Daltonista

Poranna mgła, tak zwykła i monotonna osłoniła osiedlowy park. Nawet wyłaniające się zza horyzontu słońce w moich oczach zlewa się z wszędobylską szarością ludzkiego żywota. Barwy już dawno stały się dla mnie jedynie wytworem umysłu pozwalającym na chwile zapomnieć w jak pustym i pozbawionym sensu świecie przyszło mi żyć. Zanim zanurzę spierzchnięte usta w płynnej brei, szerzej znanej pod nazwą kawa, przechadzam się w kółko po swej ciasnej klitce, udając, że jest ona pełnowartościowym mieszkaniem. Zimny prysznic trwa zaledwie kilka minut, choć od pewnego czasu mam tendencje do zanurzania się w świat swej wyobraźni, gdy lodowate krople wody zmywają ze mnie brud koszmarów ostatniej nocy. Wdaje mi się, że płynę pośród gwiezdnych konstelacji, mijając długie na tysiące kilometrów iskrzące się ogony komet, kawałki rozłupanych jak orzechy asteroid. To jednak trwa tylko nieważną ludzką chwilę. Wracam do egzystencjalnej klatki. Mija kolejny kwadrans.

Stoję przed drzwiami i szykuję się do wyjścia. Gdy w końcu chwytam za klamkę, niczym piorun w moją głowę uderza myśl: Po co to wszystko? Staram się uwolnić od kłębu narastających wątpliwości. Upór zdaje się pomagać. Myśli odstępują mnie w momencie i zdają się na razie nie uderzać ponownie. Na korytarzu spotykam staruchę spod czwórki. Spojrzenie wściekłego bazyliszka świdruje moje czoło kilka sekund. Nawet gdy jestem już kilka kroków za nią, to wstrętne uczucie nie mija. Tamta mruczy coś pod nosem, jakby rzucała zaklęcie lub klątwę. Teraz wyrosną mi ociekające śluzem owadzie odnóża? A może plaga szarańczy zetrze w proch moje ciało, gdy wyjdę na zewnątrz? Nie mam czasu nad tym rozmyślać. W myślach posyłam w jej stronę soczystą porcję podwórkowej łaciny i ruszam dalej. Pod wyjściem z bloku napotykam zaschnięta plamę moczu. Psi czy ludzki? Kolejne ważkie pytanie, na które nie mam czasu odpowiedzieć. Cedzę przez usta przypadkowe wyrazy, odpędzając się od narastającej głuchej ciszy.

Przystanek, do którego idę stoi sto metrów na wprost mnie. Widzę już autobus z odpowiednim numerem. Przyśpieszam, aby zdążyć. Los łaskawie pozwala mi wsiąść, choć wiem, że to tylko uśpienie mojej czujności. Połowa miejsc nadal jest pusta. Reszta to wybrańcy podążający do celu, który tylko oni wiedzą, gdzie jest. Przyglądam się przez chwilę poszczególnym twarzom. Ponury żniwiarz tym razem siedzi na szarym (a jakim niby innym) końcu. Upiorna dama spod dwójki przysiadła się do smętnego podgryzacza palców. Tym razem siedzi nad wyraz spokojnie, sporadycznie zerkając przez zaparowane okno. Jęcząca Izabela szpera od bez przerwy w swojej wyblakłej torebce. Reszty nie znam. Przypadkowe zbłąkane dusze? Może nie wiedzą, że to powóz do piekła. Za kilka godzin będą leżeć martwe na zastygłej lawie dobrych chęci i lojalnych obietnic. Wolę oszczędzić im tej informacji. Niech pożyją ostatnie chwile w podyktowanej kłamstwem i iluzją błogiej szczęśliwości. Wysiadam jako drugi. Uprzedza mnie ponury żniwiarz. Pewnie robota czekała na niego nie daleko. Zawodowy hydraulik. Bardziej pasowałaby mu umazana dziecięcą krwią kosa nić torba z rurkami i kluczami.

Ulica Mariana Dziędziela. Zawsze się z nim utożsamiałem. W końcu też pracował w supermarkecie. Tak to wyczytałem z tego filmu, a i jego posępne spojrzenie połączone z wyssanym z życia grymasem na twarzy idealnie pasują do mnie. Moja ostoja i jedyne źródło bezwartościowych papierków, za które mogę przeżyć. Biedronka, Biedra, Święta Miejsce. Jak zwał tak zwał, ważne, że to magnes na ludzkie jednostki. Ten owad mimo wszystko zawsze mnie przerażał. A jednak najgorsze zło często jest najlepszym rozwiązaniem. Przechodzę przez wyłożony nadłamanymi płytkami korytarz. Mija mnie jeden z kasjerów stacjonujący głównie przy ósemce i szóstce. Jego puste jakby martwe oczy otulają mnie zimnym wręcz lodowatym spojrzeniem przeszywającym mnie aż do komórek.

Mój mop stoi dokładnie tam, gdzie zostawiłem go wtedy, gdy byłem tu ostatnio. Było to prawdopodobnie wczoraj, chociaż dla mnie czas istnieje tylko wtedy gdy decyduje jako pierwszy. Łapie cały zestaw sprzątający, nie zatrzymując się. Po kolejnym kwadransie do marketu wchodzą pierwsze podświadomie zaciągnięte tu owieczki. Z początku zagubione hasają pomiędzy działami w poszukiwaniu jeszcze same nie wiedzą czego. Po nich do stada dołączają kolejne. Wszystko przebiega w codziennej rutynie i wylewającym się ogólnym przygnębieniu. Nagle daje się usłyszeć krzyki. W dziale z nabiałem leży kobieta. Jej włosy delikatnie falują w kałuży jasnoczerwonej krwi. Nie próbuje podbiec. Staję się biernym obserwatorem. Kilka innych osób również wybiera tę opcję. W końcu ktoś dzwoni po pogotowie. Przybywa jak zwykle za późno. Rutynowe stwierdzenie zgonu i kolejny nieboszczyk do kompletu. Wracam do rozlewania wokoło brudnych pomyji udając, że przykładam się do roboty. To jedyne zajęcie, które trzyma mnie przy życiu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • marok ponad tydzień temu
    Dzięki za dwie anonimowe piątki
  • Karawan tydzień temu
    jedna moja - Czepialski niedowidzi ;)
  • Agnieszka Gu ponad tydzień temu
    Witam,

    drobna uwaga techniczna:
    Na początku masz "osłoniła" czas przeszły a dalej, w następnym zdaniu "zlewa się" czas teraźniejszy. Tak ma być? Się pytam, bo może taki miałeś zamysł... Mnie to trochę gryzie.

    "Wracam do egzystencjalnej klatki. " - ładne

    "Upór zdaje się pomagać. Myśli odstępują mnie w momencie i zdają się" - zdaje się, zdają się - za blisko
    "Bardziej pasowałaby mu umazana dziecięcą krwią kosa nić torba z rurkami i kluczami." - umazaną - literówka
    "Jego puste jakby martwe oczy otulają mnie zimnym wręcz lodowatym spojrzeniem przeszywającym mnie aż do komórek." - mnie za blisko, myślę, że spokojnie z jednego można zrezygnować

    Plus brak tu i tam jakichś przecinków.

    Fajne opowiadanko. Niby takie zwykłe codzienne życie, ale czuć niepokój, unoszącą się obojętność, beznadzieję.
    Pozdrowionka :)
  • Agnieszka Gu ponad tydzień temu
    *umazana - masz jednak dobrze, źle kontekst odczytałam ;) sorki :))
  • marok ponad tydzień temu
    Tak te czasy są pomieszane. Miało być trochę w takiej niby konwencji ale ostatecznie wyszło niezgrabnie i bardziej jako niedopatrzenie.
  • Marian ponad tydzień temu
    Podobnie jak Agnieszka, zwróciłem uwagę na niespójność czasu - albo teraźniejszy, albo przeszły.
    Samo opowiadanko ciekawe i o tzw. życiu. Smutne jest to, że kiedyś każdy z nas może tak anonimowo umrzeć w markecie.
    Pozdrawiam.
  • Tara N'tula ponad tydzień temu
    Ściana tekstu.
    Ale ogólnie przyjemne.
    Puenta niezła, takie : ,,Se umarła... E tam..."
  • marok 5 dni temu
    No się cieszę

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania