Filip i Bursztynowa Komnata - Rozdział 3

Ruszyłem na mały rekonesans. Najpierw musiałem powrócić do drogi, którą przyjechałem. Co prawda posesja Franciszka sięgała jeziora, ale trzciny w wodzie i gęste krzaki na brzegu, skutecznie blokowały wyjście od strony podwórka. Po przejściu kilkuset metrów skręciłem na plażę. Zdjąłem buty, rozkoszując się ciepłym piaskiem pod stopami. Miejsce znaleziska oznaczone boją ostrzegawczą, widziałem z daleka. Nie było ludzi, kąpielisko znajdowało się kilkaset metrów dalej. Gdy podszedłem, zauważyłem stojący w cieniu drzew radiowóz. Dwaj policjanci leniwie obgryzali paznokcie. Przywitałem się z nimi i podałem upoważnienie wysokiemu rudemu z kwadratową szczęką. Oddał je swojemu niższemu koledze, który obejrzał je tylko pobieżnie.

– Poinformowano nas – powiedział.

– Mieszkam tu od urodzenia. Tutaj nurkowałem setki razy – wtrącił ten wyższy. – Tam nic nie ma, a Pazurka trzeba było docisnąć.

– Spokojnie panowie! Ja tylko nurkuję – powiedziałem. – Tak jak wy nie wierzę, że coś tam znajdę, ale sami rozumiecie. Góra.

– Rozumiemy – przytaknęli.

– Pilnujecie tego całą noc?

– Skąd. Tylko w dzień – odparł ten o gęstych czarnych włosach. – Kończymy o osiemnastej. Zainstalowaliśmy fotokomórkę z kamerą. – Policjant wskazał na drzewo. – Gdyby coś się działo, podjedzie patrol.

Policjanci mieli mnie asekurować podczas zejścia, ale wyglądało na to, że myślami już byli przy kolacji. Cóż, mój gospodarz okazał się miły, pogoda dobra, a jezioro mokre. Nikt się nie obrazi za jeden dzień wakacji na koszt firmy.

– Dziś jest już za późno na nurkowanie – oświadczyłem. – O której zaczynacie?

– O szóstej.

– W takim razie będę o siódmej. Dziękuję panowie.

Przy takim rozwoju wypadków nie chciałem nadużywać gościnności mojego gospodarza, więc ruszyłem na poszukiwania sklepu. Swój cel odnalazłem niedaleko ośrodka. W cieniu parasoli roiło się od turystów z dużymi brzuchami, nabytymi dzięki poglądowi, że nic nie gasi pragnienia lepiej od piwa. Jeden ze stolików był szczególnie oblegany. Domyśliłem się, że znajdę tam naszą lokalną gwiazdę. Istotnie. Miał na głowie tę samą brudną siatkową czapkę z daszkiem, którą widziałem w gazecie. Siedział z papierosem w jednej ręce i butelką piwa w drugiej. Jego trójkątna spalona słońcem twarz i małe blisko osadzone oczka, przywodziły na myśl zabawkę odpustowego diabełka i przysiągłbym, że jakby mu nacisnąć policzki, wystawiłby długi czerwony ozór.

– Wtedy mi powiedzieli, że będą o mnie pisać w książkach historii – powiedział Pazurek, wymachując butelką. – Największe odkrycie w tym stuleciu!

– Wątpliwe – pomyślałem i poszedłem zrobić niezbędne zakupy. Wracając do domu, raz czy dwa obejrzałem się za siebie. Może to zabrzmi niedorzecznie, ale czułem, że jestem śledzony. Oglądałem kiedyś program o dzikich zwierzętach, które wyczuwają, kiedy są obserwowane. Taki szósty zmysł. W każdym razie to ciężko uzasadnić, ale właśnie teraz czułem to samo.

W domu okazało się, że zupełnie niepotrzebnie kupiłem jedzenie. Zastałem Franciszka, gdy pakował wędki.

– Na kolacje będzie szczupak – oznajmił.

Słowa dotrzymał.

Nic nie smakuje lepiej od zjedzonej na świeżym powietrzu kolacji. Nad głową jasne niebo pełne gwiazd, zupełnie inne od tego widzianego codziennie w mieście. Wietrzyk szeleścił w koronach drzew, las pachniał żywicą, a ryba już bardziej świeża być nie mogła. Po kolacji profesor nalał nam po kieliszku Brandy i namówił mnie na partyjkę szachów. Mimo że dawał mi fory, nie miałem najmniejszych szans. W końcu grzecznie podziękowałem gospodarzowi za kolejną propozycję rewanżu.

Musiałem przecież wstać rano.

Obudził mnie promień słońca padający na stopę. Minutę przed budzikiem, więc na plaży byłem punktualnie. Wysoki rudy policjant, który miał mnie asekurować, już czekał przebrany w piankę. Szybko założyłem swój sprzęt. W chłodnym powietrzu poranka odbiliśmy łódką od brzegu. Woda na głębokości siedmiu metrów, zawsze jest przeraźliwie zimna, chyba że to Morze Karaibskie. Jest również ciemno, chyba że... Nieważne. Miałem latarkę, ale po kilkunastu minutach poszukiwań, wszechobecny muł ograniczył widoczność do zera.

W raporcie napiszę, to co wyczytałem w spojrzeniu policjanta, gdy wyszliśmy z wody.

Koniec pracy. Witaj Jamajko! Rum, rumba, kokosy i cygara.

Wyjazd do Warszawy wyznaczyłem sobie na wieczór, a resztę dnia postanowiłem spędzić na przygotowaniach do egzotycznej podróży.

Zgodnie z planem na plaży leżałem do południa. Już dobrze przyprażony słońcem, wracając na kwaterę, znowu doświadczyłem tego dziwnego przeczucia co wczoraj. Tym razem musiałem się upewnić. Mógłbym wkleić kawałek lusterka po wewnętrznej stronie oprawki przeciwsłonecznych okularów. Widziałbym wszystko za sobą bez konieczności odwracania głowy. Czytałem o czymś takim w powieści szpiegowskiej, ale zrezygnowałem, bo autor zapomniał napisać, czy od ciągłego robienia zeza nie boli głowa.

Wróciłem do Franciszka. Jeśli rzeczywiście ktoś mnie obserwował, to najlepszym miejscem, z którego mógłby to robić w czasie gdy siedzę w domu, był sosnowy młodniak. Ze ścieżki dobrze widać drzwi wejściowe, a w razie potrzeby można schować się w krzakach. Przynajmniej ja bym tak zrobił. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie lepiej spakować manatki i wyjechać. W sumie co mnie to wszystko obchodziło, ale nie byłbym sobą, gdybym przegapił okazje na zostanie domorosłym detektywem.

Uzbrojony w lornetkę wyszedłem od tyłu przez kuchenne okno. Bardzo ostrożnie, żeby nie trzaskały gałęzie, przedarłem się przez zarośla. Okrążyłem młodniak, wspinając się na niewielki pagórek. Szpiegiem z krainy deszczowców okazał się ten brudas, który przyczepił się do mnie w ośrodku.

Usiadłem wygodnie na mchu w cieniu olszyny, odpaliłem papierosa i kontynuowałem podglądanie. Korciło mnie, żeby do niego zejść, złapać za kark i wypytać, ale byłem pewny, że wykręci się sianem. W sumie kto mu zabroni siedzieć na pieńku? Wiercił się niecierpliwie, raz po raz spoglądając na zegarek. Muszę przyznać, że czas naprawdę płynął wolno. Bitą godzinę siedzieliśmy, paląc papierosy. Nagle poderwał się i wyciągnął z kieszeni telefon. Po krótkiej rozmowie popartej żywą gestykulacją, szybkim krokiem skierował się w stronę wsi.

Śledziłem go niczym Auguste Dupin w „Tajemnicy Marii Roget", aż dotarliśmy na parking, gdzie spotkał się z mężczyzną w okularach z kwadratowymi oprawkami. Łysy facet miał śmieszną kozią bródkę i drogi garnitur. Podali sobie ręce, po czym wsiedli do szarej Toyoty. Musiałem zmienić pozycje, przez co straciłem czas, a i tak niewiele widziałem. Zrezygnowany spisałem numery tablic rejestracyjnych i wróciłem do domu. Byłem w kropce. Wątpliwościami podzieliłem się z profesorem.

– Wiem, kto nam pomoże. Zdziśka znam od dziecka – powiedział.

Zdzisiek to policjant. Ten rudy z kwadratową szczęką. Pół godziny później, Franciszek był już z powrotem. Wręczył mi kartkę.

Zleceniodawca mojego prześladowcy mieszkał w Braniewie.

Zamierzałem odpuścić. Pożegnałem swojego gospodarza, odbierając od niego kopertę dla dyrektora. Dopiero na wylotówce przed znakiem wskazującym kierunek do Warszawy, zmieniłem decyzję. Może to nie moja sprawa, ale później niezaspokojona ciekawość zeżarłaby mnie od środka.

Bez problemu znalazłem adres i stojącą na parkingu szarą toyotę. Nie miałem planu, po prostu przyczaiłem się, żeby zobaczyć, co z tego wyniknie. Zanim dopadło mnie znudzenie z bloku wyszedł pan z bródką. Piechotą skierował się w stronę centrum. Zostawiłem swoje auto i ruszyłem jego śladem. Przez chwilę zastanawiałem się, czy może mnie rozpoznać, ale przypomniałem sobie, że stara Nokia w ręku brudasa nie miała aparatu.

Kilkanaście minut później wszedłem za nim do restauracji. Pomieszczenie było obszerne, ale nisko zawieszony sufit i drewniane przepierzenia pomiędzy stolikami dawały wrażenie ciasnoty. Lokal dopiero zapełniał się ludźmi, więc bez problemu znalazłem stolik. Mogłem swobodnie obserwować pana z bródką, który dołączył do dwóch innych równie tajemniczych ludzi w drogich garniturach. Robiło się coraz ciekawiej. W myślach już zdemaskowałem międzynarodową szajkę handlarzy zabytków. Wtedy dotarło do mnie, że to może być niebezpieczne. Tacy ludzie zwykle są zdeterminowani na tyle, by posunąć się do wszystkiego. Miałem zamiar wyjść, zostałem, tylko żeby dokończyć zamówiony placek po węgiersku, który gwoli ścisłości dupy nie urywał.

Cierpliwości – pomyślałem.

Wróciłem do samochodu, ale znowu dopadło mnie niezdecydowanie. Podjechałem pod lokal i zaparkowałem po drugiej stronie ulicy. Nie mogłem sobie odmówić możliwości poczucia się jak bohater powieści przygodowej. W końcu wyszli. Podjechał samochód. Najwyraźniej ich kierowca cały czas czekał na parkingu. Wsiedli do środka i odjechali, zanim zdążyłem spisać numery. Później zrobiło się nieprzyjemnie. Ktoś szarpnął za klamkę w mojej skodzie i otworzył drzwi.

Przede mną stał nieprzyjemny typ z wycelowaną we mnie lufą pistoletu.

– Tylko spokojnie – powiedział.

Zrobiło mi się na przemian zimno i gorąco.

Sięgnął do kieszeni ortalionowej kurtki, po czym zaświecił mi blachą.

– Centralne Biuro Śledcze. Jesteś zatrzymany. Pójdziesz ze mną.

Daleko nie uszliśmy, za rogiem stał czarny SUV z przyciemnianymi szybami. Wsiadłem, a raczej zostałem wepchnięty do środka. Chwilę trwało, zanim wzrok przyzwyczaił się do ciemności, ale tak naprawdę od pierwszej chwili wiedziałem z kim mam do czynienia. Poznałem po zapachu. Przede mną siedziała Małgorzata Dunin.

– Przykro mi, że w taki sposób, ale jesteś sam sobie winny – powiedziała. – Dlaczego tu przyjechałeś?

Mętlik w głowie szybko minął. Muszę przyznać, że jej obecność podziałała na mnie kojąco, zresztą w końcu nie zrobiłem nic złego.

– W co ja się właściwie wpakowałem?

– Nie mogę zdradzić ci danych operacyjnych. Nie teraz. – Z kieszeni w przednim siedzeniu wyciągnęła tekturową teczkę. – Proponuje ci pracę.

Nic nie odpowiedziałem, zaskoczony wziąłem od niej papiery i zapaliłem podręczne światło. W środku była umowa o pracę opatrzona znakiem Departamentu Ochrony Historii. Z podpisem dyrektora Małgorzaty Dunin. Stanowisko starszego analityka, resztę przejrzałem tylko pobieżnie. Mój wzrok utkwił w rekomendacji i wniosku o przeniesienie podpisanym przez dyrektora Nowickiego.

– Czym wy się właściwie zajmujecie? – spytałem.

– W umowie znajduje się aneks – zaczęła. – Klauzula tajności. Wystarczy jeden podpis i odpowiem przynajmniej na część twoich pytań.

– Rozumiem, że potrzebujecie przynęty na pełny etat?

– Nie tylko – uśmiechnęła się.

– A co z moim wyjazdem?

– Odpada. Szkolenie trwa trzy miesiące. Później możemy porozmawiać na temat Jamajki.

Widząc moje niezdecydowanie, dodała.

– Rozumiem, że chcesz się z tym przespać?

Chciałem. Zdumiewające jak w życiu łatwo popłynąć z prądem. Wystarczy szczypta ciekawości i krztyna niezdecydowania. Budzisz się rano bez żadnych specjalnych planów, a później znosi cię na nieznane wody.

Średnia ocena: 4.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • konfiguracja miesiąc temu
    "Co prawda posesja Franciszka sięgała jeziora, ale trzciny w wodzie i gęste krzaki na brzegu, skutecznie blokowały wyjście od strony podwórka." - bez drugiego przecinka.

    "Miejsce znaleziska oznaczone boją ostrzegawczą, widziałem z daleka. " - bez przecinka.

    "Przywitałem się z nimi i podałem upoważnienie wysokiemu rudemu z kwadratową szczęką. " - rozumiem, że było dwóch rudych funkcjonariuszy różniących się wzrostem.

    "– Skąd. Tylko w dzień – odparł ten o gęstych czarnych włosach. " - a nie, niższy jest brunetem. Zajmująca narracja.

    "Po kolacji profesor nalał nam po kieliszku Brandy i namówił mnie na partyjkę szachów. " - brandy to nazwa pospolita, daj Napoleona czy Old Pale - wtedy wielka litera będzie uzasadniona, jako nazwa własna.

    Dalej już mi się nie chce czynić korekty. Porządnie napisane, wpadki zawsze się zdarzają, ale... nudno w tym opowiadaniu, przynajmniej dla mnie.
    Czwóreczka z minusem - będzie oceną w sam raz.
  • Marzyciel miesiąc temu
    Brandy nie wyłapałem. Przecinki od początku są moją zmorą, a fragmentowi bez wątpienia przydałaby się kosmetyka.Poza tym to nie opowiadanie, tylko trzeci rozdział powieści, więc tempo jest dostosowane do formy.
    Pozdrawiam.
    M.
  • konfiguracja miesiąc temu
    Faktycznie, mój błąd. Errata: nudno w tym trzecim rozdziale powieści.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania