Poprzednie częściGwóźdź w zapalniczce cz. I.  

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Gwóźdź w zapalniczce cz. II. - OSTATNIA

Od razu ląduję po kostki w foliowych workach, butelkach, w innym tałatajstwie.

- Co to, kurwa, jest? - wrzeszczę dopadając jakiejś człekokształtnej postaci. Bez wątpienia - płci męskiej.

- Schowaj mnie, Flor...

- Jarek? Możesz powiedzieć, co tu odpierdalasz? - pytam grzecznie delikwenta przydybanego na gorącym uczynku. Włamał się, gnój! Wlazł jak do swego! Bierze przykład z Wandy, czy co?

- Zapomniałeś? Wypuszczają sukinsyna za dobre sprawowanie! A miał siedzieć jeszcze... Jeszcze... - plącze się rozdygotany Jarek. Jest autentycznie przerażony, ręce mu drżą.

- Obiecał, że mnie zapierdoli...

- Było się odpieprzyć od Żanety. Każdy ostrzegał.

- Co się stało, to się... wiesz. A teraz on wychodzi.

- Toż miałeś jechać do siostry w Białymstoku.

- Nieaktualne. Pracę zmieniła, czy straciła. Ledwie słyszałem z tego stresu. Zadekuj mnie, kurwa!

- Spieprzaj od niego, byle dalej. Co - autobusy nie dochodzą, asfalt zwinęli, jak w Wąchocku?

- Nie żartuj. Poważna sprawa w końcu.

- Więc zamiast uciekać - postanawiasz się ukryć w tej samej wsi, pod jego nosem i na dodatek liczyć, że się nie wyda, nikt się nie zorientuje, nie doniesie?

- Byłem u twojej ciotki. Zapłacone. Powiedziała, że będę mógł zostać tak długo, jak będę chciał, a ona nic nikomu nie powie. Nie jej sprawa, ma swoje, ważniejsze.

- Co żeś, chujcu, zrobił? - łapię za bety amatora cudzych dziewczyn, przyciskam do ściany.

- To nie jej dom! Nie wiesz o sprawie spadkowej? Ileś jej dał?

- No co ty, Florek, spokojnie. Trochę...

- Konkretnie!

- Dwie stówy.

- To mi, kuźwa, dasz jutro trzy, bo jak nie - won, dzwonię na psy i zgłaszam wtargnięcie na posesję. Albo lepiej - do Arka - jak wyjdzie.

- Pieprzysz. Zrobiłbyś to? Przecież nie jesteś konfident.

- Tu nie hotel. Ani dom Jackowskiej. Chcesz zostać - płać. Wszystkim właścicielom.

- Nie wierzę...

- To se, kurwa, napisz akt apostazji. Nie żartuję. Zamiast przyjść do mnie, jak do kumpla, pogadać jak człowiek z człowiekiem, to załatwiasz deal czort wie z kim i się włamujesz nocą. Czego nie uciekasz?

- Zasiłek - tylko ja mogę pobrać. Starym nie dałbym pięć groszy, co dopiero pełnomocnictwa. Ugadałem Demianiukową - dwudziestego siódmego wypłaci, zadekuję się potem w piwnicy.

- Banku? Ocipiałeś?

- Nie. Po robocie, w bagażniku odwiezie mnie tutaj. Flor - jak mam inne sprawy... Jakby ci to... nie mogę tak po prostu spierdolić na cztery wiatry. Był i nie ma. Dam w długą, a tu się wszystko schrzani jeszcze bardziej...

- Trzy stówy. Myślisz, że odpuszczę?

- A wydawało się, że jesteś moim...

- To było, kretynie, przyjść, zapytać, czy możesz tu przeczekać. Mnie, rozumiesz? Nie czort wie komu. A tak - jakbyś dał te pieniądze pierwszej lepszej osobie. Byle komu. Nawet gorzej, bo wrogowi, oszustce, złodziejce, zamiast prawowitym właścicielom. Więc nie zgrywaj się. Wielce pokrzywdzony... Szóste przykazanie - znasz?

- Widzę - znowu nawiozła śmieci... - Jarek rozgarnia stopą stos gazecisk.

- Spali się. Słyszysz, co mówię? Nie cudzołóż. Zwłaszcza z taką jak Żaneta. A najlepiej z żadną. Zawiąż se na supeł, jak pisał Tuwim. Uuu - to się, widzę urządziłeś - śpiwór, prowiant - jak na biwaku.

- A co - mam zamarznąć, umrzeć z głodu?

- Do jutra - dwie stówy. Resztę daruję. Tylko pamiętaj. Inaczej - wyjazd.

- Przecież wiesz, że nie mam. Jeszcze za tamto wiszę.

- Nie mój problem.

IV

A oto - iskra, Wszechrzecz na wyciągnięcie ręki. Na długość palca wskazującego. Dotknij, może nie popieści cię 20000 voltów.

Uśmiech, Florku. Jestem twoim kuzynem i najgorszym wrogiem. Poznajemy się co krok. Drzemię bowiem w każdym przedmiocie. Oczywiście - nawet w twoich ubraniach.

Jesteś opleciony energią, jaką (przyznaję - bezwolnie) generuję. Chmury porastają żółto - białe ściany. Przesuwam się wolno po owym niebie. Na taboreciku siedzi niewidzialny miś. Wypchana trocinami zabawka, pozostająca w tym miejscu tak długo, że zdążyła się całkowicie utlenić, zdematerializować.

Duch zwierzątka - to fragment mojego, najmocniejszego ze wszystkich duchów. Hiperodrębność, która zawiera się w jak największym rozdrobnieniu. Co więcej - stanowi jego istotę i moc.

Jestem jedyny wyłącznie wtedy, gdy dzielę się, coraz bardziej. Ekspansja, infekowanie rozumem, ożywianie martwej i zimnej, bo bez uczuć, materii poprzez bycie w niej.

A więc Jestem. Jeśli masz odwagę - wyważ drzwi. Nie będzie to szczególnie trudne. Spróchniały, zamek, zardzewiały, niczym świętej pamięci porsche rozleci się w drobny mak przy lekkim nawet kopnięciu.

Śmiało, weź mnie w dłonie. Nie ważę dużo. Możesz wrzucić do fajerek - jestem suchszy od pieprzu i obiecuję spłonąć szybciej, niż gazeta oblana ropą.

Siadaj, zajmij miejsce na skromnym tronie. Przez pewien czas pobędziesz władcą klitki. Nic ci się nie stanie, zły czar dawno się przeterminował i nie działa, niczym zwietrzała trucizna. Nic ci nie grozi, nawet drzazga nie wbije się w siedzenie. Króluj, jesteś do tego stworzony.

Jak nie ty - to kto? Matka? Jarek? Może Wanda? No właśnie. Doprawdy - nie ma się czego bać. Straszydła istnieją tylko w bajkach. Nie skończysz jako Quasimodo. Przyrzekam na każdy z elementów składowych, które mnie stanowią. Na blask gwiazd wielokrotnych. Na Hiperspoinę, której nie da się żadną miarą otrzymać.

Rozlałem się na siedem świata stron , rozpełzłem podczas Wielkiego Wybuchu i niepodobna mnie na powrót scalić. To byłoby morderstwo z zimną krwią!

Wejdź we mnie, jeszcze głębiej. Poza strach. Przekrocz barierę i stań się częścią. Rzeczą. To takie proste: wypełnij sobą zapomniany pokój, a zobaczysz, co się stanie. Niespodzianka.

Oczywiście - pozytywna, żaden tam gościec stawowy.

Zasmakuj mnie. Co cię powstrzymuje - przeżarte przez korniki drzwi? Krzyk starej?

Chcesz, czuję to. Pożądasz. Idealne określenie. Cały jesteś rozbudzony...

V

- Gadałeś przez sen - matka nachyla się nad koszykiem kartofli dziwnie się uśmiechając. Ironia? Pogarda? Trudno wyczuć, twarz od zawsze ma jakby odlaną w wosku. Maska pośmiertna gumowej lalki.

- Tak? Ciekawe - co? Pociągi się zderzyły? Ile osób zginęło?

- Nie żartuj. Młody jesteś...

- Tak - "gdybyś przeżył to, co ja..." Gadka zramolałych bab. Od matek, przez sąsiadki, po, cholera, siostry spikerki w Radiu Maryja.

- Żebyś wiedział! To była tragedia!

- Sto razy słyszę. Rocznie. Jeśli nie tygodniowo.

- Kim ona jest? Ładna choć?

- Kto?

- Ta dziewczyna. Musi nie stąd, skoro...

- Zaraz - o czym ty mówisz?

- Rozmawiałeś z jakąś. Chyba urzędniczką. Ale jak byście już byli co najmniej razem. Chodzili. Jakby łączyła was inna relacja. Uczuciowa.

- Coś ty znowu wymyśliła? Przecież nie mam żadnej... Net mi padł miesiąc temu, nie można się doprosić, by monterzy przyjechali robić. Z kim, do diabła, miałbym romansować? Co - może mam kupić gazetkę z ogłoszeniami matrymonialnymi? Jeszcze nie zidiociałem. Chodzę na dyskoteki? Nie! Więc gdzie do jasnej, miałbym...

- Tak ładnie do niej mówiłeś. Z szacunkiem.

- A jak miałem, choćby do laski ze snu? Od razu, bez powodu - z grubej rury - zwyzywać? Wiesz, co ty wygadujesz całe noce? Nie będę powtarzał, bo nie uwierzysz. Brednie, gorsze, niż teraz. Lecz się, konfabulantko. Wszyscy, żyjący, czy już nie, tylko czyhają na twoje życie. Dybią dziadkowie, kuzynki, czort wie kto!

- Zakupy rób - rzuca półgębkiem matka. Gumowa twarz ani drgnie. Brzuchomówczyni!

Wychodząc, w drzwiach niemal zderzam się z Bartkiem. Blady jak ściana i cuchnący spalinami, bredzi coś o hekatombie, Terminatorze, buncie maszyn. Nawija tak szybko, że nie sposób zrozumieć.

- Mieli ją wziąć - a ona - fruuu...

O - i gadaj tu z debilem. Albo naprawdę coś bardzo niedobrego się stało, albo ma delirę, Kwietniewski. Patrzę z ukosa. Obstawiałbym jednak drugą opcję.

- Chodźmy, pokażesz. Wciągnęła kogoś? Konkretnie: belarka? O tej porze roku?

- Nad brzeg Biełudy mnie wleczesz, czy co? - oponuję po dobrym kwadransie prowadzenia, a raczej szarpania mnie za rękaw.

Rejwach - fajne, dawno wyszłe z powszechnego użycia słowo. Trudny do opisania rejwach panuje pod (pustym!) cokołem, na którym jeszcze wczoraj stałą porszawka. Obok postumentu - przewrócona koparka Waryński, stojący krzywo spychacz det. Pół wsi zgromadzone przy pomniku.

Wrzaski, kłótnie, trudno wydedukować, co się stało. Kilka osób stoi jak skamieniałe. Są w szoku, zamurowało ich?

Pozostali przekrzykują się. Gestykulują żywo, w ruch idą ręce - śmigła wiatraków.

- Może mi ktoś wyjaśnić... - zaczynam nieśmiało, lekko zdezorientowany. Złodzieje zwinęli porszawkę w nocy poprzedzającej wyrzucenie jej na śmietnik? Po co komu taki szrot, z którego nie dałoby się odzyskać ani jednej części? Postawić w ogródku i traktować, zgodnie z zamysłem Cherczyny, jako dzieło sztuki?

Już to widzę - koneser hasiosopodobnej spawaniny skrzykuje znajomych, by cichaczem wywieźć badziewie. Przecież dostałby je za darmo, z pocałowaniem w rękę, że posprzątał cokół pod pomnik Kulczaka.

- wraca, robi kolejne okrążenie! Które to już - piąte?

- Siódme - co nie, Gienek?

- No. Jak raz - liczę... Co się pytasz? Lata i lata, jakby się szaleju nażarła. Parę godzin - co się zniży - to znowu wzbija w górę i na abarot...

- Co jest? - pytam bardziej stanowczo. Stałem się niewidzialny, czy ki diabeł? Ludziska są tak przerażeni tym, co właśnie zachodzi, ze nie w głowach im wyjaśnienia?

I wtedy ja dostrzegam. Między chmurami. Lekka jak latawiec, zwinna, niczym ptak. Beżowa anielica zmieniona w jaskółkę. Rdzewiejący motyl, który właśnie wyrwał się z gabloty. Potępiona dusza doznająca zbawienia. Lot - przebaczenie doczesnych win. Autorozgrzeszenie.

- Zobaczcie, jak macha drzwiami!

- No. To jej skrzydła - mówi Karoluk z miną znawcy.

Patrzę urzeczony. Porszawka ożyła! Gdy przyjechali burzyciele, energia zawarta w niej sprawiła, że nadgniła karoseria poderwało się do lotu.

Cud! Odłamek Hiperjaźni pobudził sklejucha, dziwadło.

- It's alive! - mruczę pod nosem.

Z przekrzykiwań wyłapuję, że postsamochód w ostatniej prawie chwili wymknął się dewastatorom. Mordercom.

- Miało pójść łatwo. A ona - fruuu... Myślałem z początku, że mam zwidy. Dziwne, bo wczoraj nic, ani kropli. Przychodzę do roboty o suchej mordzie, nawet nie na kacu, a tu - dziwo - wrak samochodu lata... Aż się przeżegnałem.

- Ja też, choć nie wierzę w Boga.

- Każdy by to zrobił, nawet Piotrowski, ten od Popiełuszki. Jeszcze by na kolana padł...

Porszawka zniża lot. Choć wygniło w niej wszystko, co wygnić mogło, po wydechu nie pozostał nawet centymetr kwadratowy blachy, auto - rzeźba ciągnie za sobą smugę spalin. Nie kondensacyjną, żadnego chemtrailsa, ale spalin właśnie. I jak to wytłumaczyć? Przecież to - to od lat nie ma "układu wydalniczego", ze tak powiem. Nawet bak się w niej nie ostał.

Coraz bliżej ziemi. Patrzymy w nabożnym skupieniu.

- Gleeeeeggh! - cisze przerywa gulgotanie. Gardłowe. Mało kto ma chęć się odwrócić, aby sprawdzić źródło niecodziennego hałasu. W zasadzie - tylko ja to robię. Chryste panie!

Jarek, idiota, niepomny ostrzeżeń, wylazł na światło dzienne z gawry. Tyle razy powtarzałem, by siedział w Betonowej Lodówie z nadzieją, że może afera przycichnie, Arkowi przejdzie ochota na dintojrę.

Gdzie tam! Miał sprawy do załatwienia... To i został załatwiony przez rogacza - kryminalistę. Leży teraz, krwawi jak świeżo zarżnięty wieprzek, trzyma się za rozprute gardło. Morze juchy, czerwony akwen rozstępuje się za sprawą magii. Nóż jest niczym czarodziejska laska Mojżesza.

Nie wiem, co cię tu, biedaku, trzymało, jakie - poza wypłatą nędznych groszy z zapomogi - i z kim miałeś interesy. Musiały być szalenie ważne, skoro byłeś gotów zaryzykować dla nich życie.

No i nie udało się, przerżnąłeś w rosyjską ruletkę przy pierwszym pociągnięciu za cyngiel. Następnej szansy nie będzie.

Uchodzi z ciebie ciepło, szara i zamarznięta ziemia wchłania je. Rozpuszcza. Oto pierwszy raz w życiu jestem naocznym świadkiem śmierci. Niezwierzęcej, rzecz jasna. Zgonów świń, kur, gęsi, kaczek, pająków, tudzież innego robactwa - nie zliczę.

"Tu jest wieś, tu się zabija" - można by sparafrazować słynne powiedzonko o alkoholu.

Powiedz - było warto? Żaneta przecież ani piękna, ani nawet...

- Sypie... Uwaga! - drze japę Korneluk. Od niechcenia odwracam głowę.

Z latającej trzysta pięćdziesiątki szóstki rzeczywiście wypadają trybiki, małe i duże koła zębate. Wszystkie jakby półrealne, przezroczyste.

Skąd w niej tego tyle? Przecież to ilości, kurde, hurtowe! Sypią się na nas całe wagony słonecznej, iluzorycznej blachy, kontenery żelastwa!

Ludzie, urzeczeni i skamieniali, nawet nie próbują się kryć, uciekać. Stoją jak biblijne słupy soli, nasiąkają złomem. Wnika w nich, w nas, blaszysko. Całkowicie niewyczuwalnie wtapia się w ubrania, nieosłoniętą skórę.

Tryby rozpuszczają się, niczym płatki śniegu. Lecą nawet w obficie broczącą krwią ranę świętej już pamięci Jarka. Kilogramy antykół zębatych dosięgają również mordercy. Będący od zaledwie paru godzin na przepustce Artur (a może już definitywnie wypuszczono go na wolkę? Trudno się połapać w jego kłamstwach, co rusz zmienianych wersjach życiorysu) przyjmuje na siebie żelastwo. Nie broni się, choć taki niby cwaniak, samczysko alfa.

Rozchodzimy się z dziwnym chrzęstem wewnątrz. W okolicach serc. Porszawka wraca, gdzie jej miejsce - pomiędzy chmury.

Nikt nie śmie się odezwać. Jesteśmy przygnieceni nierealnymi obrazami, skonsternowani. Bo i o czym tu gadać, gdy właśnie przeżyło się surrealistyczny sen na jawie? Próbować o tłumaczyć, brać na logikę, albo silić się na tworzenie karkołomnych hipotez?

Wolne żarty! Ona to cud, rzecz z definicji - ponadnaturalna i już. Wszelkie słowa, bez względu na to, jak bardzo wzniosłe usiłowałyby być, są kompletnie zbędne.

Stało się. Amen. Przyjmijmy to na klatę. Z czymkolwiek mieliśmy do czynienia.

Czuję, jak blaszany okruch światła wrzyna mi się w płuca. W ustach - smar. Ohyda.

VI

Ociężały ledwie doczłapuję do domu. Matka stoi w drzwiach izdebki. Są otwarte na oścież! Drugi raz, odkąd pamiętam!

- Co ty wyprawiasz? - wbiegam do maleńkiego pomieszczenia. Prawie się nie zmieniło od czasów, gdy we wczesnym dzieciństwie widziałem je po raz pierwszy.

Te same żółto - białe ściany i sufit, ten sam taborecik. Ale nie pusty! Sen się sprawdza! Głos mamroczący mi pół nocy do ucha miał rację. Na przeklętym meblu siedzi miś. Równie staryzny, jak wszystko wokół. Dziecięca zabawka zamiast szklanych oczek ma kółka zębate.

- A, nic. Weszłam zobaczyć, czy tu wszystko w porządku - mówi matka bezbarwnym głosem. Jej twarz jak zawsze nie wyraża żadnych emocji. No, może poza kamiennym chłodem.

- Skąd on się tu wziął? Sama posadziłaś?- pytam wskazując na nieproszonego gościa.

- Nie. Był tu od dawna. Stary śmieć. Bawiłam się nim w dzieciństwie. Pamiątka. Niech będzie, chociaż nie jestem sentymentalna... Przywołuje tyle wspomnień. Zobacz, synku - czas ucieka - wieczność czeka. Będziesz teraz sprzątał po raz ostatni. Potem - wykończysz. Teraz wszystko już nasze. Znaczy - twoje. Mnie już nic nie trzeba. Zostanę tu. Dwa pokoiki wystarczą. Gości przecież sprowadzać nie będę, ani urządzać imprez...

- Co ty gadasz? Upiłaś się?

- Nie. Tak tylko. Smutek - nie. Raczej nostalgia. Trudno się cieszyć w takiej chwili. Co gadają na wsi?

- O czym?

- Przecież byłeś. Nie udawaj.

- No byłem. I o czym, do diaska, mają gadać? Wzięło i poleciało. Żywe.

Rodzicielka patrzy na mnie z ukosa.

- Nie żartuj. Nie czas i nie miejsce. Plotki pewnie takie, że aż pół sklepu dudni. Jak świat światem - nie było w okolicy podobnej tragedii...

- Możesz, do jasnej cholery, powiedzieć wreszcie, co się stało? Naprawdę nie mam pojęcia. Patrzyłem tylko, jak rozbierają pomnik porsche. Z nikim nie rozmawiałem - łgam, sam nie wiedząc, po co.

Woskowa twarz matki szarzeje.

- Wanda się powiesiła. Tej nocy, w stodole. Jak ciebie nie było, przyleciał Bolek i ten drugi synalek, młodszy...

- Kacper.

- No. I nasadził jobów, że to nasza wina, zagryźliśmy matkę.

- Niemożliwe...

- Gadać to se mogą, jak to nie jej synki. Toż ona dla nich tylko macocha. I to - prawie, bo ze Ździchem żyli na kocią łapę. Mówię ci - teraz wszystko nasze.

- Poczekaj do zakończenia postępowania. Bo możemy się przejechać - suka sporządziła testament i zobaczysz dom - jak świnia gwiazdy.

- Nie kracz. Wszystko jest na dobrej drodze. Wiesz, to chyba grzech cieszyć się z cudzej śmierci. Ale ile ona nam, dziecko, krwi napsuła...

- Wampirzyca energetyczna.

- Ze trzy lata kieliszka w ustach nie miałam. Ale teraz chyba się napiję. Winko malinowe - na spółkę. Co ty na to?

- Dobra - grzebię w kieszeni, by się dorzucić do zakupu.

- To sprawdzone info? Może blefowali, by zrobić cię w konia.

- Widziałam, jak karawan po nią jechał.

- A, to chyba, że tak. Aż się wierzyć nie chce. Wiadomość - jakby człowiek trafił szóstkę w totka.

- No. Milion złotych w prezencie. Albo chociaż z pół.

Trzask zamykanych drzwi. Potem - drugich. Zostaję sam na sam z zabawką. Podchodzę bliżej, kładę jej palce na "oczach". Tryby we mnie wirują coraz szybciej. W uszach słyszę szum przechodzący w metaliczny jazgot. Ujadanie frezarek, giętarek, wrzask kombinatów.

Po raz ostatni jednoczę się z Wszechjaźnią, jest mi dane słyszeć krystalicznie czysty głos Ducha materii nieożywionej. Tyle słów jednocześnie, tak wiele treści zmieszczonej w każdej sekundzie Kontaktu. Wyrazy ze światłą i metalu, pospiekane najdziwaczniej, jak to tylko możliwe. Przekaz - nieskładny, niczym rzeźba wykonana na bazie stuttgardzkiego wozu.

- Rozumiem cię... I dziękuję... - szepczę. Odpowiada chłód. Mój niedoszły, może również przyszły dom, wypełniona śmieciami Betonowa Lodówa... Szept, coraz wyraźniejszy. Zębatki, jakimi jestem wypełniony, gną się. Czuję trociny w żyłach.

Ktoś, wielki i wszechwiedzący, groźny i zarazem kochany, podchodzi od tyłu. Gładzi mnie po włosach.

- Odpocznij, misiu. - mówi nie poruszając wargami.

Słaniam się na nogach. Ze zmęczenia, choć dziś nie zrobiłem dosłownie nic.

Siadam na taborecie. Klątwa dawno minęła. Gdzież bezpieczniej, niż we własnym domu?

Po raz pierwszy od dłuższego czasu mam ochotę zapalić papierosa. Ale czuję, że w całym kraju panuje deficyt ognia. Skończyły się rezerwy magazynowe.

Może to i lepiej? Umrę z czystszymi płucami.

- Mów, nie przestawaj... - proszę Wszechjaźń. Przez moment jestem jasnowidzem: wiem, że w sąsiedniej gminie na pole spadło z nieba porsche. Cyrk za darmo.

Właśnie poprawiają pomnik Kulaczaka, trwa skuwanie mu twarzy. Obecna - za mało przypomina światłe oblicze zasłużonego dla regionu nieboszczyka.

Mam ochotę rzucić się w sine wody Biełudy. Wyleźć na powierzchnie za trzydzieści, albo więcej lat. Bóg mi świadkiem - jak tylko uda się skończyć budowę domu - zrobię to.

Pełen świetlnej blachy - szybko pójdę na dno. Jezioro to Czyściec pełen wód z Lete.

Leżącemu na moich kolanach misiowi wykręcają się łapki. Klątwa o słabym natężeniu. Wszystkie rzeczy świata postanowiły zamilknąć.

Czuję, jakby mój umysł zamknięto w wieży milczenia. Śmieję się do kremowych ścian. Absorbują dźwięk.

Jeśli wypowiem teraz swoje imię - zniknę. Zrobić to? Zamykam oczy. Mówię głośno i stanowczo "sprawdzam!".

Rozumiem pismo węzełkowe, pętlę, na której zawisła Jackowska. Sam po części jestem sznurem.

Florian Gordyjski - myśl nie do rozplątania.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz tydzień temu
    Najciekawszy jest intelekt materii. Łasi się jak pies, ale moc swoją ma.
    Trudne w odbiorze opko, niewykluczone że na odbiór wpłynęło pikujące ciśnienie i deszcz. Czuję się, jakby każdy przedmiot był hipokrytą, zaraz każdy w pobliżu wybuchnie, wejdzie we mnie i wyssie wszystkie myśli:)
  • Florian Konrad tydzień temu
    Jejuśku, dziękuję. Wiesz, jak codziennie czekam na komentarze? Nie tylko Twoje, choć dziekuję, że jesteś wierną Czytelniczką. Na jakiś odbiór, głos Czytelników. jak to widzą, jak odczuwają, co spartoliłem, co było cacy... Sam TERAZ słabo komentuję, bo rzadko bywam w necie, cóż - nowa książka się pisze :)))))
  • Florian Konrad tydzień temu
    u mnie też pogoda barowa, smętnica i deszczowo

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania