki lat był rozejm, nie? — Spojrzał na Rayne'a. Tamten pokiwał głową. — No. A ten nóż jest nowy. Ten łuk i strzały również. Zwróć uwagę na kształt grotu. Stwór, który go wystrzelił, żeby pozbawić nas życia wygląda na całkowicie nowy, nieznany mi gatunek… choć raczej powinienem powiedzieć: modyfikację rasową któregoś ze starych. Nowa rasa, można powiedzieć. Krzyżówka, być może… — Z człowiekiem, dodał w myślach. A to niedobrze. — Co nam to mówi, kapralu?

Rayne milczał. Eisenberg kontynuował.

— Przede wszystkim, że pozbywamy się trupów i biegusiem wracamy do łódki. Samymi pistoletami się tu nie obronimy. Wkrótce będzie ciemno, a tu, jak widać, przestało być bezpiecznie.

— Mogę mieć pytanie, majorze?

Eis skinieniem głowy udzielił mu głosu.

— Dlaczego po prostu nie zostawimy ich tak i nie wrócimy do siebie?

Major przeładował pistolet, upewnił się, że łatwo wyciąga się z kabury za plecami i podskoczył kilka razy. Złapał dwa trupy za sierść na karku i gestem przykazał, by Rayne zrobił to samo. Gdy szli w stronę zakola z silnym nurtem, odpowiedział.

— Możemy być potrzebni tutaj, chłopcze. Obstawiam, że ten atak nie był wymierzony w nas, bo nas tu oficjalnie nie ma, ludzie wynieśli się z tej okolicy dawno temu. Bardzo dawno temu, co widać na załączonym obrazku. — Kiwnął głową na ruiny budynków. — Poza tym, nie wiadomo kto patrzy i kto ich będzie szukać. Lepiej nie zostawiać zbyt wiele śladów ani świadków.

— Przecież trupy nie mówią — rzekł kapral, biorąc zamach i wyrzucając stosunkowo lekkie zwłoki prosto w kipiącą w tym miejscu toń.

— Ale to, jak zginęli, może dużo powiedzieć. Odłóż nam po tym ich nożu, zgarnij resztę klamotów i wrzuć do rzeki. Ja się przejdę sprawdzić, czy gdzieś czegoś nie pominęliśmy.

Zebrał wszystkie swoje łuski i jedną Rayne'a i również wrzucił je do wody. Dla bezpieczeństwa spieszyli drugim brzegiem rzeki w stronę miejsca, gdzie zostawili łódź z całym wyposażeniem.

— Si vis pacem para bellum, majorze?

— Mhm.

Około godziny później, wysoko nad ich głowami przeleciał kruk, kracząc wściekle. Major zatrzymał Rayne'a gestem.

— Czujesz?

— Co takiego?

— Ziemia wibruje. — Odetchnął głębiej kilka razy. — Musimy przyspieszyć.

 

Zazwyczaj spokojny i cichy, mroczny Szary Las wypełniał się zmierzającymi w różne strony stworzeniami. Rozkwitała pierwsza od wielu lat jesień, gdy zamiast na zimę, szykowano się na wojnę. Wieści o ataku koto-komandosów obiegły cały Las, docierały też pierwsze raporty z rubieży Czerni.

Takiego raportu słuchał właśnie Czarny Pies, patrząc na młodego Liska, wysłannika mieszkańców pogranicza.

Gówniarz, pomyślał. Najwyżej dziewiętnaście lat. Skupił się na rudym przybyszu. Jego wiadomość zawierała głównie obawy przed tym, co może nadejść. Lęk przed Bielą, walką, śmiercią. Co ten dzieciak może wiedzieć o walce na śmierć i życie?

— Idź, powiedz swoim, że budzimy Kamienie — powiedział Kat, przerywając rudemu, który zastrzygł uszami. — Wracaj do swoich i powiedz, że nadszedł czas, abyśmy obudzili wszystkie Kamienie.

Zafrasowany poseł zamachał kitą, poruszył się niespokojnie.

— Ale przecież Kamienie… Ka-Kamienie służyły Krwi! Krwi już nie ma! Co nam to pomoże? Co to da? Co, jeśli obrócą się przeciw nam?

Czarny Pies zrobił krok naprzód, stając oko w oko z Lisem. Wyciągnął zza pasa koci nóż i pomachał rękojeścią tamtemu przed nosem.

— Biel dysponuje takim żelazem. Poruszające się bezszelestnie koty, gotowi na wszystko komandosi byli tu i zaatakowali mnie. Nas. Zginął kruk, pomściłem go od razu. Co zrobisz, jak nie jeden, nie dwóch, a stu przyjdzie do was? Dacie się przerobić na kotlety i czapki dla Bieli?

Lis zrobił wielkie oczy i wyprostował się niepewnie. Czarny Pies pokiwał głową z aprobatą.

— Tak lepiej. Odkopcie całą broń, jaką zdołacie znaleźć. Każdy uwolniony Kamień kierujcie na Zakazany Płaskowyż. Tak? — spytał, gdy Lisek podniósł łapę, by zadać pytanie.

— Dwie sprawy: kto dowodzi?

— Dopóki ktoś z Czerni nie zjawi się z lepszym pomysłem, ja. — Po chwili dodał jeszcze: — Mnie też się to nie podoba. A druga sprawa?

Lisek chwycił swój piękny, lśniący ogon i wydłubał z niego łopian.

— Co z ludźmi? Mamy wieści, że wylądowali w Zatoce, na południe stąd.

— Ilu? — spytał, odwracając się bokiem by sprawdzić, kto przybył. Kolejni emisariusze. Dał znak, by podeszli bliżej. — Eisenberg i ten drugi, ludzie, wylądowali i są w Lesie. Przyszli do mnie po butelkę kilka dni temu, znaczy się: są z nami. Powtarzam: nie są przeciwko nam — oznajmił wszem i wobec.

— Wieść niesie, że są uzbrojeni — rzekł wielki, krętorogi Baran z zachodniej części Szarego Lasu. — Ponoć też mają na koncie kilku.

Wśród zebranych rozszedł się szmer. Wymieniano plotki, przypuszczenia, obawy przed nieznanym. Czarny Pies uciszył wszystkich gestem.

— Zaraz, zaraz. Jak to “kilku”?

 

Biały Kot patrzył przez długolunetę na pustą polanę i zachodził w głowę, co mogło pójść nie tak. Komando mogło wziąć sobie nazbyt do serca rozkazy i zniszczyć kamień. Ale taki wielki i w sześciu? Możliwe, ale naciągane. Dlaczego jeszcze nie wrócili? Mogli napotkać trudności. Wracają z rannymi inną drogą? Być może. Pozbywają się świadków? Może. Zakopują trupy i wyciągają strzały z drzew?

Potrząsnął głową. Bardziej, niż naciągane. Dali się zabić? Ale co, tak samym ptakom? Wszyscy na raz zginęli w starciu z kamieniem i stadkiem ptaków, włączając w to dwóch ptasich inwalidów? Bezsens.

Postanowił przestawić przyrząd na drugą o tej porze roku możliwość: Zakazany Płaskowyż.

Gdy skończył machać ciężką korbą, do zmierzchu pozostał najwyżej kwadrans. Spędził niemal cały na kalibrowaniu na chybił-trafił szkieł, by uzyskać jako tako zadowalający efekt. Gdy przyłożył oko do okularu, na dworze było już szarawo. Znad ciemnoszmaragdowego morza szły mroczne chmury. Dlaczego tam jest tak cholernie ciemno cały czas?

Zdawało mu się jednak, że widzi nowy kształt, którego dotąd tam nie było. Nowy, a jednak znajomy. Z zagapienia wyrwał go trójdzwon obwieszczający obchody jubileuszu Królewskiego.

Kompletnie o tym zapomniał! Odsunął się od okularu i z roztargnienia zapomniał o zasłonięciu zaślepek.

Gdy wrócił na dwór, jego myśli zaprzątały już całkowicie inne sprawy. Szedł prędkim krokiem korytarzami dla służby. Jako majordomusowi przysługiwały mu korytarze królewskie, ale jeśli chce się sprawnie zarządzać… nie można ciągle patrzeć pod nogi, czy nie nadepnie się jakiegoś świętego kafla, nie potknie o jedno z królewskich dzieci czy ostatecznie, nie zderzy z kochankiem litościwie panujących czy umykającą z komnat nianią, służką czy nałożnicą. Odkąd pierwszy następca tronu zaczął dojrzewać, codziennie jakaś panienka umykała z płaczem po szerokich schodach. Masakra, pomyślał Kot. Widział, co zostało z jednej, gdy straciła przytomność a tamten wyrzucił ją jak śmiecia na korytarz. Wykrwawiła się biedaczka na dywanie, z miazgą zamiast krocza, po tym, gdy Jaśnie Królewicz Natanek postanowił sprawdzić, czy pomiędzy jej blade, tłuściutkie pośladki wejdzie złocona, rodowa gizarma. Tępy koniec wszedł z trudem, a więc żeby ostry, okuty wszedł łatwiej, zmyślny królewicz wziął rozbieg.

Rozpasało się królewiczostwo, wzdychał majordom, spiesząc korytarzami do swojego kantorka.

Służba omijała go łukiem, od czasu do czasu pozdrawiając go lub przepraszając za ewentualne niedogodności. Zręcznie wyminął pochyloną kąpielową, szorujacą w lepszym świetle bogato zdobioną, inkrustowaną dziecięcą wanienkę.

Poczuli się bezpieczni i gniją, po stu latach pilnej odbudowy imperium w totalnym strachu i lizaniu ran, po kolejnej dekadzie lęku przed atakiem i okopywaniu się, teraz mija czwarta dekada absolutnej gnuśności, fanfar i koronek. Na sto dziesięć lat w strachu przed Czernią, triumfując własne pyrrusowe zwycięstwo nad Krwią, mamy poświęcone czterdzieści lat na utrzymywanie dworu, zamku, pałaców pełnych pajaców, kopalni wydobywających wszelkie, nawet niepotrzebne metale i kamienie. Nieustannie budzonych, usprawnianych, zagrzewanych do boju i ponownie usypianych armii pełnych specjalistycznych, nikomu niepotrzebnych superjednostek inwazyjnych, obronnych i inżynieryjnych, gotowych do boju, zajęcia pozycji w Szarym Lesie, który do dziś na mapach był zamieszkaną przez licznych ludzi, szeroką Równiną Krwi po obu stronach rzeki. Na każdej jednej mapie widoczne były miejscowości, zamieszkane dziś co najwyżej przez wiewiórki.

Kot zatrzymał się, westchnął ciężko i spojrzał w stronę horyzontu, gdzie daleko stąd był Las, za nim Płaskowyż, a dalej już tylko morze, za które uciekli przerażeni ludzie... oczywiście ci, którym udało się uciec. Reszta, która nie zginęła, została tutaj.

Przechodząc koło okna spojrzał na olbrzymią, podświetloną wieżę zegarową, ogromne jubileuszowe ognie na Placu Defilad i przyspieszył kroku. Czas naglił.

Następne częściBiel i Czerń: rozdział piąty  

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • 00.00 3 miesiące temu
    Strategia walki odpowiednio poprowadzona. Nie pogubiłam się na tym polu. Lisek z łopianem, mały szczegół, ale... dziady. ;) Dużo wyjaśnień, rozbudowane dość szeroko, bardziej zapowiada się na coś większego niż opowiadanie. Trochę wyczuwam poszukiwanie czegoś jeszcze nieznanego, ale znowu ale, to przez własne odczucia.
    Dawaj dalej. :)
  • Okropny 3 miesiące temu
    Dzięki za wizytę, Szu :-)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania