Jutro możesz zniknąć - prolog

Wieś pod Moskwą, 17 stycznia 1913 roku

 

- Ściśle trzymać się zaleceń dawkowania. Nie rzadziej i nie częściej, nie mniej i nie więcej, a dokładnie tyle, ile zapisano - po niewielkiej izbie rozniósł się spokojny głos lekarza. - Jeśli pacjent otrzyma za mało, nic to mu nie pomoże. Jeśli zaś przesadzi pan z ilością, może to ojcu zaszkodzić.

 

- Jak najbardziej wszystkiego dopilnuje, panie doktorze. Nie po to przypłynąłem do niego zza oceanu, by dać mu teraz zejść z tego świata - zapewnił nieco mniej spokojnie Sergio. Chory patrzył pełnym nadziei wzrokiem na uczonego, który miał go wyrwać z objęć śmierci. Wymamrotał coś niewyraźnie w gorączce, na co tamten jedynie uśmiechnął się, chcąc mu dodać otuchy i odpowiedział, że lekarstwa na pewno przyniosą mu ulgę i szybki powrót do zdrowia. Najwyraźniej to uspokoiło leżącego. Zamknął oczy i podjął próbę zaśnięcia, która była jednak co chwilę przerywana gwałtownymi atakami kaszlu.

 

Lekarz odszedł od łóżka i skierował się w stronę głównego pomieszczenia. Za nim podążył i Sergio. Wyprzedził doktora w ciasnym korytarzu, zdjął z wieszaka gruby zimowy płaszcz i podał mu go.

 

- Powiada pan, że przypłynął zza oceanu by zająć się ojcem? Pewnie ze Stanów, z kraju takiego dobrobytu.

 

- Nie do końca. Z Meksyku.

 

- Na nic się zda pańska fatyga, z całym szacunkiem - rzucił nagle pełnym powątpiewania głosem te słowa, jednocześnie zarzucając również okrycie na swoje ramiona.

 

- Zechce mi pan wyjaśnić, o czym mówi?

 

Lekarz zamilkł na dłuższą chwilę. W zupełnej ciszy zapinał nieśpiesznie guziki, wzrokiem wędrował gdzieś po podłodze aż w końcu wlepił go w dwudziestopięcioletniego mężczyznę.

 

- Wyzdrowienie tego człowieka to marzenie ściętej głowy. To nie żadne przeziębienie. Na pana miejscu rezerwowałbym już bilet powrotny.

 

- Przecież zapisał mu pan lekarstwa i powiedział, że z tego wyjdzie.

 

- To zwykłe placebo. Nie spodziewajcie się magii. Proszę go jednak utrzymywać w przekonaniu, że to silny środek, który postawi go na nogi. Może jednak zdarzy się cud, kiedy chory będzie dobrej myśli.

 

Sergio zmarszczył brwi, próbując pojąć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Ojciec był dla niego jedyną osobą, która pozostała mu z rodziny. Jego myśli co jakiś czas przerywał atak kaszlu, dochodzącego z drugiej izby.

 

- Sam pan słyszy - odezwał się w końcu starszy mężczyzna i podniósł swoją teczkę. - Radziłbym uważać, może się pan łatwo zarazić.

 

- Proszę dać mu cokolwiek, musi pan go spróbować uratować.

 

- Proponuję panu częste spacery w celu dotlenienia się, nie powinien pan zbyt długo przebywać w pokoju chorego. Nie należy korzystać z jego rzeczy osobistych, bakterie przenoszą się jak szalone... Jeśli mogę coś zasugerować to, żeby płynąć jak najszybciej z powrotem do Meksyku. Niech troszczy się pan o siebie, tutaj już nic nie można zrobić.

 

- Na co więc tak straszliwego zapadł? - spytał zrezygnowany młodzieniec.

 

Doktor włożył na posiwiałe włosy kapelusz i spojrzał na niego ze współczuciem.

 

- To gruźlica. Proszę nie ryzykować swojego zdrowia.

 

Po tych słowach lekarz otworzył drzwi i opuścił skromne mieszkanie. Sergio stał przez chwilę w bezruchu ze wzrokiem wbitym w podłogę. W jego głowie ścigało się ze sobą tysiące myśli. W pierwszej chwili bardzo przejęły go informacje o stanie zdrowia jego jedynego żyjącego członka rodziny, w drugiej chwili wszystko zupełnie się zmieniło. Poczuł wyrzuty sumienia, że nie zanosi mu się na szloch, mimo woli nie potrafił uronić ani jednej łzy. Był przybity, ale nie zrozpaczony. Ogarnęło go zupełnie inne uczucie. Ogromna nienawiść do Moskwy, nieopodal której przed kilkunastoma laty wyprowadził się chory, ogromny żal do zmarłej matki, która pozwoliła ojcu odejść i zamieszkać za oceanem, a jednocześnie wielka ulga. Ulga, że już nigdy więcej nie będzie musiał przesyłać mu pieniędzy i go utrzymywać, gdyż sam nie radził sobie finansowo pracując w fabryce, podczas gdy Sergio posiadał pieniądze z nielegalnej działalności w Meksyku. Nareszcie będzie mógł zacząć zarabiać na samego siebie i być może nawet awansować społecznie i stać się bogatym, jego ścieżka czarnej kariery dopiero się bowiem zaczynała.

 

- Ty chciwy durniu! - przeklął na cały głos samego siebie i opadł na kolana. - Gruźlica, cholerna gruźlica a ty nie ryczysz!

 

Z przerażeniem patrzył na swoje odbicie w niewielkim lusterku stojącym na komodzie. Nie miał pojęcia, czy posłuchać rady doktora i w te pędy opuścić Moskwę. Rozsądek podpowiadał mu, by tak właśnie uczynić. Przecież bardziej niż stan zdrowia ojca przejmował go w tym momencie jego własny stan psychiczny.

 

Ciszę ponownie przerwał atak kaszlu. Jeśli wcześniej jakimś cudem mężczyzna zasnął, teraz na pewno już nie spał i słyszał jego krzyk. Zatem już wie. Nie uratuje się go.

 

Sergio poderwał się z ziemi i tracąc równowagę dopadł do drzwi. Chciał uciec. Oszalał. Zmarnował szansę na cud, o którym wspomniał doktor. Na cud, który może się stać tylko wtedy, gdy chory będzie myślał, że z tego wyjdzie. Jak głupim i naiwnym trzeba być, by wierzyć w wyjście z gruźlicy? Po co on tu w ogóle przyjechał?

 

Z drugiej izby słychać było głuchy jęk, który stopniowy przeobrażał się w płacz. Dowiedział się. A więc umrze.

 

Młodzieniec błyskawicznie rzucił się po buty i okrycie, chwycił nierozpakowaną jeszcze torbę ze swoimi rzeczami, po czym natychmiast wybiegł z mieszkania. Mróz od razu zaatakował go z ogromną siłą. Szedł przez wieś przed siebie, nie zważając na to, że nie ma pojęcia, w którą stronę się udaje. Kroczył po sięgających mu do kolan zaspach, a w uszach odbijał mu się płacz ojca, spokojny głos lekarza i jego rady. Było mu gorąco, mimo że temperatura sięgała potężnie poniżej zera, a śnieg sypał mu prosto w oczy. Nie zdawał sobie sprawy, ile tak kroczył. Nie wiedział, dokąd zmierza. W oddali nie mógł dostrzec zupełnie nic przez zawieję. Po godzinie drogi dookoła znajdowała się jedynie wielka biała mgła. Czuł, że płatki śniegu dostały się już wszędzie, osiadły mu nawet na brwiach i rzęsach, tworząc białą warstwę. Miał ochotę wołać o pomoc. Nie zdecydował się jednak jeszcze, czyjej chce pomocy i po co jest mu ona potrzebna. Może chciał wołać po lekarza, by wrócił i sam dokonał cudu, o którym mu przelotnie wspomniał bez wiary. Być może wolał drzeć się co siła w niebo, by właśnie tam go usłyszał Bóg i mu pomógł. Zupełnie straciwszy siły, osunął się bezwiednie w zaspę jak marionetka i spojrzał tępo przed siebie. Ostatecznie przeniósł wzrok na niebo. Wysunął twarz spod ciepłego kaptura i zadrżał z zimna.

 

- Nie ma Boga! - chciał krzyknąć, ale słowa uwięzły mu w gardle. - Nie ma! - wydarł się w końcu. - Gdzie jesteś, kiedy cię wołam?! Nie odpowiadasz mi, nie pomagasz, więc cię nie ma! Jesteś przeklęty! Gruźlica jest przeklęta! Rosja i Moskwa są przeklęte! Ten dureń, niby doktor i mój ojciec nieporadny też są przeklęci! I ja jestem przeklęty najbardziej z tego wszystkiego!

 

Nawet tak silne emocje nie zdołały jednak uchronić Meksykanina przed bezwzględną rosyjską zimą. Wstał i korzystając z resztek sił ruszył przed siebie, by nie zamarznąć. Ślady za nim zostały błyskawicznie zasypane. Zapadał zmrok, a na horyzoncie nie pojawiało się nic. Kiedy miał więcej samozaparcia, szedł na własnych nogach, w innym przypadku próbował się czołgać w śniegu. Wyszedł z mieszkania ojca i nie pojawił się w nim już nigdy więcej. Po kolejnej godzinie doszedł do stacji. Zaopatrzył się w bilet do samej Moskwy i ruszył z dobytkiem swojego życia - całą jedną torbą. Nie miał pojęcia, że niebawem czeka go znacznie dłuższa tułaczka przez zaspy śnieżne gdzieś daleko na wschodzie. 

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Aisak pół roku temu
    O, to może być ciekawe.
    Muszę przeczytać.
  • Aisak pół roku temu
    Przeczytałam.
    Mam wątpliwość, co jednego zwrotu, a mianowicie Meksykanina.
    1913 rok Rosja i Meksykanin?

    Ciekawa jestem, co będzie dalej.
  • MyśliNieposkładane 5 miesięcy temu
    Fabuła wszystko wyjaśni.
  • Karawan 5 miesięcy temu
    Trzeba czasem czytać historię aby nie mieć wątpliwości. Czasem myśleć miast wymyślać ;)
  • Karawan 5 miesięcy temu
    Karawan To do Aisak. :)
  • Aisak 5 miesięcy temu
    Karawan, wybacz, ale stoję kilka levelów niżej od ciebie na tej drabince. Mogę? Mogę.
    I mogę dopytywać.
    Dostajesz lanie. O.
  • Aisak 5 miesięcy temu
    Już zapomniałam o tym opowiadaniu :/
    Czemu tak długo się pisze?
    Autor nie weny? :(
  • MyśliNieposkładane 5 miesięcy temu
    Pierwszy rozdział już wleciał ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania