Era Zimnych Ludzi (LBNP XIX)

 Koński zaprzęg przy rytmicznie dzwoniącej uprzęży i coraz cięższych oddechach koni ciągnących obładowane sanie, z trudem przebijał się przez przeciwny wiatr, oraz grube płaty padającego śniegu. Widoczność sięgała na jeden, najwyżej dwa sążnie i wszystko, co woźnica widział, to zady swoich karych, ubielonych opadem ogierów. W zamieci nie miał szansy dostrzec reszty ciał zwierząt. Normalnie podróż w takich warunkach była niemożliwa, jednak pasażerowie jadący toboganem, do zwyczajnych podróżnych nie należeli. 

– Panie, czy aby dobrze prowadzisz szkapy? Miarkuję czy abyśmy nie omylili traktu?! – wykrzyczał, przekrzykując świszczący wiatr wchodzący w męski wiek młodzian do postawnej postaci siedzącej z tyłu. – Niedługo zacznie się pierwsza kwarta nocy, a wciąż nie widać Śniętego Rycerza! 

Wymieniony obelisk stał na straży granic grodu, do którego zmierzali. 

 Młoda niewiasta odziana w błękitne futro ze świętych bereisów, świadczące o jej królewskim pochodzeniu, również miała wątpliwości i słysząc chłopaka, spojrzała pytająco na swego towarzysza. 

– Nie frasuj się, Pani, jesteśmy najwyżej dwie smocze klepsydry* od celu – rzekł mąż, aby ją uspokoić, a głośniej dodał: – Patrzaj na lewo Eionie, za najdalej dwa tuziny końskich ogonów* będziemy mijali Śniętego, a stamtąd już za niedługo będzie można dostrzec ognie na murach!

 Wozak mamrotał swoje obiekcje pod adresem Białego Pana, niekończącej się wojny i tego wszystkiego co doprowadziło, że zima za wyjątkiem kilku enklaw, trwała już czwartą dekadę, ale po zapewnieniu wróżbity ponaglił konie do szybszego marszu. 

– Sądzisz Bunholdzie, że zdążymy? – zapytała szlachetnie urodzona na tyle głośno, aby przekrzyczeć zamieć i na tyle cicho, aby młodzian na koźle nie usłyszał jej wątpliwości. – Myślisz, że możesz pokonać Murgulda i jego Zimnych Ludzi?  

– Ja? Sam na pewno nie, moja moc jest niewystarczająca. – Mag zastanowił się chwilę nim dodał: – Wszystkie enklawy muszą zjednoczyć siły, abyśmy mogli odnieść zwycięstwo inaczej, ani to... – zawiesił głos gdy wskazał na ładunek zajmujący lwie miejsce na saniach – inaczej... Nic nam nie pomoże. 

– Jak to? Mówiłeś mojemu ojcu, że dzięki duszom drzew mamy szansę zwyciężyć – zapytała zaniepokojona księżniczka. – Kłamałeś?! 

– Ależ mówiłem szczerą prawdę, nigdy nie okłamałbym Viltusa, zbyt cenię króla Zahiry. Zwłaszcza, że władcy pięciu enklaw znając jego mądrość, oddało mu dobrowolnie władzę nad swoimi terytoriami. Oprócz naszej ochrania tamte i rządzi nimi sprawiedliwie. Chociaż nie wspomniałem o jednym – zawahał się – może dwóch szczegółach: musimy choćby spróbować zawrzeć pakty, o których twoja rodzina i rodacy mogą sądzić, że są nie do przyjęcia. To będzie bardzo trudne, ale to jedyna droga – z zadumą i smutkiem mówił czarodziej. – Nie zmierzamy do Atkiry, aby spotkać się jedynie z Azumdinem, przybędą też inni.

  – To dlatego... Mówisz „wszystkie enklawy”? Masz na myśli... – kobieta spojrzała badawczo na wróża i nagle straszna myśl zaczynała świtać jej w głowie – to dlatego wymyśliłeś ten cały plan. Dlatego jedziemy tylko we dwoje! A mój ojciec z całym pocztem... – znów posłała magowi badawcze spojrzenie – Bunholdzie! Na Czterolicego, czyżbyś nas zdradził?! Chcesz zawrzeć przymierze z Vilkundami? Chcesz przymusić mego ojca do układów z tymi psami Odyna?!

– Eldiole, uspokój się, nikogo nie zdradziłem, chcę tylko, aby Viltus powstrzymał swój gniew, nim nie rozmówi się z Ragnarem Bezbrodym. 

– Coo?! Przecież on zabił moją matkę i brata! Widziałeś to! Oboje widzieliśmy! 

– Musisz się uspokoić... 

– To jest twój plan?! Chcesz abyśmy połączyli nasze siły z zabójcami moich najbliższych?! Nigdy do tego nie dojdzie! Nigdy! Rozumiesz?! 

– Ależ, Pani, proszę... 

– Zdrajca! – Eldiole szukała gorączkowo czegoś przy swoim boku. – Gdzie mój sztylet?! Wykradłeś mi go, gdy spałam! – Zaczęła drobną pięścią okładać okryte stalą ramię maga. – Zdrajca! 

 Wróżbita uniósł prawą rękę, wyszeptał ciche zaklęcie, po którym ruchy księżniczki stały się powolniejsze, aby w końcu ustać zupełnie. Z unieruchomionego ciała spozierało na Bunholda dwoje diablo wściekłych oczu. 

– Zanim zaśniesz, wyłożę ci mój plan, o Pani. 

– Zdr...ca… – księżniczka tylko tyle zdołała wyartykułować z zaciśniętych ust.  

– Abyśmy mogli zwyciężyć Białego Pana, potrzebujemy jedności enklaw wszystkich ludzi, wliczając Vilkundów, ale nawet to może nie wystarczyć. – Przez krótkie mgnienie w morderczym spojrzeniu Eldiole, pojawiło się pytanie: „Czyś ty oszalał?”, aby ponownie zostać pożartym przez chęć mordu. – Widzę, że słuchasz – rzekł mag obserwując reakcję kobiety. – Powiem ci jeszcze, moja droga księżniczko, potrzebujemy zjednoczenia wszystkich ośmiu enklaw ludzkich, ale i tej ostatniej również. Potrzebujemy Zakonu Mroku, tylko tak mamy szansę w starciu z potęgą chłodu. – Wszystkie uczucia, jakie przed chwilą można było odnaleźć w oczach Eldiole, wyparło zdumienie. – Zaśnij teraz dziecko – powiedział i przytrzymał głowę dziewczynie, gdy ta bezwładnie opadła.

– To tylko białogłowa, a mało nie wydrapała wam oczu, Panie – odezwał się strapiony chłopak, oglądając się przez ramię i przyglądając, jak jego nauczyciel okrywa futrami śpiącą kobietę. – Nie chciałbym tam wtedy być, gdy jej ojciec i wojowie usłyszą o twoim podstępie.

– Przepowiednia mówi jasno, tylko jedność dwóch żywiołów, ognia i wody, wsparta duszami drzew zwycięży potęgę Murgulda. 

Zasępiony wróż przyglądał się dziewczynie z miłością jaką darzyłby córkę, gdyby ją miał.

– Jak to ogień i woda? Nie rozumiem.

– Vilkundowie mają w herbie miecz wykuwany płomieniami Odyna, a Zahirianie Czterolicego skąpanego w wodospadach wód życia. Jedynym tłumaczeniem, jakie… 

– Jest! Jest rycerz! – wrzeszczał Eion na całe gardło, nie interesując się dalszymi wyjaśnieniami i zachowując tak, jakby właśnie odkrył jednego z trzech wielkich żółwi podtrzymujących ziemski dysk. 

– Nie drzyj się, bo przebudzisz Zimnych Ludzi – zrugał młodego mag, kończąc okrywać futrami dziewczynę. 

– Ale... Ale mówiliście, Panie, że wasze czary nas ochronią przed Soplami? – niepewnie dopytywał chłopak. 

– A co ci miałem mówić? Inaczej byś ze mną nie pojechał, a i tak musiałem ciągnąć cię ze sobą niemal w powrozach. Na terenach Białego Pana moje czary nie mogą równać się z jego mocą, więc sam rozumiesz...

– Co?! To my jechaliśmy zupełnie bez żadnej ochrony?! 

– No, nie tak zupełnie. – Bunhold spojrzał na jedną z wielu skrzyń, które wieźli i musnął delikatnie rękojeści miecza. – Możesz mi to już oddać! 

– A… – młodzian zawahał się, lecz w końcu spróbował zignorować ostatnie zdanie czarownika. – Myślicie panie, że w grodzie dostaniemy ciepłą strawę? 

– Wiem, że mnie słyszałeś! – Mag klepnął Eiona w ramię. – Oddawaj! 

 Kiedy już zdobny złotymi wężami i drogocennymi kamieniami sztylet Eldiole znalazł się w ręku wróża, wyciągnął go z pochwy i przyjrzał się poświacie rzucanej przez jego srebrzyste ostrze. Wykonał cichy rytuał, aby po chwili schować nóż i pogrążyć się w rozmyślaniach. 

Gdyby wspomniał o swoich zamierzeniach na radzie starszych Zahiry, w najlepszym razie uznali by go za szaleńca. Bunduria, kraina elfów, najpotężniejsza z enklaw została podstępnie zniszczona przez Białego Pana, a jej dumni mieszkańcy w większości stanowili teraz znaczną część armii chłodu. Bunhold bardzo się tym przejął nie tylko dlatego, że moce chłodu urosły znacznie w potęgę, ale dlatego, iż płynęła w nim elfia krew. Wiedział, że jedyne co powstrzymuje niezamarznięte grody przed śniegiem, to zaklęcie, które będzie słabnąć ze śmiercią lub przemianą w Zimnego każdego kolejnego Elfa, których resztki niewielkich oddziałów z cywilnymi uchodźcami schroniły się za murami grodów ludzi. 

Bunhold był w stanie wytłumaczyć najzatwardzialszym głowom swoje racje, jeśli tylko zechcieliby słuchać. Wymyślił spotkanie w neutralnym grodzie Atkirów i był pewien, że Viltus potrafi zapomnieć o krzywdach dla wyższego celu i zawiązać sojusz ze śmiertelnymi wrogami, choćby tylko dla dobra poddanych. Nie miał jeszcze pomysłu, jak później przekonać władców do ugody z Zakonem Mroku, ale tym chciał martwić się w kolejnym etapie swojej misji. 

Reakcję Eldiole mógł potraktować, jako próbkę tego jak zachowa się jej ojciec. Uznał, że dobrze zrobił nie klarując wcześniej swojego planu. 

– Widać światła! I śniegu jakby robi się mniej! 

Rzeczywiście, wjechali w inny świat ze słońcem, zielenią i ciepłem. Biały, mroźny puch zniknął, płozy sań nagle zaczęły trzeć o wybrukowany kamieniem trakt. 

Dzień szukał sobie legowiska gdzieś u stóp świętych żółwi, kiedy stanęli przy fosie pod masywną, okutą gigantycznymi ćwiekami zwodzoną bramą, osadzoną w murze tak potężnym, że wzrok nie mógł dostrzec tego, co dzieje się na jego szczycie. Tuż przy wąskich otworach strzelniczych rozmieszczonych gęsto ponad wrotami, raźno płonęły pochodnie oświetlające przybyszów. 

– Zadmij w róg Eionie! – rozkazał  Bunhold, otrzepując odzienie i jednocześnie oglądając się na ścianę śniegu za nimi. 

 

            ***

 

 Postać odziana w futro z białego niedźwiedzia, z przytwierdzonymi do butów rakietami śnieżnymi, przedzierała się przez nigdy nie ustającą śnieżycę. Wyglądała jak duch, gdy niemal bezszelestnie sunęła w sobie znanym kierunku. 

Wojownik spieszył już trzecią kwartę dnia z ważnymi wieściami do wodza, ciągle zaciskając nerwowo dłoń na rękojeści miecza i lękliwie wyglądając Zimnych Ludzi. Odetchnął z ulgą, kiedy w końcu z gęstwiny opadających, białych płatków wyłonił się zarys pierwszej drakkary przystosowanej do podróży na śniegu, przez przytwierdzenie do jej dna płóz, a zaraz za nią reszty z kilkudziesięciu łodzi szturmowych.

***

 Ognisko płonęło na kamiennym palenisku, oświetlając odzianą w skóry grupę kilkunastu, groźnie wyglądających, zarośniętych mężczyzn, którzy grzali się we wnętrzu dużej łodzi z prowizorycznym dachem z żagla. 

– He, he, he! Dobry jest! – rżał rudzielec z bielmem na oku, obgryzając gnata. – Widzisz? To cię czeka, jak spróbujesz mnie użreć! – Pokazał kość warczącemu groźnie psu, znajdującemu się w narożniku pomieszczenia.

– Wiesz, głupcze, ile zajmuje wytrenowanie dobrego ogara! – sierdził się, jedyny pośród wojowników młodzian o gładkiej twarzy, trzymający i uspokajający zwierzę.  

– Gjord ma rację, niepotrzebnie go zabiłeś, psy są dla nas bardzo użyteczne – siedzący w centralnej części pokładu wojownik o atletycznej budowie ciała, z blizną ciągnącą się od lewej skroni, ginącej gdzieś na szczęce w odmętach brody, mówił z powagą: – Potrafią dogonić i zatrzymać w śniegu zwierza, aż go dopadniemy i zakłujemy dzidami... teraz mamy już tylko jednego.  

– Ragnarze, twój syn i ty macie rację, że są użyteczne. Ale są też bardzo smaczne! – Rudy zarechotał a całe towarzystwo pokładając się ze śmiechu, poszło w jego ślady. 

Nagle na zewnątrz dał się słyszeć szmer odsłanianego płótna i do środka wpuszczając sporą ilość śniegu, zajrzała kolejna z brodatych twarzy. 

– Cicho! Ktoś się zbliża! – szepnął ostrzegawczo zaglądający człowiek.   

Mężczyźni, jak jeden bez zbędnych słów albo chowali niedojedzone resztki, albo rzucali gnaty w kierunku psa i chwytali za co kto miał pod ręką: topory, miecze lub inne narzędzia służące do odbierania życia. 

 

***

 

– Mówisz, że szaman już jest? – spytał Ragnar swojego szpiega. 

– Tak, jarlu i przywiózł dziewkę, jak było umówione. 

– Czy to, aby na pewno Eldiole, a nie jakaś pozorantka? Tan stary magik jest przebiegły jak stado północnych lisów.

– To na pewno ona – odparł wojownik w białym, niedźwiedzim futrze. – Kiedy dowiedziała się, że Bunhold chce się z nami układać, zachowywała się jak wściekła szablo-zębna tygrysica i musiano zawrzeć ją w komnacie. Kiedy strażnicy przynieśli jej jadło, odgryzła jednemu z nich pół ucha. To na pewno ona, Ragnarze.

– Tak, to musi być ta mała diablica. – Nazwany Ragnarem, dotknął blizny na lewej skroni. – Tym razem ją ujarzmię! – Z wściekłością syknął niczym demon pragnący odwetu.

– No, nie wiem, Ragnarze Bezbrody – wtrącił się w rozmowę, kładąc nacisk na przydomek, jeden z kilkunastu potężnych wojowników, wyróżniający się bielmem na oku. – Co ci po niej zostało, gdy ostatnio miałeś ją w ręku? Jedynie blizna i słynne imię. Ha, ha, ha! – śmiał się jednooki. – Oddaj tę dziką kotkę mnie, ja wiem jak się obchodzić z kiciami. 

W kręgu rozległy się szydercze śmiechy. Duma wodza bardzo ucierpiała, kiedy jego dawna branka zdołała zadać mu poważną ranę, pozbawiając go przy okazji połowy zarostu i zbiegła bez odpowiedniej zemsty, nieświadomie nadając mu znienawidzony przydomek. 

Wódz złapał pierwszego z najgłośniej rechoczących za włosy i w tej samej chwili jego nóż przeszedł od dołu przez gardło, aż do mózgu wojownika. 

– Kto jeszcze! – ryknął i rzucił trupa rozglądając się wokół. 

Nastąpiła cisza. Nikt nie podjął wyzwania herszta.

– Ragnarze, no i zapaskudziłeś całą łódź! – po chwilowym grobowym odrętwieniu, które zapanowało, odezwał się, wciąż wesoły jednooki i wskazał na kałużę krwi. 

– Goldunie! – Wściekłość, aż kipiała z Bezbrodego. – Ta dziewka urodzi mi synów, będzie chciała czy nie! – wysyczał i celując zakrwawionym sztyletem w kierunku jedynego, który miał odwagę się odezwać, dodał: – A ty, miarkuj język, bo go stracisz razem ze swoim ostatnim okiem!

– Wtedy nie mógłbym być świadkiem, gdy włożysz na głowę koronę i nie mógłbym krzyknąć – huknął trzy razy trzonkiem topora w podłogę – Hu! – Z jego gardła wydarł się wojenny okrzyk i aby zagrzać innych do działania powtórzył: – Ragnar Ragnarson! Hu!

Wszyscy jak jeden mąż uderzyli czym kto miał o pokład i z męskich gardeł rozległo się coś, co przypominało potrójne uderzenie gromu: Hu! Hu! Hu!

– Dobrze, nasz przyszły królu, jaki masz plan?

***

Zgodnie z umową Viltus z pocztem pięćdziesięciu rycerzy zbliżał się do potężnego grodu Atkiry, w którym miało dojść, jak zapewnił go Bunhold do rozmów pokojowych z władcą tej osamotnionej, potężnej enklawy, oraz zawarciem z nią sojuszu, aby dać odpór rosnącej potędze chłodu. 

Mag sugerował nawet, że przedstawiciele Vilkundów również powinni zostać zaproszeni na spotkanie, ale zdecydowana reakcja pomazańca Czterolicego, położyła temu natychmiastowy kres.

Do wyjeżdżającego ze śnieżycy poselstwa, galopem pędził zwiadowca. Rycerz zatrzymał konia tuż przed królem i zaczął meldować:

– Wasza wysokość na murach, w miejscu przeznaczonym dla gości Atkiry, wiszą proporce Ludzi Morza i Zakonu Mroku!

– Co?! Co ty mówisz, człowieku?! – Zgodnie z umową sztandary biorących udział w negocjacjach pokojowych miały zawisnąć na murach twierdzy, Viltus spojrzał na swoją chorągiew i rzekł: – Nasza flaga na pewno nie zawiśnie obok...

– Panie, tam! – Zbrojny wskazał coś za plecami oddziału.

Na granicy śnieżycy, z której dopiero co wyjechali, rósł cień. Początkowe mgliste majaki przerodziły się w grubo ponad setkę wojowników z hełmami o bawolich rogach, zwartych niczym mur chroniony okrągłymi tarczami, spomiędzy których wystawały długie ostrza pik. 

– Hu! Hu! Hu! – rozległ się okrzyk bojowy Vilkundów.

– Zdrada! – krzyknął władca. – Odwrót i na lewo, zgubimy ich w zamieci! 

Nim oddział zdążył wykonać rozkaz, ze wskazanego kierunku wybrzmiał kolejny okrzyk.

– Hu! Hu! Hu! – Zbliżał się drugi walec tarcz najeżony dzidami. 

– Stój! – Viltus wstrzymał swoich ludzi. Jako świetny taktyk, wiedział już czego się spodziewać, ktoś to musiał wcześniej zaplanować. Spojrzał na prawo na ich ostatnią drogę ucieczki. 

– Hu! Hu! Hu! – zabrzmiał kolejny okrzyk.

Pułapka właśnie została zamknięta. 

Niewielki odział Zahirian znalazł się uwięziony pomiędzy fosą Atkiry a zbliżającymi się i wykrzykującymi swój odzew bojowy Ludźmi Morza. Jedyną nadzieją dla Viltusa i jego ludzi było dostać się za mury twierdzy. 

– Do mostu! – rozkazał król. 

***

 

Wieczerza trwała w najlepsze już od kilku godzin, Ragnar Bezbrody co chwilę ukradkowo piorunował wzrokiem swoich wojowników, gdy tylko dostrzegał, że któryś zbyt soczyście raczy się miodem. 

– Bunholdzie, doniesiono mi, że twoja pani zawitała wraz z tobą w mury Atkiry. Nie zaszczyci nas swoją obecnością na tej znamienitej wieczerzy? – wódz Vilkundów przekrzykiwał zgiełk zwracając się do czarodzieja, siedzącego w drugim końcu ciężkiego stołu, pomiędzy Dreydelem, władcą Zakonu Mroku a gospodarzem królem Azumdinem. – Jeśli mamy zawrzeć sojusz, czyż nie byłoby dorzeczne, abyśmy zmyli zaszłości rogiem tego zacnego miodu?

– Moja pani, nie czuje się na siłach – rzekł wróżbita. – Odpoczywa po trudach podróży w swojej komnacie.

– Żal, że nie skosztuje tak przedniego jadła. – Spojrzenie Ragnara, zdradzało rzeczywisty zawód, lecz ciągle czujnie lustrowało salę. 

Wyglądało na to, iż wszyscy biesiadnicy poza władcą Atkiry, Bunholdem, Dreydelem i kilkoma wampirami mu towarzyszącymi, byli już dobrze zamroczeni mocnymi trunkami. Ktoś postronny jednak, gdyby się dobrze przyjrzał, zauważyłby, że ludzie Ragnara mimo głośnych wrzasków i rubasznych dowcipów również zachowali trzeźwość umysłu. 

– Mój pomocnik zaniesie strawę Eldiole. – Czarownik skinął na Eiona i szepnął chłopakowi coś do ucha. 

– Ja? Znowu? Przecież ona... – Mag spojrzał groźnie na młodzika i wycedził coś cicho do jego ucha. – Tak, Panie, już idę. – Zrezygnowany chłopak pogodził się, że znów przybędzie mu do kolekcji kilka nowych siniaków wyprodukowanych przez Eldiole i ruszył wykonać polecenie. 

– Mielimy pochwycić dziewkę podczas wieczerzy – szepnął do ucha Ragnara jeden z Vilkundów. – Zarzucamy twój plan?

– Dostaniemy ją po wszystkim! Reszta zgodnie z planem! Czekać na mój znak – niemal bezgłośnie wysyczał Bezbrody do wojownika, patrząc, jak Eion z półmiskiem smakołyków wychodzi z sali. – Przekaż to pozostałym.

– Jak legendarni wojownicy, Ludzie Morza, czują się goszczeni przez Atkirę? – spytał, unosząc kielich Azmudin, aby zagaić rozmowę i odwrócić uwagę od Eldiole. – Nie brakuje wam czego, Ragnarze?

– Zaiste, dziwnie się czujemy! Zwykle, gdy przychodziliśmy w gości, trzymałeś nas pod murami i szyłeś do nas z łuków – zaśmiał się Bezbrody, a cała sala podchwyciła żart. – Będzie nam trudno przywyknąć do takiej odmiany! 

– Jeśli zechcesz, mogę urządzić turniej, abyś ty i twoi ludzie nie wyszli z wprawy we władania orężem. Teraz śmiem pokładać taką nadzieję, to będzie jedyna okazja do pojedynków między naszymi znamienitymi rycerzami. 

Wódz Vilkundów uśmiechnął się i bez słowa odpowiedział uniesieniem własnego pucharu w kierunku gospodarza. 

– Myślisz Bunholdzie, że twój pan podejmie rozmowy z Ludźmi Morza? – zapytał dyskretnie Draydel odziany jak przystało na jego zakon w długi, czarny habit z kapturem na głowie. – To, jak i porozumienie z naszym zgromadzeniem będzie dla niego bardzo trudne, zważywszy na historię naszych klanów.

– No właśnie – wtrącił się w rozmowę Azumdin – masz jakiś plan, aby przekonać Viltusa do zawarcia rozejmu i uzgodnienia warunków przymierza? 

– Liczę na mądrość mego pana oraz...

Ragnar przyglądał się, jak władcy szepczą z Bunholdem, a tak naprawdę nie obchodził go temat ich rozmowy. On w napięciu wyczekiwał chwili, aby mógł dać sygnał do rozpoczęcia realizacji planu, który miał przynieść mu koronę i uczynić jedynym władcą wszystkich enklaw. 

– Viltus! Właśnie wyłonił się ze śnieżnej zamieci – zameldował Ragnarowi wojownik, który chwilę wcześniej wszedł do komnaty i dyskretnie pochylił się nad swoim wodzem. 

– Na to czekałem – z wyraźną ulgą odpowiedział Bezbrody. – Zaczynamy! 

 

– Liczę na mądrość mego pana oraz że interes poddanych przeważy nad bólem, który toczy serce mojego Króla. Liczę również... – Słowa ugrzęzły w gardle Bulholda, gdyż ze zdziwieniem stwierdził, że głowa Azumdina rozpada się na dwoje, po tym, jak ostrze ogromnego topora z impetem rozłupało ją, niczym drewniany kloc na dwoje. 

W tym samym czasie pika przeszyła jego własne ciało na wylot, minimalnie tylko omijając serce. Z drzewcem w piersi Bunhold zdołał wykonać jeszcze zaklęcie spowalniające i było to jedyne, co zdołał w tej sytuacji uczynić. Jego dusza, jak to się często zdarzało mu w trudnych sytuacjach, opuściła ciało, aby mógł znaleźć najwłaściwsze wyjście z opresji.

Jego osąd stał się klarowny i pozbawiony emocji. Zobaczył leżących na posadzce strażników z poderżniętymi gardłami i ludzi Ragnara mordujących toporami i mieczami, biesiadników znajdujących się w komnacie. 

Wiedział, że pierwsze ciosy musiały otrzymać wampiry, gdyż ich reakcja byłaby zbyt szybka, gdyby zabójcy dali im szansę na reakcję. Szczątki ciał krwiopijców okryte czarnymi habitami, unosiły się parując i rozpadając po razach zadanych srebrnymi ostrzami.

Uderzyło go, że nie dostrzegł szczątków Dreydela... Przemknęło mu przez myśl, że jakimś cudem mógł zbiec.

Cała rzeź została doskonale zaplanowana i przeprowadzona, nie trwała dłużej niż pięć sekund. Czarownik widział, jak Ragnar zbliża się jego rannego ciała i usłyszał słowa:

– Dobij go! 

Wróżbita zorientował się, że to ostatnia chwila, aby coś zrobić. Kiedy wojownik wyrwał pikę i zamierzył się do ponownego uderzenia, Bunhold zniknął.

Zadziwiony Vilkund spojrzał na wodza. 

– Nie ujdzie daleko! – Ragnar wzruszył tylko ramionami. – Brać dziewkę i wszyscy na most! 

***

Eion z paterą owoców i pieczonym mięsiwem wspiął się do strzeżonej przez wartę komnaty Eldiole, znajdującej się we wschodniej wieży zamku. 

– Masz to zanieść księżniczce! – pomocnik maga starał się nadać władczy ton swojemu głosowi, wskazując tacę, gdy zwracał się do zbrojnego z opatrunkiem mocno przesiąkniętym krwawymi wykwitami na uchu. 

– Jjjj... jaaa? Jjjjaaa taaam nnniiiee... nnnie wejdę! – zawołał jąkając się, przerażony mężczyzna na samą myśl o przekroczeniu progu komnaty i odruchowo złapał się za ucho. – Oooo... ooona jjjest có... có... córką dd... deemona! 

Eion wiedział, że Eldiole wcześniej odgryzła mu znaczną część ucha, próbując uciec. Uznał, że łatwiej będzie mu nakłonić do wykonania zadania drugiego z pilnujących księżniczki wartowników. 

– Ja też nie! – strażnik widząc na co się zanosi, uprzedził słowa posłańca. – Rozkaz był pilnować, to pilnujemy. Żaden z nas tam nie wlezie, choćby Azumdin miał oddać nas katu! 

Chłopak dostrzegł determinacją obu mężczyzn i zrozumiał, że nic co powie, nie zmieni ich decyzji. Westchnął głęboko zrezygnowany, popatrzył na jadło i przez chwilę zastanowił się, czy nie powinien jej tam tak po prostu zostawić i odejść.

– Rozewrzyjcie tedy przeziernik – rzucił w końcu młodzik do ludzi strzegących komnaty.

– Jjj... jjjaaa, nnniii... nnieee mooogę! – wyjąkał jąkała. – Zdziwiony Eion już miał zapytać o powód tej niemożności, lecz strażnik „szybko” dodał:

– Uuu... uuu... uuucho mnie boli! – ostatnie dwa słowa wypłynęły z ust woja nadzwyczaj gładko i wywołały widoczną ulgę na jego twarzy. 

Po krótkiej przepychance słownej drugi z wartowników, stojąc tak daleko jak to tylko możliwe od drzwi, odsunął delikatnie zasuwę wizjera. Na pytające spojrzenie Eiona, herold wzruszył ramionami, a to co wypisane było na jego twarzy mówiło: „Moja robota tu się kończy, nie zamierzam tam zaglądać!"

Gdy początkujący adept magii w końcu zajrzał przez wysoko umieszczoną szczelinę w drzwiach, ujrzał posłanie a na nim, okryte szczelnie miękkimi skórami zarysy ciała Eldiole i tylko wystające nieruchomo kunsztownie wykonane buty, świadczyły, że jego pani śpi. 

Eion na palcach przekroczył próg bezszelestnie uchylonych drzwi i zmierzał z tacą do niewielkiego stolika, usytuowanego pod zakratowanym oknem. Kiedy szczęśliwy, że udało mu się nie zbudzić śpiącej, stawiał jedzenie, zrozumiał, że coś jest nie tak. W pierwszej chwili nie wiedział, o co chodzi. Brakowało krzesła! Wzrokiem omiótł posadzkę, aby je odnaleźć i wtedy ujrzał drobne stopy zmierzające w jego kierunku. Mignęła mu jeszcze przerażona twarz jąkały, w panicznie zamykającego za nim drzwi i wtedy pojawiła się ona, chodząca wściekłość, Eldiole. Kiedy wpatrywał się w zbliżający się do jego głowy ciężki stołek, dotarło do niego co się zaraz stanie... 

Bunhold wielokrotnie próbował uczyć go zaklęć obronnych, lecz Eion zawsze miał coś ważniejszego do roboty, jak na przykład: jedzenie, spanie czy inne tego typu zajmujące czas rzeczy. 

Ojciec oddał go na szkolenie do maga, aby podnieść swój i syna status społeczny, lecz młodzik nie podzielał zapatrywań głowy rodu.

Chwilę przed tym jak drewniany mebel miał roztrzaskać mu głowę, zrozumiał, że nadszedł czas, kiedy zapłaci za swoją ignorancję...

 

***

 

Eldiole próbowała już raz ucieczki, rozbijając jednemu ze strażników garniec z miodem na głowie i skacząc drugiemu na plecy. Wciąż czuła słodkawy, metaliczny smak jego krwi w ustach...

Tym razem czając się z dębowym krzesłem, niemal wklejona w futrynę drzwi, nie popełni już poprzedniego błędu. Nie pozwoli, aby ktokolwiek kto przekroczy próg powstał jeszcze kiedykolwiek po jej uderzeniu. 

Od kilku chwil słyszała dyskusję trzech mężczyzn za drzwiami i w duchu modliła się do Czterolicego, aby dał jej szansę zabicia tego pomocnika zdrajcy Bunolda, Eiona. Kiedy drzwi się otworzyły i młodzik skradał się z tacą do stołu, wiedziała, że jej modły zostały wysłuchane... 

Nic nie mogło uratować chłopaka, w wyobraźni widziała już, jak jego głowa rozpada się po uderzeniu krzesła i wtedy zakrwawione ciało Bunholda pacnęło o kamienną posadzkę komnaty, niczym ochłap mięsa rzucony z niebios przez bogów. 

Tak niespodziewany i irracjonalny widok konającego maga, który pojawił się w nagły i nieoczekiwany sposób, sprawił, że Eldiole na chwilę zapomniała o tym, co zamierzała uczynić. 

– Odłóż to... – wycharczał, ściskając starą księgę i plując krwią czarownik.

– Co...? – Księżniczka ze swoim ciężkim orężem, wciąż uniesionym do zadania śmiertelnego ciosu, zaniemówiła w pół słowa.

– Mistrzu...? – Eion wydusił z siebie niewiele więcej od swojej niedoszłej zabójczyni. 

– Nie ma czasu! – Bunhold z trudem ukląkł. – Musimy uciekać, oni idą po ciebie! – Spojrzenie czarodzieja wyrażało ból, obawę o los dziewczyny i żal z powodu tego wszystkiego co zaszło. – Może jeszcze uda mi się...

– I cóżeś uczynił głupcze! – krzyczała Eldiole i odrzuciwszy krzesło, podbiegła do Bunholda. 

– Trzeba usypać krąg... – czarodziej z trudem chwytał każdy kolejny haust powietrza. – Eion... Szybko! 

Wyciągnął niewielki woreczek w kierunku chłopaka. 

– Ale co... – Młodzik wciąż nie mógł uwierzyć w to, co widział.

– On... Musi usypać krąg... – Oczy umierającego wyraźnie straciły dawny blask, kiedy błagalnie wpatrywał się w księżniczkę. – Może jeszcze... Może uda mi się, to jeszcze odwrócić... 

– Eion, natychmiast do mnie! – Eldiole znała moc maga i zrozumiała, o co idzie stawka.

Jej krzyk ocucił chłopaka, który podbiegł i kiedy zobaczył worek z magicznym pyłem w ręku swojego nauczyciela, natychmiast zrozumiał, co trzeba zrobić. Bez zbędnych słów rozpoczął usypywać krąg.

– Bezbrody on... zdradził... – jąkał ranny.

– Oszczędzaj siły – uspokajała czarodzieja dziewczyna, uciskając ranę na jego piersi.

– Król Vilkundów dał słowo... Ragnar chce go obalić. – Waga tego co chciał powiedzieć, dodała sił konającemu. – Jeśli zabije władców twojego ojca... Azumdin... on nie żyje...

– Jak to, Azmudin nie żyje? 

– Ty... jesteś mu potrzebna. – Eldiole dostrzegła uczucie w gasnących oczach, które zawsze czuła od czarodzieja - miłość. – Jeśli weźmie cię za żonę... 

– Nigdy! Pierwej... – przerwała, gdyż z dworu dobiegł dźwięk rogu, a zaraz potem okrzyki gotujących się do walki rycerzy. – To hejnał mojego ojca!

Księżniczka omijając kończącego pracę Eiona, podbiegła do zakratowanego okna i to co tam ujrzała, ścięło jej rozpaloną krew.

– Tato... – wszeptała na poły z nadzieją, na poły z błaganiem w głosie. 

Przy fosie, gdzie melodia z rogu ponaglała obsługą mostu do jego opuszczenia, znajdował się niewielki odział konnych, zamknięty w kleszcze trzech nacierających oddziałów. Nie trzeba było znać się wojennym rzemiośle, aby wiedzieć, że Zahirianie nie mają żadnych szans w walce z tak bardzo przeważającymi siłami Ludzi Morza. Jedyną nadzieją dla Viltusa i jego ludzi było opuszczenie przeprawy nad wodą, i przedostanie się pocztu za mury grodu. Kiedy przęsło zaczęło z wolna opadać, a serce Eldiole wypełniło się wiarą, na niespodziewającą się obsługę przeprawy od strony miasta ruszył odział Ragnara Bezbrodego i po krótkiej walce ciężkie skrzydło znieruchomiało. 

Następczyni tronu Zahiry z wypływającymi z oczu łzami, przyglądała się, jak ojciec spadał konia rąbany toporami kilkunastu napastników, a jego ludzie byli wyrzynani niczym zwierzęta.

– Eldiole! – Eion już od dłuższej chwili bezskutecznie wołał jej imię.

– Ona musi znaleźć się w kręgu! – rozkazał Bunhold, słysząc krzyki za zamkniętymi drzwiami. – Oni... idą!

Chłopak podbiegł i włożył wszystkie siły, aby wciągnąć jedyną spadkobierczynię tronu Viltusa do magicznego kręgu. 

Nim mag wypowiedział ostatnie słowo zaklęcia, do komnaty wdarło się kilku potężnych wojowników Vilkundów...

 

*** 

 

– A… – Eion zawahał się, wiedział, że czarodziej stuka go w ramię, aby oddał sztylet, który wcześniej wykradł Eldiole.

W pewnym momencie jego umysł zalały przedziwne obrazy. Wydało mu się, że dojechali już do Atkiry i że plany jego nauczyciela posypały się jak dom z kart po zdradzie Ragnara Bezbrodego, a jego pan konał przeszyty dzidą przez wojowników Vilundów. W końcu spróbował zignorować mroczne wizje, ale i tak nie miał zamiaru oddawać cennego sztyletu, powiedział tylko: – Myślicie, Panie, że w grodzie dostaniemy ciepłą strawę? 

– Młodzieńcze… Mój czas dobiega końca. Sztylet!

– Wiesz, Panie, przez chwilę wydawało mi się… – Do świadomości Eiona, niechętnie podającego żądany przedmiot magowi, dotarło, że jego mistrz jest biały jak śmierć, a z piersi nauczyciela zieje wielka otchań. 

– Musicie ruszyć na wschód… Jest szansa, że Dreydal…

– Panie! Masz wielką dziurę w piersiach! 

– Wszystko, co masz w głowie, te obrazy… wydarzyły się... – Bunhold wykonał rytuał nad ostrzem sztyletu i wręczył go na powrót Eionowi. – Oddasz to Eldiole – wskazał na śpiącą. – Próbowałem cofnąć czas, ale moc Białego… 

***

Na głównym placu wojownicy Vilkundów układali piramidę wysoką na trzy jardy z głów pomordowanych obrońców Atkiry. 

Wszystkich pozostałych przy życiu mieszkańców grodu spędzono, aby byli świadkami egzekucji reszty oczekującej na swój koniec jeńców. 

– Jarlu jesteś pewien, że mamy wszystkich ściąć? – upewniał się jednooki wojownik. – Podobno zaklęcie Elfów osłabnie, jeśli będzie ich mniej, a wśród jeńców jest sporo długouchych. 

– Wszystkich! – krótko rzucił Ragnar. – A tego – podszedł do spętanego i rzuconego na kolana jednego z oficerów Viltusa – zostawiam sobie. 

– Pies! – wykrzyczał mężczyzna.

– Taaa – Bezbrody wziął w rękę ciężki młot i podszedł do skrępowanego. – I ten pies, teraz… – Jednym potężnym uderzeniem rozbił czaszkę jeńca. – No!

– Wodzu, ale czar? – Czyn dowódcy zupełnie nie zrobił wrażenia na Człowieku Morza. 

– Goldunie, Odyn jest najpotężniejszym z bogów, to on dał nam zwycięstwo! On będzie nas też ochraniał! – charczał, uniesiony dokonanym mordem Ragnar. – Niech każdy z wojowników wybierze sobie brankę, a całą resztę poświęcimy Bogu Wojny! 

Kiedy ostrza toporów dokonały dzieła, ze słonecznego nieba delikatnie opadł pierwszy płatek śniegu, po nim kolejny i to był początek. Ziemia okryła się grubą warstwą lodowej pierzyny, a Słońce straciło resztki władzy nad Atkirą.

Na skraju jeszcze niedawnej enklawy ciepła, dało się słyszeć przeciągłe wycie, które z każdą chwilą nabierało mocy i zatruwało lękiem nie znające dotąd strachu serca Vilkundów. 

– Zimni Ludzie nadchodzą! – ozwał się Goldun, ściskając mocno ociekający krwią miecz. 

 

***

 

Eldiole obudziło przeszywające wycie. Miała straszny koszmar, że Bunhold zdradził i że jej ojciec został ze swoim oddziałem rozgromiony przez Ludzi Morza. 

Odetchnęła z ulgą, kiedy zrozumiała, że wciąż jedzie saniami. 

– Eionie, gdzie jest czarodziej? – zawołała, gdy spostrzegła, że jej towarzysz zniknął. 

– Mistrz przeszedł już na drugą stronę – padła zasępiona odpowiedź. – Kazał ci, Pani, to przekazać. 

Kiedy dziewczyna otrzymała swój sztylet, dotarło do niej, co zaszło. 

– A więc to było naprawdę...? – Odpowiedziało jej skinienie głową i wzruszenie ramion. – Co to za wycie spytała?

– Bunhold mówił, że to Zimni... Przebudzili się.

– Mówił... – Księżniczka trzymała się jeszcze resztek nadziei. – Mówił, że odwróci to, co się stało?

– Nie miał sił... Zdołał tylko cofnął nas o jeden dzień. – Dziewczyna pokiwała głową.

– Dokąd zmierzamy? – spytała smutno, kiedy poukładała sobie wszystko w głowie.

– Do Zakonu Mroku, mistrz uważał... – Chłopak urwał nagle i krzyknął ostrzegawczo: – Ludzie morza! – Ich sanie niemal wpadły na poustawiane równo dakkary. 

– Myślisz, że ktoś tu jest? – spytał Eion, idąc za Eldiole z mieczem maga w dłoni, gdy ta weszła do jedynej z wielu łodzi, z której spod płóciennego dachu wydobywały się leniwe smużki dymu. 

– Cicho, na pewno zostawili jakichś młokosów do pilnowania, kiedy te psy ruszyły mordować – szepnęła dziewczyna, krocząc ze sztyletem gotowym do użycia i z chęcią zemsty wypisaną na twarzy.

– Tam ktoś jest – szepnął Eion – i chyba jest ranny.

– To zaraz skrócę jego cierpienie – wysyczała Eldiole i bardzo ostrożnie ruszyła do nieznajomej postaci. 

– Stój! – zawołał niedoszły czarodziej. 

– O co znowu chodzi? – Dziewczyna była zdecydowana mordować wszystkich Vilkundów rannych lub nie.

– Twój sztylet...

– No, co z nim? – Irytacja spowodowała, że podniosła głos.

– Bunhold, zanim kazał oddać ci sztylet, zaczarował go. Ma cię ostrzegać, jeśli w pobliżu będzie znajdował się twój wróg. 

– A jak niby...?

– Jest tu kto?! – od paleniska dobiegł głos młodego mężczyzny. – Jestem ranny, proszę pomóż mi! 

Mowa ciała księżniczki krzyczała w półmroku: „I widzisz, usłyszał nas.”

– A może to jeniec, jeden z naszych? – cichutko zasugerował Eion. 

Eldiole machnęła nerwowo ręką i bez ukrywania się, lecz wciąż czujna skierowała się w stronę, skąd dobiegł głos. 

– Kim jesteś? Co ci jest? – Kopnęła delikatnie leżącego człowieka. 

– Zimni Ludzie... byli tu! – mężczyzna mówił jak tonący, który właśnie dostrzegł szansę na ratunek. – Nie mogę chodzić i moje oczy... Nic nie widzę!

– Kim jesteś?! – W Zahiriance narastała agresja, od kiedy zrozumiała, że ma do czynienia z kimś, kto mówi i jest odziany jak Vilkund.

– Jestem Gjord, syn wielkiego jarla Ragnara Bezbrodego. Jeśli mi pomożesz, mój ojciec na pewno cię wynagrodzi. 

W głowie Eldiole wszystko zawirowało.

– Nie możesz! – Eion powstrzymał rękę dziewczyny kilka centymetrów od gardła młodego Vilkunda i odciągnął ją kilka jardów w bok. – Bunhold nim odszedł, powiedział...

– Puszczaj! Wiesz, co oni... Jego ojciec zrobił! 

– Posłuchaj w końcu dziewczyno! – Chłopak nagle odnalazł w sobie pokłady stanowczości. – Przepowiednia mówi, że tylko połączony ogień i woda...

***

 Koński zaprzęg przy rytmicznie dzwoniącej uprzęży i coraz cięższych oddechach koni ciągnących obładowane sanie, z trudem przebijał się przez przeciwny wiatr i grube płaty padającego śniegu.

– Myślisz, że to jest możliwe, aby kiedyś zaczął chodzić i odzyskał wzrok? – spytała Eldiole, przyglądając się śpiącemu Gjordowi.

– Mam księgę zaklęć Bunholda – odparł lakonicznie Eion.

– A co myślisz o przepowiedni? Jesteśmy zgubieni, prawda? Przecież... Przecież nie można połączyć ognia i wody? 

Dłuższą chwilę trwało nim Eion ponownie się odezwał:

– Nie? – Wskazał na nieprzytomnego syna Ragnara i dodał: – Opatrzyłaś go a chciałaś... A jak to nazwiesz?

Dziewczyna popatrzyła na rannego z mieszaniną nienawiści i współczucia w oczach, po czym ledwoslyszalnie wyszeptała:

- Nie wiem czy go jeszcze nie zabiję...

 

***

 

Słownik:

 

1 Smocza klepsydra – około pół godziny. 

2 Koński ogon – około trzy metry 

Sążnie – 1= 1,8 metra 

3 Bunhold – Czarownik-wróżbita 

4 Draydel – Władca wampirów 

5 Viltus – król Zahiry 

6 Jarl Ragnar Bezbrody – jeden z najpotężniejszych vilkundzkich wodzów

 Vilkundowie – ludzie morza, prastara rasa Wikingów 

7 Czterolicy – bóg o czterech twarzach, kochającej, nienawidzącej, przyjaznej i obojętnej 

8 Eldiole – księżniczka Zahiry i córka Viltusa

9 Biały Pan (Murguld po przemianie) – mag, półbóg, pół-upiór walczący z ludźmi zimnem, zmieniających ich w swoich bezwolnych żołnierzy 

10 Bunduria – kraina elfów 

11 Eion – młody, leniwy typek, pomocnik Bunholda.

12 Zimni Ludzie, potocznie nazywani Soplami – to legendarni ludzie, osoby, będące bardziej legendą niż faktem, które dobrowolnie lub pod przymusem, zgodziły się przejść na stronę Białego Pana i odmienione, walczą dla niego

13 Zakon Mroku – jedna z enklaw, tereny rządzone przez wampiry.

14 Gjord – syn Ragnara Bezbrodego 

15 Azumdin – władca Atkiry

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 10

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Dekaos Dondi pół roku temu
    Jeno Początek przeczytawszy, stwierdzić muszę, że do zerknięcia całości, chętnie się zabiorę, jak mi czas pozwoli, bo tera w drogę trza mi pójść, przez zaspy i knieje. Rzeknę jeszcze, że jak pisanie ciekawe, to i za dużo jest za mało. Wszak dłuższe księgi w życiu ja czytał i przy życiu ostałem. Wrócę tu.
  • Maurycy Lesniewski pół roku temu
    Zapraszam tedy serdecznie :)
  • pkropka pół roku temu
    Myślałam, że 20 stron to będzie dużo. Ale jest zdecydowanie za mało - poproszę więcej.
  • Maurycy Lesniewski pół roku temu
    Pisząc, ze zgrozą stwierdziłem, że rośnie mi „potwór” i wyrzuciłem niektóre wątki, a inne skróciłem do minimum. Jak ktoś przeczyta, to co jest, pewnie wyciągnie wnioski o które mi chodziło, ale też bedzie musiał zauważyć, że cała akcja tak naprawdę się rozpoczyna :)
    Może kiedys, kto wie, pociągnę dalej ten temat:)
    Dziękuje bardzo za wizytę.
  • pkropka 5 miesięcy temu
    Kuszę do przywrócenia tekstu. To tylko zabawa, a mnie się bardzo dobrze go czytało. ;)
  • Literkowa Bitwa na Prozę pół roku temu
    Witamy kolejnego uczestnika w 19 edycji LBnP
  • 00.00 pół roku temu
    Gdyby to było krótsze, wiele by straciło. Nie może nie być kontynuacji. Podobało mi się przeniesienie w ten świat. :)
  • Maurycy Lesniewski pół roku temu
    "Nie może nie być kontynuacji." No to trzeba będzie cóś tam skrobnąć :)
    Cieszę bardzo, że Ci przypadło to opowiadanko do gustu i bardzo mi miło, że podzieliłaś się ze mną swoimi odczuciami :)
  • Dekaos Dondi pół roku temu
    Przeczytałem dokładnie i nie żałuje. Wcale nie długie. Nazwy też mi podeszły. Szczególnie:''Murguld"
    Zdaniem mym, jest ''to coś'', dobrze poprowadzone. Jak pociągniesz dalej, to przeczytam. Trochę mi "Władcą Pierścieni" zaleciało.
    Ale to chyba dobrze. Pozdrawiam→5
    P.S. ...zajrzała kolejna brodatych twarzy? - chyba brak: z, lub...kolejna brodata twarz. Obadaj.
  • Maurycy Lesniewski pół roku temu
    Dzięki bardzo DD, cieszy mnie, że przypadło Ci do gustu. Jeśli chodzi o wpływy Władcy Pierścieni, to na pewno masz rację, chociaż starałem się bardzo pilnować aby nie kopiować żadnego utworu o takiej konwencji.
    Brakujące "z" zaraz dodam.
    Pozdrawiam!
  • MarBe 5 miesięcy temu
    Ciekawie przedstawiona historia ludzi, którzy swoją pychą i arogancją ściągają tylko same nieszczęścia.
    pozdrawiam
  • Maurycy Lesniewski 5 miesięcy temu
    Dzięki bardzo za wizytę i podzielenie się odczuciami, choć Twoje wnioski są daleko idące i próbowałem zamaskować je owijając szałem fabuły, Ty doskonale odczytałas moje intencje.
    Pozdrawiam serdecznie :)
  • pasja 5 miesięcy temu
    Maurycy wszystkiego dobrego dla Ciebie i Twoich najbliższych w Nowym 2019 roku
  • Maurycy Lesniewski 5 miesięcy temu
    Pięknie dziękuje i ode mnie rownież przyjmij życzenia szczęścia dla Ciebie i Twoich ukochanych, w nadchodzącym Nowym Roku!
  • Violet 5 miesięcy temu
    Protestuję!
  • Literkowa Bitwa na Prozę 5 miesięcy temu
    Witamy
    Dziękujemy Autorowi za udział i zapraszamy do zagłosowania na najlepszy tekst. Forum otwarte całodobowo.
  • Dekaos Dondi 5 miesięcy temu
    Ależ jestem niewinny!! Temat na LBnP XIX - podała Justyska:)) Nie ma zasługa:))
  • Maurycy Lesniewski 5 miesięcy temu
    DD no to moja wina, moja bardzo wielka wina!!! Gdyby mi sie niepokielbasilo to by pewnie inaczej poszło... No mogę Cię tylko przeprosić za mojego altshaimera. Mam nadzieję, że inni docenią tak jak powinien zostać doceniony Twój tekst. Będę trzymał za Ciebie kciuki!
  • pasja 5 miesięcy temu
    Witam
    Sam tytuł jest już nakreśleniem do tematu. Czterdzieści lat bieli i zimy może wypalić w ludziach dobro, a serca przemienić w lód. Świat Magów zawsze jest ponury, ale zawsze gdzieś tli się nadzieja na lepsze. Fajnie oddałeś klimat wiecznej zimy, przeplatając rodzinne koligacje i siłę kobiety. Ogień i woda... ładne połączenie sił. A jednak można pokonać zło.
    Bardzo zimny, ale kolorowy w emocjach brąz namalowałeś Maurycy.
    Pozdrawiam cieplutko
  • Maurycy Lesniewski 5 miesięcy temu
    Jeśli gdzieś tli się iskierka nadziei to mozna wciąż walczyć, choćby nie wiem jak straszna zima nastała.
    Fajnnie Pasjo, że dostrzegłaś to co chciałem przekazać i podzieliłas się odczuciami.
    Dziękuje bardzo za wizytę.
    Pozdrawiam rownież ciepło po tym zimnym tekście :)
  • @utor 5 miesięcy temu
    Język, postacie i miejsca, o którym piszesz, to istne przeniesienie do świata fantasy ;-) Szacun za długość opka. Trochę to trwało zanim przebrnąłem. Nie jestem miłośnikiem tego typu literatury, ale kto wie co tam w przyszłości obudzi się w mojej wyobraźni ;-) Piąteczka za kawał pracy nad tekstem.
  • Maurycy Lesniewski 5 miesięcy temu
    Nie jesteś miłośnikiem tego gatunku i przebrnąłeś przez tak długie opko, no, to mój wielki szacun w Twoją stronę. Prawdę powiedziawszy to jest pierwsze moje tego typu opowiadanie więc cieszy mnie, że jakoś tam się w nim odnalazłeś i choć trochę przypadło Ci do gustu.
    Dziękuje bardzo za wizytę, pozostawiony komentarz i ocenę.
    Pozdrawiam
  • pkropka 5 miesięcy temu
    Gratulacje, zasłużone pierwsze miejsce ;D Było warto się odobrazić :)
  • Maurycy Lesniewski 5 miesięcy temu
    Tyś kusicielko miała w tym swój udział :)
    Dzięki bardzo:) !
  • Agnieszka Gu 5 miesięcy temu
    Witam,
    To wygląda jak wstęp do jakiejś większej Sagi... :)
    Nakreśliłaś świat i dopracowałeś szczegóły do bólu, dbając o wszystko.
    Jest tu wszystkiego po trochu: misz–masz stworzony w różnych kultur, wierzeń, legend.
    Są magowie, księżniczka, wojownicy...
    Niemal każdy może znaleźć tu coś dla siebie.
    Sporo pracy tu włożyłeś. Mnóstwo przemyśleń.
    Podoba mi się :)
    Pozdrawiam :)))

    PS. Skąd ty bierzesz te imiona?
  • Maurycy Lesniewski 5 miesięcy temu
    Hej Aga:)

    Wymyślenie imion zajęło mi dwa tygodnie, a pózniej napisać resztę to już był mały pikuś :)

    Bardzo dziękuje za wizytę i miły komentarz!
    Niezmiernie mi miło:)
    Pozdrawiam:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania