Daily Terribles 6 - kapliczka

Przed świętami zapowiadali w radiu śnieg. Nikt się nie spodziewał, że dopiero na Trzech Króli spadnie metr z hakiem. Jak zwykle zaskoczeni drogowcy przejeżdżali jak zwykle nieświadomych pijaczków, dobrotliwie puszczali grube wiązanki wzywani na miejsce potyczek śnieżnych ludzi policjanci, zmuszani do pracy w śniegu po kolana. Strażacy ściągali z drzew śliczne małe kotki jak dawniej, a odbijanie sopli dłuższych niż metr autsorsowano słabowitemu na umyśle synkowi Millerowej z sąsiedniej wsi, który jak co roku chodził od domu do domu i prosił, by mu pozwolili wleźć na posesję i zrzucać sople. Dali mu dopasowany na miarę uniform strażacki z kaskiem, butami i dupnym "STRAŻ" na plecach i pozwolono jeździć starym tico bez papierów. Za plecami Mareczka, bo tak ma chłopaczek na imię, zawiązano komitet wyłudzający pieniądze od miejscowych prywaciarzy na paliwo do tego całego tico, za darmową reklamę w postaci naklejek na aucie, które Marek sam pilnie nalepiał na szyby. W tym, mimo ostrzeżeń, również na przednią.

Długo nie trzeba było czekać, już dwa tygodnie później liczba potrąconych wzrosła o kilkaset procent, Marek do tego staranował trzynaście płotów, zabił dwie sarny i rozjechał osiem kotów.

Tico zostało odebrane a Marka zawieszono w czynnościach służbowych. Komitet ukarano grzywną i rozwiązano. I to była sobota, piątego stycznia.

I nadeszła niedziela Trzech Króli.

Zadzwonili do sąsiada i mówią, że chuj, że święto, jest w OSP i ma zapierdalać z wiadrami wody pod dom obok, bo kapliczkę ktoś podpalił. A kapliczka drewniano-gliniana, cegłą obmurowana, kryta dachówką Matka Boska Wszechśląska łzy roni nad tymi biednymi babami co same w domach z dziećmi zostały gdy chopy w Nimcach. I że pronto bistro bo może jeszcze złapie podpalacza.

Sąsiad dzwoni do mnie, bo co cztery wiadra to nie dwa, poza tym my jako sataniści nie obchodzimy Trzech Króli więc poczynił słuszne założenie, że trzeźwiutcy siedzimy przy czekoladzie i naleśnikach z dżemem - i możemy równie dobrze pomóc. Sąsiada żona akurat z psem poszła biegać, mówi, dzieci grają na plejstejszyn, mam brać wiadra i lecieć razem z nim.

To poleciałem. Spotkaliśmy się na miejscu, a tam nie kto inny, a Mareczek, cały zaśliniony, mokry i zły, kapliczka płonie w najlepsze, obok napoczęty sześciopak nafty w szklanej butelce i Mareczek drugą skarpetę ściąga a z nosa mu się leje jak z dziurawego wiadra, które miałem w prawej ręce. I śmieje się niedorozwój wrednie, gile z nosa mu kapią i jakiś taki ucieszony jest, piroman wstrętny.

Nooo, i sąsiad nie wytrzymał i najpierw nim potrząsnął, a w kontakcie z zasmarkaną parką z niemiecką podpinką z demobilu się wkurwił i zapodał idiocie bułę na pizdę, aż chłopak zjechał w miejscu, z zaklinowaną w bucie ręką.

— Ty, no co ty, idiotę bijesz — mówię do sąsiada.

A Piotrek, bo tak sąsiadowi na chrzcie świętym dali na pierwsze, ramionami wzrusza na tle płonącej kapliczki.

—Kota teściowej rozjechał, nam bramę rozdupił, no zbierało mu się, kurwa.

Za nami, przypominam, kapliczka płonie, my dwaj stoimy jak kretyni, wiadra wody pełne, pięć szóstych zgrzewki nafty w szkle zabezpieczone tuż obok, opodal pies szczeka i od strony bocznej uliczki idzie już Bajdak ze szwagrem. Oczywiście najebani i gotowi lać wszystkich, co pana boga nie szanują. Piotrek ruszył im naprzeciw, ale powstrzymałem go ręką.

— Ty, no weź, chodź, chlupniemy trochę chociaż na ten obiekt. — Zerknąłem, ale zwątpienie mnie dopadło, bo tu i sześć wiader gówno by dało. — Jesteś na służbie przecież.

Sąsiad patrzył jak zaczarowany, jak z naprzeciwka, z OSP na pełnej piździe z piskiem opon służbowym polonezem wyjechał najebany jak pięć ciastek prezes miejscowej Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej, nie wyrobił na szklance i, cudem ominąwszy zaślinionego Mareczka, wykurwił w płonącą kapliczkę.

Szachulcowo-ceglana konstrukcja kryta betonową dachówką spierdoliła się z głuchym "bęc" na maskę poldka, osmolona gipsowa Matka Boska spadła prosto na glebę i rozwaliła się na sześć kawałków. Wszyscy widzowie, czyli Piotrek, ja, Bajdak i jego szwagier Andrzej, wszyscyśmy stali jak zaczarowani i patrzyli, jak Heniek z RSP cofa poloneza, żeby choć ocenić straty.

Gdy wysiadł, popatrzył taki najebany na nas, na wiadra, na sześciopak nafty, na nieprzytomnego idiotę na ziemi i dwóch półprzytomnych idiotów obok i zamachał rękami.

— No weźcie, no, kurwa, pali się! — Spróbował podnieść wiadro, nie dał rady, zawiało go. Oparł się o poldka, odetchnął i myślałem, że będzie koniec figli z jego strony, że się zasapie. — Orenżadę se piją, kurwa... ­— sapnął.

A guzik! Nurem jak ninja porwał butlę nafty z sześciopaka i rzucił w stronę dopalającej się kapliczki. Buchnęło, gdy płonąca nafta trysnęła na wszystkie strony.

— Co tu się do kurwy nędzy dzieje? — spytała zdyszana sąsiadka, która na cały ten bajzel wbiegła sobie z psem na smyczy. Nie czekając na jakąkolwiek reakcję Piotrka albo moją, nie wspominając już o pozostałych, porwała wiadro z ziemi, stęknęła pod ciężarem naczynia i wylała całą objętość wiadra na kapliczkę. Drugie wiadro również, po czym wcisnęła mi je, rozpoznając najwyraźniej właściciela odrapanego przedmiotu. Trzecie wiadro wylała na rzucających na Piotrka kurwami Bajdaka i Andrzeja, a ostatnim chlusnęła prosto w Heńka, jego poloneza na zewnątrz i do środka. Pozostałą na dnie reszteczkę z drugiego wiadra wylała na Mareczka, ledwo się zbierającego z ziemi pośród całego tego bałaganu.

— Chodź do domu, Piotrek — powiedziała Iwona, ciągnąc męża za rękaw i psa za smycz. Odwróciła się jeszcze do mnie. — Idziesz?

Zgarnęliśmy z sąsiadem wiadra i poszliśmy do domów.

W domu żona spytała znad "Wysokich Obcasów":

— Terroryści?

— Awantura jak w Jelling... Mamy jedną chujową kapliczkę mniej. — Rzuciłem się na kanapę z ulgą.

— Chwała Szatanowi ­— zażartowała.

Ale jak gliny przyszły szukać winnych to chuj, że w zrujnowaną kapliczkę wbity polonez, obok czterech najebanych w tym jeden niepełnosprawny... i doszli do wniosków, że to na pewno ja.

Stróże prawa, kurwa ich mać.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 5 miesięcy temu
    To pewnie miało być śmieszne, ale poszło bolącą groteską.
    Okropnie skomplikowana składnia daje w kość od początku, np. tu:
    Jak zwykle zaskoczeni drogowcy przejeżdżali jak zwykle nieświadomych pijaczków, dobrotliwie puszczali grube wiązanki wzywani na miejsce potyczek śnieżnych ludzi policjanci, zmuszani do pracy w śniegu po kolana. - ???
  • Okropny 5 miesięcy temu
    Okropnie skomplikowana składnia to moja specjalność, Wrotycz. Napisałem, że śmieszne, bo wspomnień nikt nie czyta ;p

    Tak czy inaczej, dzięki za wizytę

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania