Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Hipergrafia

Czym jest Florian de Nath?

Czasami odnoszę wrażenie, że składam się z bólu i przypraw korzennych, z czerwi i psującego się mięsa.

Personalitas anxifera, osobowość unikająca. Skrajna nieśmiałość.

Szachownica: czarne pola to narkotyki, białe oznaczają kredę. Obrys człowieka na chodniku. Patrzcie- tu leżał.

Judeosatanistyczny rytuał. Zapalam menorę, sześćset sześćdziesiąt pięć świec. I diabłu ogarek. Kornelia- prócz mnie- jedyna wyznawczyni.

Miałem zły sen.

Wyobraźcie sobie łąkę, mleczną, porośniętą napuchniętymi kwiatami. Z każdego cieknie mdły nektar. Maskuje odór, tego, co pod ziemią.

Prosektorium. Nocne zajęcia z tanatopraksji, tanatokosmetyki i nekrofilii.

Mali chłopcy pudrują zmarłych, wstrzykują sól w żyły, starsi zabawiają się z nieżywymi kobietami.

Podziwiają nagą i bezbronną, sztywną Ajzis, fartuszek hotentocki, trzydziestocentymetrową łechtaczkę. Wkładają palce w rude włosy łonowe. Dotykają koniuszkiem języka pokrytych siarką, sztywnych sutków.

Zabalsamowani starcy patrzą z pogardą spod mętnych powiek, niemowlęta powoli rozkładają się na kamiennych stołach. Kryształki lodu na skrzydełkach much, kłębki pary. Żółte, obojętne kobiety, tryskające nasienie dwunastolatków.

Na dolnym poziomie znajduje się wielka zamrażara, gdzie spoczywają zapomniane padliny bezdomnych. Wybebeszeni, bez serc, mózgów, szkieletów ludy.

Ja pier**lę, co za kiczowaty horrorek. Okropność.

Prawie rozbudzony ocieram pot z czoła. Gorąco jak w piekarniku. Skrzydła na suficie. Poświata, niczym ćmy. Ktoś przybił do ściany dawno obżarty z mięsa księżyc. Prześcieradło parzy. To jest, ku*wa, smażalnia, nie łóżko.

Ciężki oddech Kornelii. Gipsowy odlew jej żeber, piersi, bioder.

Obok mnie leży naturalnych rozmiarów Wenus z Willendorfu. Przytulam się do tej pustej, spoconej skorupy. Jeszcze czuję dreszcz odrazy. Do własnego łba, mózgu- pulpeta rażonego prądem. Po co lęgną się we mnie takie kretyńskie obrazki? Żeby choć raz przyśniło się coś ładnego...

Jest tak parno, że nie mam nawet wzwodu porannego. Organizm się rozstraja.

Nie jadłem od ponad trzech dni.

Jeszcze trochę, a zacznę ziać płomykami.

Na nogach jak z waty podchodzę do krzesła, zdejmuję koszulę. Każda rzecz w tym przeklętym pokoju jest zmieniona meteoryt, lub lawę, syczy i dymi, wypuszcza jadowite wyziewy.Owijam dłoń skarpetami, naciskam klamkę.

W twarz bucha jeszcze większe gorąco. Na korytarzu pomarszczyły się tapety. Mdli mnie. Królestwo za szklankę wody! Cesarstwo za kostkę lodu!

Myszy pewnie wyrzygują pogryzione strzępy gazet.

Zapinam spodnie. Stopy dosłownie wpływają w buty. Szambo w pantoflach.Trzeba iść. Jak na ścięcie. To już dzisiaj. Śpij, Kornelko, zdrowiej.

S. pcha wózek z Ajzis.

Ma minę zbitego psa. Żółty, sprany tiszert, plamy potu.

Krótkie spodenki, sieć żylaków.

Znów mam napad mizantropii. Nienawidzę ludzi. Silę się na uśmiech.

-Dzień dobry. Ze spieczonych warg leci mi krew.

-Dzień dobry. Ta pogoda... Znów nalazły trzy na raz. Prawie słychać chichot tych stworzeń... Co tam u pańskiej... Karoliny? Polepszyło się?

-Bez zmian, pani S. Na szczęście nie gorzej. Cześć, Ajzis.

 

Nachylam się. Dziewczyna powoli podnosi oczy. Są olbrzymie. Dwa napełnione gazami szalchetnymi sterowce, zieleń Veronese’a. Smutek.

Skóra jak papier śniadaniowy. Piegi- rdzawe mrówki.

Usta równie popękane, jak moje.

Na koszulce przewrócony statek. Słodkie piersiulki, nie to, co u Kornelii. Patrzę między jej chude nóżki, na wzgórek łonowy.

Pod tymi cholernymi szortami kryje się to, co wyobrażam sobie każdego wieczoru. Legenda. Owoc.

Marzę, odkąd przypadkowo ujrzałem. Matka podmywała biedną Ajzis.

Wtedy jeszcze w przyrodzie występowały ciecze inne niż pot. Teraz to zapomniany stan skupienia.

Wielka ci*a Ajzis. Ci*sko. Róża pośród wulkanów. Język Małego Księcia między płatkami.

 

Stanął mi.

Ciągle głupio uśmiechnięty zastanawiam się, czy gdyby nawet stał się cud i S. pozwoliłaby mi pie*rzyć się z jej córeczką, biedna kaleka czułaby cokolwiek. Szczątkową przyjemność, lub choćby dotyk. Kornelka nie czuje, sprawdzałem.

 

Wideoklip: umięśniony thrashmetalowiec z włosami do pasa przyjeżdża boss hossem. Parkuje na podjeździe. Oczywiście rzecz dzieje się w Stanach Zjednoczonych. Jedynie słuszny kraj na tego typu akcję.

Teledysk reżyseruje Quentin Tarantino.

Życie full HD, wykasować to duszne, uwolnić z telewizora Wisła!

Pierwsza zwrotka,: aj lawju, maj dżindżer law.

Wyważam drzwi twojego więzienia. Siedzisz ze spuszczoną głową na drewnianym wózku inwalidzkim.

Refren: Law ponad cierpieniem!

(Cicho, teraz riffy).

Druga zwrotka: walczę ze smokiem uosabiającym kalectwo. Aj lajk jor dżindżer pjubs- wyję do ciebie odrąbując mu sto szpetnych głów.

Trzecia: jakieś duperele, w każdym razie chodzi w niej o zwycięstwo nad przeciwnościami losu.

Jeb! Rzucam mikrofonem w publikę, basista rozbija mi na głowie gitarę.

W czoło wpijają się porwane struny. Cierniowy wianuszek.

 

-Dobra była dziewczynka. Za co tak skarało?- głos S. trochę sprowadza mnie do parteru.

-Nnnie wiem... Trzeba mieć nadzieję, nie tracić nadziei.- plotę coś od rzeczy. W myślach ciągle liżę Ajzis.

Rachityczna, nadłamana gałązka z przerośniętą brzoskwinką.

-Będę się modliła za pana. Oby się udało. I za Kingę. Niech wraca do zdrówka.

-Za kog...? A, Kor-nel- ię. W jej imieniu dziękuję.

 

Ajzis nie odrywa ode mnie oczu.

Naprawdę jesteś pusta w środku, w umyśle masz wiatr i talk?

Przez to cholerne przejście stałaś się wydmuszką? Nie ma w tobie nic poza soczystą ci*ą?

Zaciągam się gorącym powietrzem, parząc nozdrza próbuję wyłowić choćby nutkę zapachu. Przebić się przez pot, żar, fetor topiącego się zewsząd plastiku, uchwycić ledwie wyczuwalną woń twojej wilgoci. Rudego meszku.

Zatrzymać głęboko w płucach, by co wieczór odłamywać małą część.

I pożerać, nadużywać afrodyzjaku.

Chcę leżeć przy Kornelce, równie martwej jak ty i umierać z przedawkowania zapachem, ciałem stałym. Odłamkiem ciała. A gdy się skończy, będzie źle.

 

Dramat psychologiczny na motywach Lolity: efebofil w średnim wieku z miłości do ciężko chorej nastolatki morduje jej matkę.

 

-Lubisz pana Floriana? Ech, żebyś ty mogła mówić... Chyba lubisz. Twierdzę, że ona nas słyszy. Tylko nie może się odezwać.

-....mieć .... nadzieję... Dziś muszę przejść- oznajmiam niespodziewanie. Sam nie wiem, czemu.

-Jezu...Tak szybko...

Przerażona S. żegna się, jakby zobaczyła diabła.

-Będę się za pana modlić, modlić, modlić...- mówi gwałtownie odchodząc.

Uciekła od zadżumionego.

-Proszę trzymać kciuki. Pa, Ajzis.- odpowiadam gorzko.

Oderwała mnie, suka.

Pa, Ajzis, może się kiedyś spotkamy i nie będę warzywem.

 

Judeosatanistyczny rytuał: językiem narysuję pentagram na twoim podbrzuszu.

Zwłokami mamuśki zajmą się dwunastolatkowie ze snu.

 

***

Na dworze biel. Ale to nie zima, przeciwnie. Zderzyły się trzy- cztery. Odkąd zaczęły nałazić jedno na drugie, nie ma życia. Powolne wymieranie z pragnienia. Dwa na raz jeszcze można wytrzymać, po prostu jest gorąco. Powyżej już nie. Kiedyś chyba było pięć jednocześnie. Apokalipsa. Wędzenie. Zaglądają do nas stwory. Trujące oczy, żar. Wszystko się topi, zwęgla, zmienia w gaz. Cywilizacja w ognisku.

Na ostatniej krze świata dryfuje zdechły niedźwiedź polarny. Reszta jest piaskiem. Reszta jest skwierczeniem.

Muszę dojść. O- znowu wybrzuszyło się. Sunę teraz po krawędzi. Ulica jest cienka jak włos. Przynajmniej upał zelżał.

Zza węgła szarpią, kaleczą rzeczywistość, skurwysyny. Sterują światem z tylnego siedzenia. Szare eminencje, szarlatani grający role bogów.

Odskakuję, mija mnie rój prostokątów. Wydarło z miasta, pewnie z ludźmi. We własnym domu nie można czuć się bezpiecznie.

Aaaa.... Mało nie pierdolnąłem w przepaść. Ser szwajcarski na rozgrzanej kuchennej płycie. Muszę uważać na każdym kroku.

Nie bardzo wiem, gdzie jestem. To chyba dawna ulica Armalnowicka. Poznaję wrak barkasa. Stał od kilku lat przy jednej ruderze.

Znak rozpoznawczy, noclegownia dla lokalnego menelstwa.

Ciężko się poruszać wewnątrz kalejdoskopu. Ciągle tracę orientację. Od tego ciągłego migotania, wirowania robi mi się niedobrze.

Zginam się wpół. Pusty żołądek, nie mam czym wymiotować.

I wtedy odcięło zasilanie. Dostałem jakiegoś ataku? Padaczka? Chyba nie. Po prostu i ja zacząłem wirować.

W głowie, w trzewiach- karuzela. Rzucało mną. Drgawki, światło z ust. Przed oczami kolorowy tłuszcz, gęsta farba.

Jakaś para podnosi mnie z chodnika. Drę mordę, że muszę przejść. Teraz. Natychmiast. Oni, że taki chuj. Że muszę oprzytomnieć. Najlepiej zawrócić do domciu. Bamboszki, proszeczek od bólu główki i czekać, aż słoneczka się schowają za chmurką. Spierdalajcie!

Wyrywam się i biegnę. Chłód, rozprzężenie, teraz są najwyżej dwa na raz. Gubię się w tłumie. Wrzask widziadeł cichnie.

Ludzie wyłażą z nor, wystawiają głowy z okien. Każdy skwaszony. Patrzcie- idzie skazaniec.

Przypominają się patriotyczne pieśni za szkolnych akademii, dziewiętnastowieczne wiersze czytane na polskim.

Nie wyrzeczem ,,żegnaj", choć, kurwa, na bój wielki zmierzasz.

Łzy otrzem i zanosząc modły do Mateńki Przenajświętszej wypatrywać cię będziem.

Od unoszącego się w powietrzu patosu i poczucia beznadziei znów chce mi się haftować. Co mi po waszej litości? Napchajcie nią bebechy, wsadźcie sobie w dupy. Flor w celi śmierci masturbuje się myśląc o Ajzis.

Wiecie, jak wygląda ta cała... Ups, omal nie powiedziałem jej nazwy. Nie można, tabu. Jeszcze raz. Wiecie, jak wygląda To-Przez-Co Się-Przechodzi? Nie, durno trochę. Umownie nazwijmy ją Furtką. Panuje zmowa milczenia, nikt nigdy nie wygadał się, czym to jest, choćby w przybliżeniu, więc w błogiej nieświadomości wyobrażałem sobie wielki posąg. Kogo? A, kurde, choćby i samego Lucyfera. Wielki to złe słowo- olbrzymi. Monumentalny monument, przy którym Kolos Rodyjski to kurdupel. Siedzący na tronie rogaty brodacz w okularach. Takich staromodnych, najlepiej binoklach. Ludzie wspinają się po płaszczu, włażą przez otwarte usta do środka gigantycznego diabła z marmuru.

Szachownica: białe pola to skóra Ajzis, czarne oznaczają kałużę. Zanurzam się w błocie. Pierdolona Furtka tak naprawdę jest obrzydliwą, cuchnącą sadzawką. Zero uroku, magii, majestatyczności. Gnojówka. Szlamem gaszę rozpalone ciało.

,,Zeszło się pięć na raz. Szyby się prawie topiły. Mała S się ugotowała. Na śmierć. Matka- kretynka zostawiła ją na dworze bez opieki.

A przecież ona ani ręką, ani nogą... "

Wróciłem do mieszkania. Kornelia już nie jest umierająca. Schudła.

Teledysk R.E.M: Dat łoz dżast e drim, dżast e drim.

W kałuży pada śnieg, zamarznięty nektar. Na dnie chłopcy zaszywają mdłe kwiaty w ustach kobiet.

Moja mała, rudowłosa sąsiadka zsuwa szorty, pokazuje mi tatuaż na wzgórku. Napis ,,Boss Hoss".

Jestem w słoiku, zalany nieprzejrzystą formaliną. Stwory obserwują z zaciekawieniem.

Widzą wszystko, choć mieszkają w drugim, trzecim, czwartym, choroba wie ile jest tych, tych... Cicho.

Po cholera wie jak długim kiszeniu się w bagnie wydostaję się na brzeg. Dać klapsa, bym zaczął samodzielnie oddychać. Przetnijcie sznurek, na którym dynda gorąco, miecz Damoklesa. Spalmy się patrząc, jak zderza się piętnaście, trzysta na raz. Nie mam odwagi, by popełnić samobójstwo. Chyba powinienem. Przejście, a niech je chu... Przez nie moja narzeczona jest nieuleczalnie chora, zmieniła się w spocone zwłoki. Mnie pewnie też to czeka, w najlepszym razie skończę jak Ajzis, w stanie prawie- wegetatywnym.

Czuję, jak skóra blednie. Rozdymam się. Wzrok gapiów, jak ugryzienia wściekłego psa.

Na każdym rogu neon: UWAGA NA LATAJĄCE FRAGMENTY.

Świat znów się rozwarstwia, tylko dużo wolniej, niż rano.

Z beczkowozu rozdają darmową wodę. Skąd oni ją, kurwa, wzięli? Przecież żyjemy w rozgrzanym żelazku!

Przechodnie rozstępują się widząc, jaki jestem napuchnięty. Flor- Bibendum. Facet rzuca mi butelkę po mirindzie. Płuczę usta, piję.

Nie najgorzej.

***

Dwie staruchy stoją na korytarzu. Prawie po kostki w płachtach tapet. Papier staje się artefaktem, reliktem dawnej epoki, podobnie, jak woda. Niedługo trzech ostatnich ludzi otworzy muzeum, eksponatami będą: nadpalona gazetka promocyjna z Lidla i kropla Nałęczowianki.

Relikwie przechowywane w ruinach Międzynarodowego Biura Miar i Wag w Sèvres.

... dawno już jej trzeba było... żeby choć słowo powiedziała, zajęłabym się córką... mój Boże...

-...dobry. Co się stało?

-Jezu, panie...

Harpie uciekają do swoich jaskiń. Przez chwilę zapomniałem, jak wyglądam.

Na oścież otwarte drzwi do... do niej.

Wszystkiego się domyślam. S. bała się, że przejścia. I zdechła. Dobrze jej tak.

Wchodzę pomału. Musieli zabrać zwłoki, mimo wszystko czuć lekki fetor. Wszystko szybciej się rozkłada.

Zaciągnięte zasłony, półmrok. Wózek inwalidzki odwrócony w stronę martwego okna. Nieruchoma postać. Rude włosy.

Wtaczam się wręcz, kołyszę.

-Ajzis...- szepczę łagodnie, jakbym chciał ją obłaskawić. Bądź grzeczna, a zboczony sąsiad da ci cukierek.

-Twoja mama... wiesz... poszła do nieba. Na zawsze. Byłem bardzo daleko, w złym miejscu. Ale zobacz- wróciłem.

Zieleń Veronese’a. Ponury odcień. Ajzis siedzi jak zahipnotyzowana. Manekin. Rzeźba. Niedokończone dzieło sztuki.

Przez głowę przelatują mi miłosne sentencje, opowiadania erotyczne i teksty z pornoli. Romeo, Orfeusz i Kornelia. Podwójna penetracja.

-Wszystko będzie.... dobrze... zaopiekuję się...- sapię wsadzając małej dłoń pod bluzeczkę. Łamie się kadłub przewróconego statku.

Całuję w szyję, w policzki. Oczywiście mam wzwód. Dobrze, że ona chyba nie widzi. Pewnie wyglądam jak spuchnięty, napalony guziec.

Bydlę gwałcące katatoniczkę.

Plama w kroku Ajzis.

- Nikt cię, kuźwa, przez cały dzień nie przebrał. Babsztyle zgrywają świętoszki, a mają to w... No nic.

Trzeba cię umyć. Jesteś kobietką, wiesz? Już nie żadnym dzieckiem. Moją zielonooką, kochaną kobietką.

Mam coraz wyższą gorączkę. Podnoszę Ajzis. Jest lekka jak piórko. Nastoletnia, anorektyczna modelka. Ile może mieć lat?

Czternaście, góra szesnaście.

Niosę ją do kuchni i kładę na stole. Przetrząsam szafki w całym mieszkaniu. Pieluchomajtki, gąbka.

Płyn do naczyń- jedyna ciekła rzecz, jaką znalazłem.

Zdejmuję zasikane i zakrwawione spodenki, majtki dziewczyny. Rozchylam kościste nogi.

Od jak dawna nie chodzi?

Trochę płynu, przetrzeć...

Na widok wynaturzonego ciała Ajzis dostaję pierdolca. Zajoba. Pękają wszelkie bariery.

Liżę jej przerośniętą cipę. W zasadzie to nie pierwszyzna. Robiłem to wcześniej, ze sto razy. W wyobraźni.

Woń krwi menstruacyjnej, moczu i ,,Ludwika". Zżeram niezliczoną ilość smaków. Suną po obrzmiałym języku, napełniają mnie.

Judeosatanistyczny rytuał: jestem diabłem z marmuru. Wdrapujesz się po płaszczu, wpełzasz przez usta i zanurzasz się w obrzydliwej cieczy. Odzyskujesz mowę.

Głowa mi ciąży, niemal usypiam na podbrzuszu małej. Wtedy- za oknem- rozbłysk. Niespodziewanie. Musiało się zderzyć z sześć.

Wrzask, gardłowy charkot Ajzis. Bielma. Piana z nozdrzy, konwulsje.

Odskakuję jak oparzony. Budynek znów jest piekarnikiem. Gorączka łączy się ze skwarem z ulicy.

Boże, jak nią rzuca... Próbuję przytrzymać, obezwładnić, ale jestem osłabiony. Ciastolina, budyń, gnilne rozdęcie Florka.

Chyba coś poszło nie tak i niedługo stracę przytomność. Kornelia... nawet nie sprawdziłem, co u niej.

Chichot stworów zza węgła, krzyk dziewczyny obudzonej po milionie lat hibernacji, morze światła...

Za dużo tego, za dużo. Deewolucja, wracam do kałuży.

Wycie Ajzis sprowadza sztorm. Statek Hendrika Van der Deckena przepływa obok mnie. Na dziobie galion- rudowłosa syrena.

Wieki temu zły kapitan kazał wypalić jej oczy.

Porwane żagle z brunatnymi napisami : Dat is dżast e drim. UWAGA NA DRYFUJĄCE FRAGMENTY. Dżast e drim.

Na kamiennym stole leży ciężko chora Kornelia. Przejście się nie udało. Otacza ją grupka młodych chłopców w białych fartuchach.

Trzymają w dłoniach szklaną kulę. Patrzą z zainteresowaniem. Ciągle któryś wybucha śmiechem.

W każdej kuli jest lampa. Żarówka kwoka. Bawcie się, gówniarze, pokrętłami. Jaśniej, coraz jaśniej! Spalcie żyjących tam ludzi! To takie, kurwa, zabawne, mali sadyści. Trzy rozgrzane słońca, cztery, pięć! Niech zjarają się wszyscy! Czarne pola oznaczają zwęglone ciało, białe to kości zmarłych z pragnienia ludzi.

Judeosatanistyczny rytuał: stopiło się sześćset sześćdziesiąt pięć świec. Pluję błotem, by zgasić ostatnią.

Starą S. zabił ją atak padaczki. Staruchy przejechał barkasem szalony rockers. Za dysmorfofilię groziło mu łamanie kołem boss hossa. Wypływam na powierzchnię.

Obudziłem się, znaczy- nie zżarło umysłu.

Moje mieszkanie. Leżę w kącie, przykładam twarz do chłodnej ściany. Opuchlizna prawie zeszła. Mam lekką gorączkę. Cholerne osłabienie.

Próbuję wstać. Zamieram.

Ajzis stoi przy łóżku. W samej koszulce. Po nodze spływa strumyczek krwi.

Wielkie zielone oczy z zaciekawieniem obserwują wicie się, lot. Larwy, muchy na czerniejącej twarzy Kornelii. Zaawansowane stadium rozkładu.

Aż mnie odrzuciło. Ciarki.

Banda dwunastolatków brzydzi się gnijącego trupa. Niech kto inny pokroi. Wychodzą przez niedomkniętą Furtkę.

Dźwigam się jakoś do pionu. Nogi mam jak z waty.

-Chodź, Ajzis. Nie patrz, to jest ,,be". Zjemy coś, jeśli będę w stanie, przyniosę coś do picia. Wiesz, rozdawali...

Osuwam się na podłogę.

...zbijemy wszystkie złe żarówki. Z kałuży weźmiemy po garści błota i rzucimy w niedobre słońca...- mruczę czołgając się.

Przykładam usta do uda małej.

-Masz światło pod skórą. Chłodne, kojące światełko. Piękne, wypełnione prądem, miedziane włoski.

Całuję pachwiny, zakrwawioną cipkę.

Spłonęły podziały. Nie ma już parafilii, ohydy, zdrowia psychicznego. Nic nie jest piękne, ani obrzydliwe. Mogę kochać się z Ajzis opędzając się od much, które obłażą zwłoki Kornelii.

Wideoklip: Ruda dziewczyna leży na szachownicy. Poraniona gorącym szkłem. Białe pola oznaczają myśl, czarne to demencja.

Thrashmetalowiec z nieodłącznym papierosem w gębie podnosi swą wybrankę, zabiera do barkasa. Odjeżdżają w siną dal.

Gaśnie ogarek. Marmurowy posąg diabła rozsypuje się w proch.

Zderzają się wszystkie.

Szach mat- pierwsze słowa wypowiedziane od ponad roku przez Ajzis.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania