Czerwony Świt-Rozdział 8

Znów był sam, a widmo śmierci kroczyło u jego boku, z uśmiechem wypatrując kolejnej zdobyczy. Miał dość krwi plamiącej jego ręce, martwych ciał na drodze za nim. To jest ta wspaniała walka, której tak bardzo pragnął? W opowieściach wyglądało to inaczej, chwalebne natarcie na wroga, po czym powrót z pieśnią na ustach i zebranie zaszczytów, tak naprawdę było rzeźnią, a jedyny cel, jaki niosła to przetrwanie. I pomyśleć, że właśnie tego pragnęli młodzi Indianie, z pogardą patrząc na starszych, ględzących o pokoju. Młodość to jednak czas wielkiej głupoty, przepełnionej sprzecznością i naiwnością.

Czarny Niedźwiedź nie wiedział, co ma dalej robić. Zakrwawiony, zmęczony cały tydzień błąkał się po zalesionych obszarach, unikając ludzi. W końcu znalazł się nad urwiskiem, usiadł na kamieniu i nie widząc dalszej drogi, błąkał się myślami. Skok w dół był najlepszym pomysłem i najprostszym rozwiązaniem, chwila lotu i bezbolesna śmierć, tylko czy Wielki Manitu zlitowałby się nad tak zepsutą duszą?

Gdy ciemne horyzonty przysłoniły mu widok, poczuł delikatne dotknięcie na swoich plecach. Ściskając mocniej metalowy toporek, odwrócił się do intruza. Momentalnie jego oczy rozszerzyły się ze zdziwienia, tuż, zanim stał dorodny jeleń z obszernym, potężnym porożem, blask słońca nadawał mu dodatkowego majestatu. Zlękniony niecodziennym zjawiskiem, spadł z kamienia i cofnął się.

Zwierze kiwnęło głową, jakby chciało, by poszedł za nim. Młodzieniec dźwignął się z trudem na drżące nogi i nadal wystraszony ruszył za przewodnikiem. Przeszli przez głęboki las, a Czarny Niedźwiedź miał wrażenie, że podąża za królem lasu, przyroda zdawała się kwitnąć, gdy ją mijali, nawet najgroźniejsze zwierzęta takie jak niedźwiedź, czy wilk spokojnie obserwowały przechodzących. Wreszcie stanęli ponownie nad urwiskiem, które znacząco różniło się od tego, wybranego przez Indianina. Zamiast rwącej rzeki, pełnej ostrych kamieni, w dole można było ujrzeć przepiękną cześć gaju, ze strumykiem wolno płynącym, słyszanym z dala.

Młodzieńcowi niedane było oglądać wspaniałe widoki, gdy dostojne zwierze zepchnęło go ze skały. Na całe szczęście podczas spadania nic nie złamał, skończyło się na siniakach i obolałych kończynach. Ze zdziwieniem spojrzał na dawnego przewodnika, lecz on już znajdował się obok niego, wskazując na wolno płynący, szumiący strumyk. Czarny Niedźwiedź dokładnie zlustrował pokazany mu obiekt, niestety nic z tego nie zrozumiał. Wreszcie przypomniał sobie, że duchy nigdy nie mówią wprost, więc ponownie skupił się nad tym, co widział. Na pierwszy rzut oka normalne źródełko, niczym nieróżniące się od innych, płynął po kamiennym dnie, zmierzając dalej. Jednak na środku nikłego nurtu znajdował się kamień, uniemożliwiający przepływ wody. Pomimo tego strumień wyżłobił drogę dookoła, by ponownie wrócić do dawnego koryta.

Czyżby to właśnie o to chodziło? Bieg wody idealnie opisywał jego życie, a kamień był symbolem aktualnego stanu i niemocy. Skoro znalazłeś przeszkodę na swojej drodze, to powinieneś niczym strumyk znaleźć inną poboczną ścieżkę, by opłynąwszy kamień, znaleźć się ponownie na właściwej drodze. Czarny Niedźwiedź z wrażenia usiadł na zielonej trawie, z trudem pojąwszy, jaką lekcje dostał. I pomyśleć, że on syn własnego ojca, wielkiego wodza chciał zakończyć własne życie i decydować za Wielkiego Manitu. Zawstydzająca sprawa. Chciał podziękować przewodnikowi, jednak nie został po nim ani jeden ślad, za to z gęstwiny nieopodal wyszedł Szybki, objuczony ekwipunkiem.

Indianin z uśmiechem na ustach podszedł do czarnego rumaka.

– Skąd się tu wziąłeś mój przyjacielu? Myślałem, że uciekłeś dzień temu. – Delikatnie poklepał wierzchowca po boku, w odpowiedzi dostał głośne rżenie.

– Też miło cię widzieć, dziwne rzeczy dzisiaj się dzieją. Najpierw prowadzi mnie duch przewodnik, udzielając na końcu mądrej lekcji, a następnie ty się pojawiasz z wszystkimi wcześniej zgubionymi przedmiotami. Widocznie Wielki Manitu pragnie bym żył dalej i poprawił, uczynione przeze mnie zło. Zanim jednak ruszymy ponownie w podróż, pozmieniamy pewne rzeczy. Przede wszystkim chcąc przebywać między białymi, muszę odpowiednio się nazywać. W ich języku Czarny znaczy Black, będzie to idealne nazwisko, a moje imię brzmieć będzie Jack, po wspaniałym przyjacielu, jakim był Jefferson. Muszę przyzwyczaić się też do ich ubrań, naprawdę nie wiem, po co noszą te dziwne kapelusze. – Przebrawszy się w zabrane z rancza ubrania, wsiadł na swojego konia i ruszył dalej. Z daleka wyglądał jak normalny biały. Duży, czarny kapelusz, jasną koszulę z długim rękawem z narzucona na to czarną kamizelką, skórzane długie spodnie i wysokie buty, na które opadały obszerne nogawki. Na pasie widniał pas z Coltem w kaburze. Lekko przerażony, ale pełny nowej siły Jack Black ruszył w kierunku swojej nowej drogi życia.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania