ERROR 05 [stara wersja]

Granite Peak, Utah, 25/26.01.2016 r.

 

Parker kochał nocne niebo rozpostarte nad czubkiem jego głowy w miejscu oddalonym od narciarskich stoków, które zresztą i tak kilka godzin temu zostały zamknięte. Takie gwiaździste, piękne i jasne, ale w sposób zupełnie inny niż ten, do którego przywykł w swoim rodzinnym mieście – Nowym Jorku. Żadne profesjonalne zdjęcie przedstawiające gwiazdy, konstelacje, a tym bardziej Drogę Mleczną, nie mogło się równać z tym samym widokiem na żywo – choć, co prawda, nieidealnym, bo przysłoniętym lekko przez góry oraz światło odległych miast i innych skupisk ludzi.

Minęły dwa tygodnie, odkąd zaczął pracę na wyższym szczeblu hierarchii i zamieszkał w jednej z tajnych, podziemnych baz Archanioła w równie tajnej strefie amerykańskiego rządu. Jeśli miałby być szczery, to nigdy nie podejrzewałby – jeszcze jako podrzędny pracownik, który jedynie w wolnych chwilach, w ramach dziwnego hobby zagrzebywał się głębiej, niż powinien w bazach danych i raportach nawet sprzed wieku – że prezydent Stanów Zjednoczonych finansował program ERROR. Oprócz tego także kilka innych mniej ważnych, którymi wcześniej Aaron nawet nie próbował się interesować, więc nie miał o nich zbyt dużego pojęcia. Właściwie to nie miał go wcale. Chodziły nawet pogłoski, że prezydentowi zdarza się samemu doglądać pracy głównego oddziału, do którego od niedawna należał mężczyzna, ale to akurat włożył pośród inne bzdury, których zdążył się nasłuchać w tak krótkim czasie pobytu pod stokami Granite Peak. Czasami miewał wrażenie, że ulubionym zainteresowaniem znudzonych, starych Cherubinów – najważniejszych pracowników o wieloletnim stażu – było tworzenie coraz bardziej niedorzecznych historii po to, by później z wielką satysfakcją obserwować zachwyt i zawód na twarzach nowych. Rzadziej zawiść czy niesłuszne oskarżenia innych młodzików, ale i to się zdarzało. Jednak nikt jeszcze nie odszedł stamtąd niesiony dumą, złością ani też czymkolwiek innym, co nie pozwalało na trzeźwe myślenie. Cóż, nie do końca byłby w stanie. Każda osoba na tamtejszym terenie wiedziała zbyt dużo, by nie skończyć swojej dotychczasowej kariery awansem i przeniesieniem albo śmiercią. Istniały tylko takie opcje, ale wszyscy pracownicy wiedzeni rządzą sukcesu, rywalizacją, chorym patriotyzmem lub po prostu strachem, nie śmieli protestować.

Mimo tej świadomości niezmiennie na nosie blondyna spoczywały okulary o idealnie okrągłych oprawkach, a włosy niezmiennie stawiał na zbyt dużej ilości połyskującego w świetle żelu, jakby miał czas na poprawianie tego po kilkanaście razy dziennie. Jednak coś sprawiało, że wyglądał inaczej niż przed tym pamiętnym dla niego dniem, którego po raz pierwszy wyjechał na najwyższe piętro głównej siedziby Archanioła – oczy silnie podkrążone z wyraźnie odznaczającymi się sinymi workami, a jednocześnie pełne pasji, jak nigdy dotąd w jego prawie trzydziestojednoletnim życiu. Chorej pasji, która szła w parze z jeszcze większą niż dotychczas zawziętością.

Gdy usłyszał propozycję zostania „prawą ręką” samego szefa, wyobrażał sobie to nieco inaczej. Cóż, na przykład, że takiej samej propozycji nie dostaną wszystkie osoby, znajdujące się obecnie w tajnych bazach, a on sam nie zostanie wciągnięty do zażartej rywalizacji, połączonej z nikłą współpracą nad dobrem sprawy. Każdy z nich został powiadomiony, z czym wiązało się negatywne zamknięcie programu ERROR, każdy z nich bał się takiego zakończenia i właściwie tylko to sprawiało, że jeszcze nikt nie postanowił pracować całkowicie na własną rękę, tym samym zmniejszając szanse na uratowanie życia miliardów ludzi. Sprawiało to, że drżał na samą myśl powrotu do podziemnych pomieszczeń z polany doszczętnie pokrytej skrzącym się w świetle księżyca i otaczających go gwiazd śniegiem, który wdzierał się pod nogawki nieodpornych na to spodni przy każdym najmniejszym ruchu. Nawet wyjątkowo zimny powiew wiatru nie wywoływał u niego tej samej reakcji. Jednak nie potrzebował uświadamiać sobie, czym tak dokładnie najbardziej był przerażony – życiem własnym czy dość mało realną wizją zagłady sporej części ludzkości. Wiedział za to, że i tak za dokładnie cztery minuty i trzydzieści siedem sekund stawi się na dole z identyfikatorem w ręku, przyciskając odcisk palca do jednego ze skanerów, a następnie jeden z wielu ochroniarzy sprawdzi znajdujące się pod skórą na lewym ramieniu urządzenie.

Nie opierał się ani trochę podczas wszczepiania chipu, tak jak to robili niektórzy. Właściwie nawet się nie zdziwił, gdy w czasie podróży otrzymał informację o zabiegu. Można wręcz rzec, że spodziewał się czegoś w tym stylu. Zdążył się przekonać, że szef nie tylko uwielbiał poczucie władzy i mieć kontrolę nad sytuacją, ale też przede wszystkim trzymał na barkach losy świata – o czym aż nazbyt często wspominał w przemówieniach – co skłaniało go do najwyższej ostrożności. Brak prywatności, oszustwa, a nawet ofiary stanowiły dla niego jedynie drobne poświęcenia w ramach większego dobra. Oczywiście to nie tak, że Garrett Johnson był wielkim dobroczyńcą, który oddałby życie za ochronę ludzi, których nawet nie znał. Równie ogromne znaczenie miały zyski i status, jakie osiągał dzięki wszelkim wysiłkom poświęconym na rozwój oraz działania Archanioła.

Aaron potarł o siebie zdrętwiałe z zimna dłonie i odwrócił wzrok od gwiazd, które bez przerwy obserwował. Zaczął brnąć przez zaspy śniegu do jednego z dwóch wejść bazy, nie zwracając uwagi na przemoczone buty. Pociągnął jedynie nosem, prosząc w duchu, by okazało się to jedynie chwilowym katarem, a nie jakimś dłuższym przeziębieniem. Nie miał czasu ani tym bardziej możliwości na odpoczynek, a pojęcie „chorobowe” nie istniało w jego branży. Zadrżał, tym razem z zimna, o którym świadomość gwałtownie powróciła, gdy już nie zajmował się przemyśleniami.

Przeszedł przez ukryty w gąszczu lasu właz, który wcześniej musiał odbezpieczyć, żeby przypadkiem zamiast w ciepłym środku wraz ze współpracownikami, nie znaleźć się gdzieś na górze pośród prawdziwych aniołków. Minął kilka zakrętów, przy okazji otwierając każde przejście, raz za pomocą identyfikatora, innym razem odciskiem palca. Na samym końcu jego lewe ramię zastało prześwietlone skanerem przez Dużego Barry'ego, jednego z trzech ochroniarzy na nocnej zmianie przy głównym wejściu, a on mógł w końcu znaleźć się po drugiej stronie hermetycznych drzwi pół minuty przed upływem przerwy. Szybko udał się do pomieszczenia, w którym spał i trzymał wszystkie dokumenty, aby porzucić w nim płaszcz i wreszcie wrócić do przerwanych aktywności.

W bazie nie było czegoś takiego jak godziny pracy, nie licząc dyżuru przy wskaźnikach, ale nie istniały też godziny wolne. Zajęć i danych nigdy nie ubywało, a każdy spał jedynie przez minimalny czas, którego potrzebował, by sprawnie funkcjonować. Najczęściej był on dodatkowo podzielony i zamiast w łóżku spędzało się go, przysypiając na poduszce z notatek. Parker przetarł oczy, zaczynając żałować, że nie zrobił sobie kawy. Był na nogach od jakichś osiemnastu godzin i nie czuł się na siłach, by robić cokolwiek, ale nie stanowiło to dla niego jakiejś nowości. Opadł na obrotowe krzesło, które zaskrzypiało w sprzeciwie i chwycił jeden z segregatorów. W głowie zamiast milionem danych zajmował się przeliczaniem, ile uda mu się skraść godzin snu, by o dwunastej być w stanie trzeźwo sprawdzać wskaźniki, jeśli teraz do przerobienia miał pięć segregatorów identycznych z tym, który trzymał. Jęknął żałośnie, dochodząc do wniosku, że jego doba ma zbyt mało godzin i z frustracją zrzucił kilka kartek z biurka. To już chyba tradycja.

Po chwili zaczął szybko je zbierać, by przypadkiem nie zdążyły się pobrudzić, a on nie musiał ponownie drukować i wypełniać tabelek. Pomogły mu mocno opalone dłonie o długich, pomalowanych ciemnozielonym lakierem paznokciach. A może tipsach, nie znał się na tym kompletnie, ale nie wydawało mu się to zbytnio istotne. Spojrzał w górę na Latynoskę, która uśmiechała się, ukazując nienaturalnie białe, równe zęby, nad którymi czas spędził pewnie nie jeden ortodonta.

– Caroline, witaj – burknął, wyrywając dokumenty spomiędzy szponów kobiety. Niechętnie zlustrował ją wzrokiem, aby odkryć, że chociaż raz postanowiła wyglądać dosyć przyzwoicie i założyć marynarkę, która zakrywała jej spore kształty.

– Ciebie też niemiło widzieć, Aaron. Burza śnieżna złapała cię na zewnątrz? – prychnęła, a w głosie dało się wyczuć spore rozbawienie. – Zmokłeś. – Zacmokała z politowaniem, zerkając na spodnie i buty mężczyzny, które ciągle zostawiały za sobą mokre, błotniste ślady.

– Po prostu mów, czego chcesz i spadaj – Obrócił się w stronę komputera, chcąc zacząć w końcu pisać nowy raport i przerobić chociaż połowę zgłoszeń z ostatnich dni.

Niestety jego plany musiały poczekać na realizację – brunetka postanowiła przysiąść na biurku, zasłaniając ciałem ekran i przesuwając klawiaturę gdzieś na bok.

– Dobrze wiesz czego. – Zmarszczyła brwi, co ukazało wiele skrupulatnie zakrywanych zmarszczek. – Mamy przecieki, a ty jako jeden z niewielu uwielbiasz urządzać sobie spacerki poza bazą. Garrett ci ufa albo masz na niego jakiegoś haka, mało ważne, ale ja nie zamierzam wierzyć w te twoje gierki. Świeżak z ciebie i nic nie wiesz o tej robocie. – Pochyliła się nad nim. – Jeszcze nic przez nią nie straciłeś. Ale jeśli kiedyś w końcu podwinie ci się noga, to nie z szefem, a ze mną będziesz miał najpierw do czynienia. – Zsunęła się z blatu i stanęła pewnie na piętnastocentymetrowych szpilkach. – A tak z innego tematu, zgrywanie samotnika nie pomoże ani tobie, ani tym bardziej pracy oddziału, więc weź się w końcu w garść i nie udawaj wielce poszkodowanego po tej kłamliwej propozycji od szefa, którą, jak wiesz, otrzymał każdy. I tak nie miałbyś na nią szans. Nawet gdybyś podniósł się z dna hierarchii, to ciągle ja będę na twojej drodze i nie odpuszczę sobie takiej pozycji. Jasne, kochanie? – Uśmiechnęła się sztucznie i wyszła, pozostawiając za sobą tylko stukot obcasów i wkurzonego mężczyznę.

 

~*~

 

Kilka godzin później znalazł w końcu czas na sen, jednak to postanowiono dość prędko przerwać głośnym alarmem i czerwonym światłem błyskającym w szybkim rytmie w każdym pomieszczeniu. W pierwszym odruchu zakrył głowę poduszką, starając się udawać, że nic się nie dzieje, lecz chwilę potem sapnął niezadowolony i zwlekł się z twardego łóżka. Na całe szczęście spał w koszuli oraz spodniach, więc jedynym, co musiał włożyć, były buty i szczerze mało obchodziło go, jak bardzo wymięte są jego ubrania. Wybiegł z pomieszczenia. Następnie podążył za tłumem innych pracowników, którzy wypełniali cały wąski korytarz w drodze do najobszerniejszej, a przy tym i tak niedużej, sali bazy. Oprócz niego znajdowało się w niej niecałe dwadzieścia osób, a tuż za nim weszło jeszcze sześć.

Wciągnął gwałtownie powietrze, widząc na samym środku dumnie wyprostowanego pana Johnsona, a zaraz obok niego Caroline z dokładnie spiętymi w eleganckiego koka włosami. Już rozumiał skąd ta jej nagła przyzwoitość, dobrze wiedziała o dzisiejszej wizytacji i nawet słowem nie napomknęła mu o tym w nocy. Gdyby wiedział, to znalazłby czas na ubranie świeżej koszuli, a może nawet spodni oraz krawatu. Zmrużył oczy w złości, w swoich marzeniach zaciskając palce na szyi Latynoski. Nie, żeby był zdolny do morderstwa nawet tak wkurzającej go osoby jak ona, ale lubił sobie pomarzyć.

Nie rozumiał tylko jednego. Dlaczego alarm nie ucichł ani trochę, skoro zjawili się wszyscy? Właściwie to odnosił wrażenie, że irytujący dźwięk jedynie zwiększał swoje natężenie.

– Witajcie! – wrzasnął Garrett, aby przekrzyczeć wszechobecny hałas i zwrócić na siebie uwagę każdego. – To nie jest alarm testowy! Jeden z Błędów gwałtownie nagiął czasoprzestrzeń w Arizonie. Ze wszystkich baz z pobocznych stanów zostaną oddelegowane oddziały, które zajmą się przechwyceniem Błędu lub Błędów. Wiemy też o anomalii czasoprzestrzennej w podobnej okolicy, jednak nie wiemy, czy jest to ze sobą powiązane. – Alarm w końcu zamilkł, a mężczyzna odchrząknął. – Oczekuję zgłoszeń.

Wszelkie szmery nagle ucichły. Nikt się nie odzywał, nawet nie poruszał. Parker mógłby przysiąc, że jego serce zaraz wyrwie się z piersi, w tak szybkim rytmie biło. Niepewnie rozejrzał się po całej sali. Żadnych podniesionych dłoni, żadnych szerokich uśmiechów pewności – tylko kolejne podchodzące do gardła serca i spocone, zaciśnięte ręce.

– No już, nie mamy czasu. – Szef zerknął na Rolexa na swoim nadgarstku. – Dwie minuty.

Caroline szepnęła mu coś na ucho, a on uśmiechnął się zadowolony.

– Suka pewnie zgłosiła się, żeby mu się przypodobać – przemknęło w myślach Aarona, a jego dłoń bezmyślnie wystrzeliła do góry.

– Parker! Świetnie! – Nagle wzrok wszystkich skierował się na niego. – Wiedziałem, że jest w tobie potencjał. Chodź tutaj.

Niepewnie postawił pierwszy krok, starając się nikogo nie zdeptać. Potem jednak doszedł do wniosku, że właśnie całkiem przypadkiem wyszedł na prowadzenie. Pan Johnson wiedział, jak się nazywa, zapamiętał go i liczył na niego. To przecież szansa, by wspiąć się w nieuczciwej hierarchii i przestać być nikim ważnym. Przepchnął się między współpracownikami z podniesioną głową, uderzając ramieniem wszystkich, którzy się nie odsunęli. Stanął dumnie obok skrzywionej Latynoski.

Fala zgłoszeń ruszyła, a on przestał rozpoznawać słów spomiędzy wręcz błagalnych ofert składanych przez jakieś dwadzieścia osób, by tylko znaleźć się pośród pozostałych ośmiu miejsc.

Niecałe dwadzieścia minut później zajął miejsce w jednym z trzech SUV-ów czekających na nich kawałek od bazy. Na szczęście niedaleko znajdowały się stoki narciarskie i zaparkowane auta nie wydawałyby się niczym dziwnym, jeśli ktoś zapuściłby się w te rejony. Jako pierwsza osoba, która się zgłosiła, miał ten niemiły przywilej siedzenia między Caroline i Aidenem – sekretarzem, a raczej chłopcem na posyłki, samego szefa. Zresztą Garret siedział na przednim miejscu samochodu, ponieważ nie chciał zwracać niepotrzebnej uwagi swoim prywatnym helikopterem. Prowadził czarnoskóry mężczyzna o szerokiej szczęce, którego Aaron kojarzył z głównego sztabu albo czegoś w tym stylu. Nie pamiętał dokładnie. Odchrząknął, czując się trochę niezręcznie, po czym poprawił mankiet świeżo wyprasowanej koszuli. Nikt nie zwrócił na niego nawet najmniejszej uwagi, więc znudzony rzucił okiem na jasnowłosego chłopaka, bo trudno go nazwać mężczyzną, którego palce sprawnie przesuwały się po klawiaturze laptopa. Dwudziestopięciolatek – tyle maksymalnie dawał mu lat – poprawił przydługie włosy, zakładając przeszkadzające mu kosmyki za ucho i wrócił do zapewne bardzo ważnej pracy. Gdy tylko Parker przypominał sobie, jak trudno było przejść wszystkie testy i dostać posadę w Archaniele, a tym bardziej jak się o nim dowiedzieć, zaczynał poważnie zastanawiać się, co ten dzieciak robi w organizacji, na takim stanowisku i to od dobrych dwóch lat. Czasami w myślach zaczynał nawet kwestionować orientację szefa, ale przecież nie wypadało mu o to zapytać nawet innych pracowników ze swojego poprzedniego działu – jeszcze w siedzibie głównej w Nowym Jorku – a co dopiero kogokolwiek tutaj czy, o zgrozo, samego zainteresowanego. Odwrócił wzrok, stwierdzając ostatecznie, że mało go to obchodzi. Skupił się na warkocie odpalanego silnika i ośnieżonej drodze przed pojazdem.

 

~*~

 

Z prawie sześciogodzinnego snu w dość niewygodnej pozycji wybudził go sygnał telefonu należącego do Garreta. Szef akurat zażarcie dyskutował z Latynoską, jednak Parker nie zdążył nic z tego usłyszeć, a nie sądził, że ktokolwiek z czwórki pragnął mu skrócić przebieg i temat rozmowy. Nie lubił, gdy coś go omijało, ale nic nie potrafił poradzić na oczy, które same się zamknęły i brak opcji do robienia czegokolwiek. Gdyby tylko pomyślał i wziął przynajmniej netbooka, zająłby się zaległą pracą i może nie myślał tak uciążliwie o śnie.

– Cholera jasna – warknął pod nosem powoli siwiejący brunet. – Jesteś pewien? Twój oddział przeszukał dokładnie okolicę? – Zacisnął usta w wąską linię, milknąc na jakiś czas. – Autobus w Kingman? Jest tam ktoś już? – Przycisnął palce do skroni, jakby nagle rozbolała głowy. – Cholerne Błędy. Myślą, że mogą ze mną pogrywać i pozwalać się wykryć, tylko dlatego, że teleportują się, cholera wie gdzie – sapnął głosem pełnym irytacji, a Aaron przełknął głośno ślinę, słysząc to. – Będziemy najszybciej, jak się da. Nie pozwólcie im wydostać się z Kingman. Ta anomalia jest teraz nieważna, zostaw z trójkę ludzi i pieprz to. Dadzą sobie radę. – Chwilę skupiał się na tym, co jego rozmówca miał do powiedzenia, marszcząc przy tym brwi. – Mam gdzieś, że to tornado! Więcej ludzi zginie, gdy te potwory będą na wolności, a nie gdy odłożymy temat tornada. Nie zapobiegniesz całkowicie ofiarom, cel uświęca środki. – Westchnął ciężko. – Do zobaczenia, liczę na ciebie, Greenwitch. – Odłożył telefon do kieszeni marynarki. – Musisz przyspieszyć, Vincent, jedziemy do Kingman. I daj znać grupom za nami.

Czarnoskóry tylko skinął głową, wystukując coś na ekranie na desce rozdzielczej. GPS kobiecym głosem oznajmił odległość od celu oraz przewidywany czas podróży. Sto mil, godzina i pięćdziesiąt trzy minuty.

– Wiesz przynajmniej, które to gnojki, Garry? – odezwała się Caroline, oglądając z udawanym zainteresowaniem paznokcie.

– A jak sądzisz? – Prychnął. – Któremuś z pokolenia X się zachciało zabawy. Tylko z nimi są takie problemy.

– Wiadomo który? – zapytał nagle Aiden, podnosząc wzrok znad ekranu laptopa.

– Właściwie nie – odpowiedział dopiero po chwili. – Ale jak sądzisz? X0 nie jest na tyle głupi, x3 nie pokazywała się od-

– Śmierci x1 – dokończył za niego Parker, mówiąc to bardziej do siebie.

– Dokładnie. Pozostaje tylko x2, któremu zapewne towarzyszy któryś z igreków. Mógłbym nawet się domyślać, który, ale nie widzę w tym sensu. Zdolności podobne. Nic poza ukrywaniem się i krzywdzeniem ludzi nie potrafią – powiedział, krzywiąc się jakby zniesmaczony.

– Nie emocjonuj się. Złapiemy ich i wreszcie dostaną to, na co zasługują od lat. Drogę w jedną stronę w dziurę międzywymiarową, z której powstali. – Latynoska uśmiechnęła się podle, ukazując przy tym, jak to zawsze, idealne zęby.

Mężczyzna siedzący obok niej nieświadomie przełknął ślinę, zaciskając przy tym dłoń na materiale spodni. Pierwszy raz tak otwarcie powiedziano przy nim, co dzieje się ze schwytanymi Błędami. Właściwie jedynym Błędem, o którego śmierci wiedział, była wcześniej wspominana x1 –

Julietta Lemaire.  Zastanawiał się, jak bardzo spadłby w oczach szefa, gdyby za pytał, czy jeszcze ktoś tak skończył. Albo może powinien mówić coś? W końcu to już nie człowiek – ostatnia cząstka człowieczeństwa znikała w chwili śmierci. Potem według wszystkich przekazywanych przez Archanioła informacji pozostawały żyjące powłoki, potwory, dla których liczy się wyłącznie przetrwanie. Zanotował w myślach, że musi potem o tym przeczytać i poszukać jakichś informacji w bazie danych, a tymczasem nie dać po sobie poznać niewiedzy.

 

~*~

 

Kingman, Arizona, 26.01.2016 r.

 

– Czy możesz mi łaskawie wytłumaczyć, Joshua, jakim cudem uciekli twojej grupie?! – krzyknął Johnson, prawie wyskakując z auta i podchodząc do niższego od niego mężczyzny, który jednak nie wyglądał na niepewnego albo wystraszonego. Jedynie zawiedzionego. – Chyba nie chcesz, żebym jeszcze raz zastanowił się, czy powinieneś prowadzić bazę w Arizonie? – zniżył ton głosu, ciskając przy tym pioruny z oczu. Trącił palcem wskazującym klatkę szatyna tuż pod wiązaniem krawatu. – Słyszysz, co do ciebie mówię, Greenwich?

– Garrett, ochłoń – Położył dłoń na jego ramieniu. – Zaraz mój pracownik zda ci raport. Dowiedzieliśmy się kilku rzeczy.

– Prowadź – prychnął jedynie, rozluźniając się nieznacznie.

Aaron ruszył za grupą, która bez żadnych pytań podążała we wskazywanym kierunku. Odczuwał dumę, że posiadał więcej informacji o obecnej sytuacji niż osoby jadące pozostałymi dwoma SUV-ami i nie czuł się dzięki temu zdezorientowany. Nawet jeśli ominęło go sześć godzin rozmów na niewiadomy temat, to był przy tych najważniejszych. Przy tej o Błędach. Przepchnął się między krótko ściętą kobietą, chyba nazywała się Trixie albo Trisha, a dobrze zbudowanym mężczyzną, którego imienia nie pamiętał, żeby znaleźć się jak najbliżej Caroline i Aidena, czyli też szefa. Uśmiechnął się pod nosem na myśl porównującą tych dwoje do wiernych piesków pana. Potem zastanowił się, czy trzynaście osób w garniturach i eleganckich sukienkach idących tak po prostu ulicą, nie wyda się nikomu podejrzane, ale nie przejmował się tym zbytnio. Szef miał na pewno przygotowane dziesięć wytłumaczeń na tę okazję.

Weszli do holu trzygwiazdkowego, najlepszego w tym miejscu hotelu. Greenwich jako jedyny podszedł do recepcji, pozostali zostali na środku, udając przy tym zniecierpliwionych, jakby spieszyli się na ważne, biznesowe spotkanie. Cóż, nie do końca mijało się to z prawdą. Pracownica w hotelowym uniformie wskazała kierunek dłonią, tłumacząc coś przy tym szatynowi. Następnie przeszli do sali bankietowej, gdzie już czekało kolejne dziewięć osób. Parker domyślał się, że były to osoby z arizońskiej bazy. Na widok nowo przybyłych wstała drobna kobieta z rudymi włosami ściętymi na wysokości kości policzkowych, natomiast tamci zajęli wolne miejsca.

– Witam – odezwała się niesamowicie chłodnym, a przy tym dźwięcznym głosem. Skinęła głową na powitanie z szacunkiem. – Udało nam się ustalić, że trójka Błędów przemieszczała się autobusem wycieczkowym, jadącym z Las Vegas do Phoenix, a potem do Tucson, które znajduje się stosunkowo niedaleko granicy meksykańskiej. W stanie Arizona w wyniku anomalii powstało tornado, które zmusiło pojazd do zmiany kursu i ucieczki. W tym też czasie powstało wgniecenie z tyłu. – Wskazała dłonią na zdjęcie, które wyświetliło się z projektora. – Prawdopodobnie potem doszło do przeniesienia pojazdu w okolice Kingman, o tutaj. – Obraz zmienił się na mapę, a ona narysowała okrąg w odpowiednim miejscu. – Wtedy też powstało kilka zniszczeń, małoznacznych dla ogólnego stanu. Błędy zbiegły. Większości pasażerów namieszano w pamięci, pozostali są zbyt skołowani. Pan Greenwich utrzymuje stały kontakt z policją jako detektyw Brown. W razie zeznań prześlemy je do wszystkich zaangażowanych w sprawę baz. Jeśli chodzi o tożsamości, mogliśmy tylko ustalić, że jedną z trzech osób jest x2, znany kiedyś jako Olivier Bremer. Jakieś pytania? – Rozejrzała się po sali, podchodząc do swojego krzesła. – Nie? W takim razie proszę o zabranie głosu pana Garretta Johnsona. – Usiadła.

Mężczyzna odchrząknął, wstając. Wyprostował się, a następnie splótł dłonie na wysokości dołu mostka i w końcu zaczął mówić, omiatając wzrokiem wszystkich zebranych:

– Niestety nie byłem obecny przy oględzinach z powodu wizytacji w bazie w Utah. Trudno jest mi więc powiedzieć cokolwiek więcej na ten temat, niż zrobiła to panna Heather. Chciałbym was tylko uprzedzić. Wypatrujcie katastrof i śmierci ludzi. Błędy z jakiegoś powodu próbują się stąd wydostać, a ich obecność gdziekolwiek nie zwiastuje nic dobrego. Oni ratują tylko siebie, nie liczy się nic więcej.

 

~*~

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • nunciusz 10.08.2017
    Garret? kiczowate imię w podstawówkach, bęc! ;)
    opowiadanie, chech, ciężko w akcji :)
  • Sileth 10.08.2017
    *Garrett
    Dlaczego?
    Nic dziwnego, że ciężko, gdy przeczytało się tylko piąty, spokojniejszy rozdział, a ominęło wcześniejsze ;)
  • Nuncjusz 10.08.2017
    Sileth to troll, który podszywa się pode mnie
  • Sileth 10.08.2017
    Nuncjusz, o, milusio. Szczerze nawet nie zwróciłam uwagi na nick, ale dobrze, że mówisz, ze troll. W takim razie nie będę się nawet mu tłumaczyć czy dyskutować :P
  • Nuncjusz 10.08.2017
    Sileth brawo :)
  • nunciusz 10.08.2017
    Nie wiem czy troll;
    naśladowanie kogoś nie rowna się troll;
    w takim razie jestem półtrollem
    :))
  • Nuncjusz 10.08.2017
    a po co mnie naśladujesz?
  • nunciusz 10.08.2017
    Nuncjusz ja nie ja nie
    Nikt nie nasładuje
    Ja naśladuję? Śnić chyba
    ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania