Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

#GOD Rozdział 17-Kartka

Kłęby czarnego dymu ulatującego z maski, zaskoczone spojrzenie Wojny, szybki ruch dłonią odbijający w bok czubek ostrza przyciskanego do mojego serca. Opuściłem głowę ciężko dysząc. Osiągnąłem limit, to był jedyny ruch na jaki było mnie stać. Naiwny, delikatny cios kupujący mi kilka chwil życia. W tym momencie jedna ze ścian rozpadła się w drzazgi. Próbowałem spojrzeć w tamtą stronę jednakże byłem zbyt wyczerpany. Wojna gdzieś zniknął pozostawiając mnie na ziemi. Tylko... dlaczego mnie nie zabił? Przecież jeszcze przed momentem wydawało mi się, że od śmierci dzieli mnie cienka granica wyznaczana pchnięciem ostrza. Usłyszałem odgłos uderzenia oraz cichy krzyk bólu. Cokolwiek działo się poza mym polem widzenia było warte uwagi. Z trudem przekręciłem się na brzuch. Tuż przed moimi oczami pojawił się but, stary, znoszony glan, który z pewnością należał do Wojny. Chwilę później został on wtłoczony w moją twarz, a ja znów straciłem przytomność. Odetchnąłem ciężko próbując przypomnieć sobie gdzie jestem. Zamrugałem kilkukrotnie próbując przywrócić ostrość widzenia. Zmarszczyłem brwi wsłuchując się w dźwięki dookoła mnie... a właściwie ich brak.

- Ciekawe... - pomyślałem.

Czułem się trochę lepiej, skurcze przestały targać mym żołądkiem, kończyny znów zaczęły odpowiadać. Stanąłem na drżących nogach przytrzymując się ściany. Naprzeciw mnie w jeden z filarów podtrzymujących strop został dosłownie wbity Wojna. Jego twarz zmieniła się w krwawą maskę, zbroja była powgniatana, miecz leżał poza zasięgiem jego rąk. Podszedłem wyciągając sztylet z pochwy przy pasie. Na dźwięk kroków Jezdziec uniósł umęczony wzrok wpatrując się wprost w oczy nadchodzącej, nieuniknionej śmierci.

- C...co-wyszeptał Wojna.

Zbliżyłem się odrobinę by lepiej słyszeć głos mężczyzny.

- Co to było...-wyjęczał, dysząc ciężko.

Zmarszczyłem brwi patrząc na zmasakrowaną twarz Jezdzca.

- O co ci chodzi?-zapytałem cicho.

Wojna spojrzał na mnie zbolałym wzrokiem oddychając coraz płyciej.

- Kto tu był?-spytałem.

Mężczyzna westchnął łapiąc mnie za nadgarstek.

- Zabij ich - powiedział cicho wciskając w moją dłoń skrawek papieru- oni oszaleli...

Zmarszczyłem brwi wsłuchując się w słowa Wojny.

- Kto? - zapytałem.

Jednakże odpowiedzi nie dane było mi usłyszeć. Jeździec nie usłyszał pytania... nie żył...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania