John Payne-Rozdział 14

Ciało dziewczyny leżało tuż obok ratusza z blond włosami rozrzuconymi na boki i twarzą wyrażającą rozpacz, spoglądała pustym wzrokiem w zachmurzone niebo. Kucnąłem, by przyjrzeć się bliżej, cały lewy bok zabarwiony był ciemnymi plamami, co na jasnym płaszczu widoczne było z daleka, odchyliłem delikatnie kosmyk włosów. Czerwone pręgi na szyi imitowały paskudny śmiertelny wisior. Coś jednak nie pasowało, a przynajmniej tak twierdził mój instynkt. Zwróciłem się do jednego z nieznanych mi policjantów.

– Znaleźliście kogoś jeszcze? – Funkcjonariusz podszedł bliżej i trzęsąc się z zimna, odpowiedział drżącym głosem.

– Niedaleko miejsca zbrodni znajdował się nieprzytomny posterunkowy McDonald, kurczowo ściskał jeszcze dymiący służbowy Smith&Wesson. Uprzedzę twoje pytanie detektywie, lekarz badający naszego młodego kolegę stwierdził, że w zdarzeniu uczestniczyła osoba trzecia.

– Skąd taki wniosek? Czyżby doktorek miał jakieś doświadczenie kryminalne? – Moja odpowiedź wyszła zjadliwiej, niż chciałem.

– Nic z tych rzeczy, po prostu McDonald miał na ciele liczne ślady pobicia, dodatkowo zeznał, że widział napastnika. – Pierwszy błąd mordercy? Zawsze zaskakiwał ofiary, a teraz nie udało mu się. Spokojnie Payne, studź entuzjazm, w twojej pracy nigdy nie jest aż tak prosto. Zdusiwszy swoje nadmiernie optymistyczne nastawienie, skierowałem swoje pytanie do będącego na miejscu policjanta.

– Wiesz coś więcej?

– Ofiara pobicia zeznała, że zmierzając do ratusza w służbowej sprawie, w jednej z bocznych alejek usłyszał krzyki. Wyciągnął broń i zachowując ostrożność, poszedł sprawdzić, co się dzieje. Zdążył zobaczyć, jak nie żywa kobieta upada, a morderca chowa coś do kieszeni, chyba garotę, ale nie jest tego pewien. Sprawca nie spodziewał się świadków, bo nie wiedział, co robić dalej. Stali naprzeciwko siebie z sekundę lub dwie, po czym osobnik w jasnym płaszczu rzucił się na policjanta. Funkcjonariusz zdążył raz wystrzelić, zanim oprawca dobiegł do niego. – Czułem, jak wzrasta mi adrenalina, walczyli na bliski dystans, czyli musiał widzieć twarz seryjnego.

– McDonald musi jak najszybciej zgłosić się do naszego rysownika. – Mój rozmówca skrzywił się, jak dorosły, który musi powiedzieć dziecku, że święty mikołaj nie istnieje.

– Jest mały problem detektywie. – Wiedziałem... Nic nie może być proste w kryminalnej pracy.

– O co chodzi? Urazy spowodowały amnezję?

– Nie. Aż tak źle nie jest. Uliczka jest dosyć ciemna, a McDonald ma niezbyt dobry wzrok. Zresztą koleś, z którym walczył, to jakiś mistrz w walce. Jednym ruchem rozbroił naszego kolegę, następnymi oszołomił, a na koniec pozbawił przytomności. Gdyby jego ofiara nie była potężnym Irlandczykiem, już po pierwszym ciosie ległby nieprzytomny. Na całe szczęście możemy potwierdzić parę szczegółów, wysoki, wysportowany, nie azjata i nie murzyn. – To niezbyt wiele, zważywszy, że opis odpowiada setką, albo i tysiącom nowojorczykom. Nie chcąc wyjść na zgorzkniałego dziada, podziękowałem za informację i zapalając, wyciągniętego z płaszcza papierosa, ruszyłem w stronę auta, zaparkowanego obok prokuratury.

Z drugiej strony cieszyłem się z tego morderstwa, wiem, wiem, jak można się cieszyć z czyjejś tragedii, ale dzięki pracy uniknąłem ciągle dzwoniącego telefonu i miliona wiadomości od matki. Oczywiście to ja byłem winien, że nie chcę spędzić świąt z rodziną, wyrodny syn, mający gdzieś bliskich. Całe szczęście na ojca i siostrę mogę liczyć, są świadomi, jak trudno wybaczyć drugiemu człowiekowi pewne rzeczy, a tym bardziej siedzieć z nim przy jednym stole, nawet magia świąt nie jest w stanie nic zdziałać przeciw takiej ranie. Gdy tak myślałem o moich krewnych siedzących przy jednym stole, wyobraziłem sobie moją cudną Mary uśmiechającą się i przytulającą się do Roya, siedząc w jego objęciach, przy blasku kominka. Z wściekłością odrzuciłem palonego papierosa, co za suka, najpierw przez tyle lat wmawiała mi swoją miłość, szeptała słodkie słówka, a tak naprawdę, gdy jak pracowałem, ona gziła się z moim bratem. Pomimo tego ciągle ją kocham, co za idiota ze mnie. Spojrzałem na drugą ulicę, gdzie neon baru wołał mnie swoim blaskiem. Skoro mam wrócić do pustego domu, to na pewno nie na trzeźwo.

Stanowczym krokiem przekroczyłem próg alkoholowego przybytku, w środku gęsto było od dymu papierosowego, a przy stolikach głośno rozmawiały grupki mężczyzn w płaszczach i kapeluszach, widocznie nie tylko ja spędzam tak święta. Przecisnąłem się do barmana, w międzyczasie z radia leciał śpiewny głos jakiegoś spikera, oznajmujący wiadome rzeczy. Położyłem na ladę dwa zielone banknoty i zamówiłem coś mocniejszego, minutę później przede mną stała szklanka z przezroczystym płynem, nie zastanawiałem się, co to może być, tylko od razu opróżniłem do dna. Ostre palenie rozeszło się po moim przełyku, mocny towar, ale tego mi trzeba. Zrobiłem potrójne powtórzenie, a obraz przed moimi oczyma zaczął się rozmazywać, a wszelkie kształty tańczyły, jak na wiejskiej potańcówce.

Wydawało mi się, że barman trzyma czarną słuchawkę i gdzieś dzwoni, ale przy kolejnej szklance zobojętniałem na otoczenie, zacząłem nawet coś bełkotać, ale prędzej kosmici, by to zrozumieli. Półgodziny później, gdy przepiłem połowę statystycznej wypłaty, ktoś poklepał mnie po ramieniu. Pomyślałem, że czeka mnie bitka, trochę mi to nie pasowało, zważywszy na pistolet dyndający w kaburze pod płaszczem, niestety alkohol ma to do siebie, że niszczy rozsądek, dlatego obróciłem się z bojowym nastrojem w stronę intruza, gotów do rozróby. I wtedy stało się coś dziwnego, mój zapijaczony mózg ujrzał dwie damskie postacie, przypominające moją siostrę Eli i panią komendant Lambert, nie wiedząc, czy to widmo, czy jawa czekałem na rozwój wypadków, kołysząc się na barowym krześle.

– Dzięki Jack za poinformowanie mnie. – Głos brzmiał jak Jess.

– Nie ma sprawy szefowo, gdyby nie pani grafik, nie mógłbym mieć drugiej pracy, no i szkoda mi detektywa. Jest, jaki jest, ale to dobry chłop. – Podeszła do mnie druga kobieca postać, delikatnie ujęła pod ramię.

– Choć bracie czas na ciebie.

– Eli? Ty też pijesz w barze? Nie ładnie, siostrzyczko, oj nie ładnie. – Słowa same układały się w mojej głowie, tworząc dziwne wyrażenia.

– Co ty gadasz Johnny? Przyjechałyśmy z Jess po ciebie. – Właśnie w tej chwili dołączyła pani komendant i obie uchwyciwszy mnie pod ramię, wytaszczyły mnie na zewnątrz. Może wyglądają niepozornie, ale siły to one mają, a niby słaba płeć.

– Już dawno się tak nie spiłeś Payne, a wystarczyło zaprosić mnie na wigilię, zamiast siedzieć i pić w barze.

– A dlaczego pani komendant chciałaby spędzić ze mną ten wspaaaaniały czas? – Lambert popatrzyła na mnie, a potem wraz z Eli westchnęły ciężko.

– Widzisz kochana, że z mojego brata to niezły tuman, przepraszam za niego. – Teraz to ja spojrzałem ze zdziwienia na swoje towarzyszki, nie wiedząc, o czym one mówią.

– Przyzwyczaiłam się, Mary tak wykończyła jego serce, że nie widzi nikogo innego, jednak ja cieszę się z samej jego obecności.

– Dureń ma więcej szczęścia niż myśli.

– A ty nie na wigilii? – Z trudem wrzuciły mnie na tylną kanapę samochodu.

– Przy stole jest taka atmosfera... Tylko matka, Roy i Mary cieszą się z kolacji, ojciec jest markotny i zrzędliwy, nawet nie złożył nikomu życzeń. To on kazał mi jechać po brata i z nim zostać, bo inaczej zrobi coś głupiego. No i zrobił, tyle że bez zgubnych konsekwencji.

– Wychodzi na to, że będziemy robić za niańkę dla dużego dziecka. – Z głośnym zamknięciem drzwi, usadowiły się z przodu.

– Co zrobić, dla kochanego człowieka warto się poświecił, nawet jeśli tego nie docenia.

– Święta racja. Tylko nie wiem, z czego zrobimy kolacje...

– O to się nie martw, zakupy zrobiłam wcześniej. – Nie usłyszałem dalszej rozmowy, tylko odczułem lekkie odepchniecie, świadczące o ruszeniu pojazdu, po czym ciężkie powieki zamknęły me oczy.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania