Droga Wojownika(Star Wars)-Rozdział 5

Poruszając się obok masywnego cielska maszyny kroczącej, czuliśmy się bardziej pewnie, chociaż będąc na tak płaskiej, pustynnej równinie trudno mówić o bezpieczeństwie. Dookoła wciąż przelatywały kule, jedna z nich osmaliła mój hełm, milimetr dalej, a już bym nie żył. Puszki nie przerywały ognia, zazdroszczę im programu, nie muszą myśleć, tylko działają.

Nagle tuż obok mnie padł jeden z moich towarzyszy, dostał w plecy. Szybko obróciłem się, przyjmując postawę do strzału. Na błękitnym, gorącym niebie latali sojusznicy droidów, paskudne owady, ostrzeliwujące nas swoją równie odrażającą bronią. Wypaliłem dwa razy, strącając jednego napastnika, drugi zdążył postrzelić mnie w ramię, syknąłem z bólu, po czym niemal natychmiast opuściłem miotacz. Już oczyma wyobraźni widziałem triumfujący uśmiech robali, za satysfakcją powoli naciskali spust, oczekując mej zguby. Zabrzmiały kolejne serie i powiało smrodem spalenizny.

To wreszcie nasze siły powietrzne, raczyły się zjawić, opanowując niebo.

— Sierżancie żyjecie? — zawołał do mnie kapitan.

— Nic mi nie jest sir! — odpowiedziałem, podnosząc porzuconą broń.

— Świetnie, nie przestawać nacierać, wróg jest powoli spychany. Do boju bracia.

Spojrzałem dookoła, wszędzie zalegał jakiś złom i leżały trupy klonów. Być może powoli wygrywamy, ale za jaką cenę? Przeżywając ciężko los moich towarzyszy, dołączyłem z ciężkim sercem do reszty.

Powoli dochodziliśmy do pękatych i widocznych z daleka statków, czas nas gonił, jak nigdy. Według Jedi na jednym takim pokładzie znajdował się ponad tysiąc droidów, zabrzmiały więc ciężkie działa na pełzaczach, do tego dołączyły się, latające kanonierki. Jeśli dotychczas hałas był nie do zniesienia, tak teraz huk uniemożliwiał jakiekolwiek myślenie, jednak nie przestawialiśmy strzelać do broniących się puszek. Po chwili w ogromnej kuli ognia kosmiczny pojazd runął na ziemię, wzbijając ogromny piach i falę uderzeniową, która niemalże zrzuciła nas z nóg. Niebezpieczne były również latające wszędzie odłamki, tak nagrzane i rozpędzone, że z łatwością przebijały nasze pancerze.

Wszystko wokół zdawało się uspakajać, jakby niewidzialna dłoń, przyniosła ze sobą ciszę. Daremny jednak nadzieje dlatego, kto myślał o końcu. Wojna dopiero się zaczynała.

Godzinę później stawiłem się w punkcie medycznym, bacta z łatwością uleczyła postrzał, jednak ekwipunek pozostawiał wiele do życzenia. W miotaczu zalegał gruby pył, a lufa wymagała wymiany o ciągłego ostrzału. Płyty pancerza były pogięte, ukruszone, w niektórych miejscach nawet dziurawe. Wizjer w hełmie praktycznie nie istniał, a reszta osłony głowy ledwie trzymała się w całości.

Kwatermistrz po zobaczeniu tego pokiwał tylko głową i wydał wszystko nowe. Gdy odzyskałem w pełni gotowość bojową, sprawdziłem moich nowych ludzi, wszyscy poprzedni zginęli w tej jednej bitwie, dołączając do innych martwych braci, którzy na zawsze zostali na tej paskudnej planecie.

Nowi mieli te same imiona, różnili się tylko numerami, zastanawiałem się, czy w ogóle próbować zapamiętać ich charaktery, czy po prostu traktować jako wymienne mięso armatnie. Kątem oka dostrzegłem średniej wielkości skrzynkę, prowadzoną przez szeregowego.

— Co przewozisz żołnierzu? — Zadałem pytanie, nim zdążyłem pomyśleć, po co mam to zrobić.

— Miecze sir. — odparł, salutując i wracając do swojego zajęcia.

— Jakie miecze? — Miotacze, granaty i inne akcesoria nie wzbudziłyby mego zdziwienia, ale broń białą?

— To broń poległy Jedi, proszę zobaczyć sir. — Odkrył pokrywę, a w środku spoczywały wszelakie podłużne kształty, amator nigdy nie pomyślałby o ich zabójczym charakterze. Kiwnąłem ręką, by ruszył dalej. Teraz dotarło do mnie, że nie tylko my ponieśliśmy straty, również Zakon otrzymał ciężki cios, o czym świadczyła ilość przedmiotów w oddalającej się skrzyni.

— Oddział Echo, prawda? — Podszedł do nas jeden z wyższych oficerów, kapitan, wniosłem po oznaczeniach.

— Tak sir. Oddział Echo gotowy do służby. — Zasalutowałem, ustawiając się na baczność.

— Macie zadane. Pójdziecie wraz z mistrzem Qudanem, będziecie go osłaniali w jego misji. Do pewnego momentu polecicie kanonierką, resztę trasy pokonacie piechotom. — Po skończeniu wyjaśnień, wskazał nam na ubranego w długą szatę rycerza, na twarzy miał jakby maskę, a oczy nie miały wyrazu, jakby składały się z siatek.

— Więc to wy mi asekurujecie? Nie wchodźcie mi w drogę i wykonujcie swoją pracę — powiedział, gdy podeszliśmy do naszego transportu, jego głos brzmiał grubo, jakby trochę zniekształcony.

Załadowaliśmy się na pokład i zaczęliśmy kolejną misję. Znów poczułem się, jakbym był mułem pociągowym, ani chwili czasu przerwy, czy też bardziej szczegółowych wyjaśnień. Wszystko się ogromnie dłużyło, nawet krajobraz był tak monotonny, że można było usnąć. Piasek, piach, morze piasku, ocean piachu, wzbogacony jakimiś nielicznymi skałami. Wreszcie zaczęliśmy zniżać się, a po chwili już opuszczaliśmy kanonierkę. Byliśmy nad równiutkim terenie, wystarczył zabłąkany myśliwiec konfederacji, by nas posłać w gorącą, pylistą otchłań, jeszcze ten wieczny upał, czyżby mistrz Qu... coś tam się pomylił? Cóż jako klony nie mieliśmy myśleć, tylko wykonywać rozkazy, więc bezrozumnie podążyliśmy za naszym liderem. Podłoże paliło przez buty, a woda w manierkach zaczynała się kończyć, niektórzy z moich ludzi zaczęli się słaniać z przegrzania.

— Wielki Mistrzu Qudan, daleko jeszcze do naszego celu? Moi ludzie zaczynają słabnąć, od tego piekielnego gorąca. — Dobrze, że zdążyłem przypomnieć sobie jego imię. Spojrzał na mnie i wskazał palcem w dal.

— Jesteśmy na miejscu.

Myśleliśmy, że oszalał. Tam nic nie było.

— Ależ sir, to tylko równina.

— Dla istot bez mocy tak to wygląda. — Wysunął rękę do przodu i zaczął przesuwać ją w górę. Momentalnie ziemia zatrzęsła się, a spod tony piachu zaczęła wyrastać monumentalna budowla. Oczom nie wierzyliśmy, gdyby ktoś o tym wspominał w kantynie, reszta wyśmiałaby go.

— Tak, jak mówiłem, jesteśmy na miejscu. — Podążyliśmy za nim do otwartego wejścia, w środku zastaliśmy ogromną komnatę z licznymi posągami jakichś postaci, wszystko wyglądało, jakby stało to ładnych setek lat.

— Dalej nie możecie iść, wstęp tylko dla członków Zakonu. Poczekajcie tu na mnie, wrócę za jakiś czas.

Z chęcią zostaliśmy w środku, gdzie było, o wiele chłodniej niż na zewnątrz.

— Albion, Rex warta przy wejściu, Logy idziesz z nim, będziesz obserwował horyzont. Za godzinę zmienicie się z kimś, reszta zając pozycje w komnacie, tylko rozstawcie się tak, by nie zostawiać w grupie. — Zacząłem wydawać rozkazy. Zanosiło się na długie czuwanie.

Następne częściDroga Wojownika-Rozdział 6 (ostatni)  

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania