Poprzednie częściMój dom  

Dom zły

(ex-bitwa jakaś tam)

 

Była z nas całkiem zgrana ekipa. Przeżywaliśmy historie zwyczajne i te bardziej pokręcone, ale tej najokrutniejszej nikt nie przeżył. I mam wielki żal do tej bandy patałachów, bo mógłbym tę historię opowiadać dzieciakom przy ognisku, a muszę się spowiadać durnym gościom z jakiegoś archiwum. Wiedziałem, że umieranie jest łatwe, ale w tym przypadku daliśmy dupy, po prostu. A jeżeli moi towarzysze trafili do piekła, to niech tam się dobrze wysmażą. Nie dość, że zginęli to jeszcze załatwili mnie na resztę życia. To, że czytacie te słowa oznacza, że wszystko poszło w świat i chuj strzelił moje życie. Nie mogę się doczekać tych wszystkich miłośników zjawisk paranormalnych, namolnych sąsiadów i gości z rządu, którzy będą mnie teraz otaczać jak jakiś jebany wianuszek. Dziękuję, ekipo, dziękuję. A, zapomniałbym - chcieliście wysłuchać tej durnej historii o bandzie skurwysynów, którzy giną jak w horrorze klasy B? Proszę bardzo. Miłego czytania, słuchania, chuj wie czego, a ja pójdę porobić coś pożytecznego.

 

dzień pierwszy, lato w Brighton

Ogólnie to byliśmy taką jakąś mniej lub bardziej zgraną paczką przyjaciół. Każdy był na swój sposób zjebem, ale na szczęście łączyło nas wspólne hobby - urbex. Jak ktoś nie wie o czym mowa, to trudno, nie będę wyjaśniał. Powiem tyle, że raz na jakiś czas chodziliśmy po opuszczonych budynkach i cykaliśmy fotki. Wiecie, normalne hobby jak zbieranie znaczków czy klejenie modelów. Różnica jest taka, że zbierając znaczki nigdy nie przebiłem sobie stopy kawałkiem szkła. Moi towarzysze (o nich zaraz) mieli ten komfort, że trawiła ich samotność. Ja miałem to nieszczęście, że miałem kogoś kto czekał na mnie w domu. No i weź się tłumacz z tych wszystkich uszkodzeń, a potem w barze lub parku śmieją się chłopcy: "Znowu się musiałeś tłumaczyć żonie, co nie Mark?". I mnie jasny chuj trafiał i kufel mocno o ladę, a w odpowiedzi: "A chuj was to". Śmiali się potem, ja się śmiałem i było wesoło.

A tak na marginesie to wszyscy mieszkaliśmy w Brighton. Wiecie, gdzie to jest, prawda? No i mógłbym tak trochę świętej pamięci koleżków przedstawić, co nie? Dobra, lecimy. Było nas w tej ekipie czterech, łącznie ze mną. Nie za dużo osób, nie za mało, w sam raz. Wiecie, że byłem tam ja. Drugi był Stephen. On był czarny. Już chyba go widzicie, prawda? Niezbyt ogarnięty, dość chudy, ubrany typowo, lekkie afro i okulary. Gość dość inteligentny, lubił pstrykać fotki (ekscytujące). Ja byłem biały, on był czarny i Robert też Aryjczyk. Robert był normalnym chłopakiem, mężczyzną, przedstawiciel tej brzydkiej płci. Ogólnie był dość brzydki. Twarz miał Rona Perlmana, a włosy i brodę po Guillermo del Toro. Był z niego informatyk, lubił grzebać w podzespołach. I żeby producenci z Hollywood byli zadowoleni w tej urbexowej ekipie był też Azjata - Bob. Dość europejskie imię, ale nikt nie miał z tym problemu i tak po prostu mówiliśmy. Wyglądem się nie wyróżniał, typowy Chińczyk, Japończyk, czy coś tam. Jedynie nosił szaliki (każdy innego dnia) i oglądał anime. I lubił urbex i fotografowanie.

Nawet nie zacząłem, a historia nie brzmi zbyt wiarygodnie. No cóż, uroki życia. Umieranie jest łatwe, a w takim składzie jak widać łatwiejsze. Ogólnie miało być o dniu pierwszym, przygotowaniach i zacieśnianiu więzi, ale wyszło jak wyszło, więc podam wersję skróconą.

 

lato w Brighton

Siedziałem w domu i nagle "dryń". Podnoszę słuchawkę, rozpoczyna się dialog.

- Po chuj na stacjonarny? - pytam pierwszy.

- Przepraszam, tak wyszło - słyszę go. To Bob.

- Dzwoń na komórkowy - mówię i odkładam stanowczo słuchawkę. Rozmowa zakończona, mogę dalej nic nie robić. Czytam ulubiony magazyn i nagle "dryń". Tym razem z kieszeni. No i rozmowa się jakoś tam toczy. On mówi o jakimś domu na przedmieściach, ja się zgadzam. Mówi, że zbiera już wszystkich, ja mówię, że ok. Pytam o sprzęt, a on odpowiada, że latarki wystarczą, więc nie ma problemu. I potem pitolenie takie normalne, przyjacielskie i koniec rozmowy.

I tak to wyglądało. Teraz, żeby się zbytnio nie zagubić, z lekka objaśniam. Bob znalazł taki jeden dom, co był warty obadania. Opuszczony od kilkunastu lat, wcześniej jakieś morderstwo, gwałty, a teraz ruina. Typowy dom z horroru, co zawsze przyciąga ciekawskich nastolatków. I nas przyciągnął, choć byliśmy starymi piernikami. Mówiłem, że łączył nas urbex? W zasadzie specjaliści byli z nas żadni. Parę artykułów w internecie, filmików i wio. Tak jakoś nam zawsze wychodziło, choć wyglądało to jak wyprawy nieogarniętych turystów, a nie profesjonalnych eksploratorów. Tak czy siak, frajda była, a ja mogłem raz na ruski rok poczuć się jak prawdziwy stalker. No i wychodziło na to, że tym razem będzie serio gruba wycieczka. Takie domki to zawsze coś ciekawego. Powodują pewien dreszczyk emocji, zaniepokojenia - ogólnie frajda. Zbieramy się jutro, za transport odpowiada Stephen.

 

dzień drugi, ostatni

Było rano. Zabrałem wszystko co było mi potrzebne i wyszedłem z domu. Żona jeszcze spała, więc problemu nie było. Sobotnie słoneczko całkiem nieźle grzało; było przyjemnie. Oni już na mnie czekali. Przed moim domem stała czerwona corsa. Wsiadłem. Miejsce obok kierowcy. Stephen za kierownicą, Bob i Robert z tyłu. Zaczęła się nasza podróż i poczułem jakieś takie dziwne dreszcze. Mój czarny kolega, Stephen, chyba też poczuł te dreszcze i tak mu się udzieliły, że zaraz usłyszeliśmy znajomą melodię. Z głośników samochodowego radia wylewały się ikoniczne nuty Shine On You Crazy Diamond. I wtedy poczułem, że to ważna podróż. Być może to tylko Brighton i okolice, ale poczułem się autentycznie niezwykle. Kolegom też się udzielało. Wszyscy mieliśmy dziwaczne miny i rozpalone serca. Nie wiem ile czasu minęło, ale słońce jeszcze świeciło kiedy nasz samochód zatrzymał się przed Tym Domem. I wtedy się zaczęło.

 

(część brutalna)

Wyszliśmy wszyscy z samochodu. Każdy wziął latarkę. Szliśmy gesięgo aż do drzwi. Stephen wyważył spruchniałe drzwi i weszliśmy do środka.

Po chwili Stephen zginął.

Wpadł w dziurę w podłodze (a podłoga była spruchniała i dziurawa) i nadział się na stojącą na stojaku, w piwnicy, halabardę. Wzięło go przecięło w pół. Ba, nawet Vlad by tego nie zrobił lepiej.

I wiadomo co dalej. Wszyscy panika, ja też, wskakujemy do corsy. Bob już dzwoni po pogotowie, a my najeżeni siedzimy i sypią się kurwy. No kurwa, można przecież zginąć lepiej. Nawet nie weszliśmy dobrze do środka. Słowem, totalna porażka.

Już nigdy nie zbliżyliśmy się do tego domu. Już nikt nigdy nawet nie dotknął progu jego drzwi.

Kilka dni później był pogrzeb, a potem zerwaliśmy z urbexem. Rożeszliśmy się i już ze sobą nie rozmawialiśmy.

Mimo to i tak ginęli ludzie.

Następny był Bob. Wpadł na paru zbirów, gdy wracał do domu. Zatłuczony na śmierć.

Potem zginął Robert. Porażenie prądem. Majstrował coś przy komputerze i go strzeliło.

A ja? Ja już nie mam nic więcej do powiedzenia.

Całą sprawę zamieciono pod dywan i wszystkim zajęło się jakieś archiwum. Dom zburzono, pozbyto się śladów, a mnie dokładnie przesłuchano i nakazano milczenie, bo rządowi znajdą mnie wszędzie.

Tak czy siak, był to dom zły, wręcz cholernie zły, nie tylko dla moich kolezków, ale też, i w szczególności, dla mnie.

Pozdrowienia z piekła.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Karawan 4 miesiące temu
    Byłem, czytnąłem. Zostawiłem. A ten dom to pewnie pewex był po prl-u i dlatego taki rozżalony;) Fajnie.:))
  • Pan Buczybór 4 miesiące temu
    Dzięks
  • Ozar 4 miesiące temu
    Kurde taka makabra na całego. Same trupy a do tego agencja rządowa hahahaha pachnie CIA całkiem! Fajnie się czytało, choć powiło smutkiem bardzo 5+
  • Pan Buczybór 4 miesiące temu
    Fenks
  • Justyska 4 miesiące temu
    Była to pierwsza moja bitwa na opowi. I tak sobie myślę, że ogromna szkoda, że nie było w niej tego tekstu, bo bym na niego głosowała. Podejście do tematu "od tyłu", lekko napisane,( miałam przed oczami tych "ziomków" ) - zawsze mnie zaskakuje jeśli czytam z uśmiechem o tym, że ktoś ginie. Bardzo mi się podobało.
    Pozdrawiam serdecznie!!!
  • Pan Buczybór 4 miesiące temu
    Akurat tekstu nie było na tamtej bitwie, bo nie był skończony. Dopiero dzisiaj go dokończyłem. Dzięki za przeczytanie
  • pasja 4 miesiące temu
    Witamg
    W bardzo nowoczesnej scenerii opisane losy paczki kilku kolegów. Dom rzeczywiście jak z horroru. Miał pewnie właściciela, który strzegł tajemnicy. Dlatego zawsze zastanówmy się nim przekroczymy próg domu, gdzie nikt nas nie zapraszał.
    Pozdrawiam
  • Pan Buczybór 4 miesiące temu
    Ta, dzięki za odwiedziny
  • Keraj 4 miesiące temu
    Fajny opis paczki ludzi.5
  • Pan Buczybór 4 miesiące temu
    Dzięki
  • maciekzolnowski 4 miesiące temu
    Masz styl, jak mało kto! Parę razy zapachniało mi Kingiem "co nie", "no nie" i takie tam... Strasznie podoba mi się ta niesamowita zwięzłość wypowiedzi. A umiejętnie robione dygresje (nie przeginanie z nimi) stanowi wisienkę na torcie, którym się właśnie z radością pożywiłem.
  • Pan Buczybór 4 miesiące temu
    Bardzo mi miło. Fajnie, że się podobało i pozdro

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania