Poprzednie częściJutro możesz zniknąć - prolog  

Jutro możesz zniknąć - Rozdział 1

Na ławce jednego z moskiewskich skwerów w mroźne styczniowe popołudnie zasiadł pewien osobliwy mężczyzna. Przypatrywał się przez chwilę bystrymi zielonymi oczyma przechodniom odzianym w grube futra. Ci dziwili się, że nie rozgrzewa się w marszu, gdyż miał na sobie jedynie elegancki ciemny płaszcz. Wszystko było tak naprawdę nadzwyczaj eleganckie w tym trzydziestoletnim cudzoziemcu.

Wśród mieszkańców rosyjskiej stolicy bez celu włóczył się nie pasujący tu zupełnie Meksykanin. Targał ze sobą torbę wypełnioną jego całym dobytkiem. Nie wiedząc, co ze sobą począć w nieznanym miejscu, zasiadł obok niego. Mógł sobie nawet pozwolić na zdjęcie kaptura, tak było mu bowiem gorąco ze stresu przez wydarzenia, które rozegrały się uprzedniego dnia. Spojrzał niepewnie na nieznajomego i odważył się w końcu odezwać.

- Wybaczy pan, że mu przeszkadzam, ale która jest godzina? - zapytał, siląc się na odpowiedni akcent.

Potrwało chwilę nim mężczyzna wybudził się z głębokich rozmyślań i poświęcił mu swoją uwagę. Głębokie zielone oczy budziły przerażenie, którego Sergio nie potrafił wytłumaczyć.

Do jego niedoszłego rozmówcy zbliżył się czarny kot i zasiadł mu bezceremonialnie na kolanach, jak gdyby tamten był jego panem.

- Cóż to za różnica? Czyż nie lepiej wam spytać o coś, co się nie zmienia? Inaczej będzie musieli, obywatelu, zapewniam ja was gorąco, zadawać pytania bez końca. Ale jeśli posłuchacie mej rady i zaniechacie marnowania czasu na takie bzdury jak czas, wtedy czas nie umknie wam przez palce. Wystarczy jedynie dociekać rzeczy niezmiennych.

Sergio był pewien, że się przesłyszał. Poprosił przecież o coś banalnego, chciał wiedzieć, ile czasu zostało mu do zmroku i znalezienia dla siebie jakiegoś kąta do spania. Tymczasem ten przedziwny człowiek rozpoczął filozoficzny wywód, na który wcale nie miał ochoty.

Nieznajomy podwinął jednak rękaw płaszcza i spojrzał na piękny zegarek. Nie ulegało wątpliwości, że nie jest Rosjaninem. Całości dopełniały drogie skórzane rękawiczki, elegancki cylinder i laska z głową pudla, na której opierał uprzednio dłonie.

- Chwilę po trzeciej, jeśli to zmieni pana życie - odburknął zbulwersowany. - Wczoraj też było chwilę po trzeciej, chwilę po trzeciej będzie też jutro. I tak, myśli pan wspaniale, pojutrze również wybije ta sama godzina. Zaprawdę nic zgoła nowego nie ma pod słońcem. Przynajmniej tak sądził Eklezjastes.

- Jest pan filozofem?

- Każdy z nas jest filozofem, panie Meksykaninie. Mylę się, droga Infernum? - spytał czarnej kocicy, głaszcząc ją pod włos.

Sergio zaniemówił. Ten człowiek nie był dziwny tylko przez swoje słowa. Skąd mógł wiedzieć, powiedzieć z tak wielkim przekonaniem, że ten jest Meksykaninem? Nie mylił się, nie wahał się.

- Nie powiadaj mi tylko, panie drogi, że spotkałem jakiego jasnowidza.

- Lepiej byście nie wiedzieli, panie Delatorre, kogo macie przed sobą - odparł spokojnym tonem, bezbłędnie wymawiając jego nazwisko. Mówił po hiszpańsku, nie kaleczył ojczystego języka Sergia.

- Zna pan hiszpański? Jest pan tłumaczem?

- Zgadliście. Jestem tłumaczem i filozofem.

- Ale skąd pan wiedział, że pochodzę zza oceanu? Przecież wszyscy uważają mnie za Hiszpana.

- Mądre to tak tułać się po wielkiej Rosji bez grosza przy duszy, bez dachu nad głową i bez bożej opatrzności? - Nieznajomy szedł w zaparte, głaszcząc skórzaną rękawiczką koci grzbiet. - Mimo że sam Rosjaninem nie jestem, przyjechałem tu jako tłumacz i zdążyłem nawiązać kilka ciekawych znajomości, ręczę za nie. Jeśli tylko jest pan zainteresowany, mogę zaproponować mu pracę i nocleg w zamian za nią.

- Wybaczy mi pan, ja tylko chciałem się spytać o godzinę.

- Odpowiedziałem, a może się mylę? - Cudzoziemiec uniósł brwi, jego zielone oczy stawały się mroźniejsze od moskiewskiej zimy.

- Ale dlaczego akurat mnie chce pan pomóc?

- Wcale nie chcę panu pomóc. Sam pan sobie pomoże, ja jedynie otworzę mu drogę i będę mu jak najlepiej życzyć.

Sergio siedział i nie dowierzał. Przestał już dawno w ogóle pojmować to, co się działo podczas tego styczniowego popołudnia. Tajemniczy mężczyzna budził w nim jednak dziwne zaufanie i lęk w jednym, których nie potrafił nawet nigdy sobie wyobrazić. Nie miał dokąd się udać, być może właśnie to ten cudzoziemiec z ławki na skwerze był mu pisany jako przyjaciel.

- Zna pan właściciela jakiejś fabryki?

- Lepiej. Znam cara. I to osobiście.

- Tłumaczy pan dla niego?

- Jest moim przyjacielem. Sam car Rosji jest mym druhem. Chociaż, wie pan, jak to często z przyjaźniami bywa.. Przyjdą niedobre dla nich czasy, mówiąc bardzo delikatnie. Lata chude zbliżają się wielkimi krokami. Zaprawdę lepiej by było wrócić wam do Meksyku. Domyślam się jednak, że z tym może być drobny problem natury finansowej.

- Dosyć tego! - wrzasnął nagle Sergio i zerwał się na równe nogi. - Sam Szatan wcielony jest z pana, tak daleko sięgają granice waszej bezczelności!

Przechodnie przyglądali się mu dziwnie, ale nic nie rozumieli po hiszpańsku. Niewzruszony elegancik zmierzył go współczującym spojrzeniem. Kocica imieniem Infernum zeskoczyła mu z kolan, a on zbliżył się do Meksykanina. Zdjął z głowy cylinder, Delatorre mógł mu się lepiej przyjrzeć. Delikatny zarost, blada cera, czarne włosy ułożone w perfekcyjnym nieładzie. Wysoki i szczupły trzydziestolatek, dziwnie budzący zaufanie obcokrajowiec. Długo zastanawiał się, skąd może pochodzić. Najpierw ochrzcił go Francuzem, później wahał się między Niemcem a Anglikiem.

Filozof wyciągnął z kieszeni płaszcza portfel, potem jakiś dokument i podał mu go. Sergio obejrzał go dokładnie, po czym oddał właścicielowi.

- Schneider - Blady brunet podał mu swoją dłoń.

- A więc jest pan Niemcem, tak?

Rzekomy Niemiec popadł w głęboką zadumę i zmarszczył swoje ciemne brwi. U jego stóp chodziła wciąż kocica i mruczała. Zdawał się ją ignorować.

- Tak… - wydukał po rosyjsku, wyraźnie zamyślony, jakby usiłował sobie przypomnieć swoją narodowość. - Tak, chyba jestem Niemcem.

- Chyba jest pan Niemcem?

- Chyba, nie pamiętam dokładnie, co to za różnica? Równie dobrze mogę być Francuzem albo Anglikiem. Moje nazwisko Schneider. Tyle panu powinno wystarczyć.

Pomiędzy dwoma do jeszcze niedawna nieznajomymi zapadła głucha cisza. Osobliwy szczupły mężczyzna podniósł swojego czarnego kota i założył z powrotem na głowę cylinder. Zaproponował towarzyszowi papierosa i spacer po moskiewskim skwerze. Zmierzali w stronę wysokich zabudowań, Sergio był oszołomiony oczytaniem i elokwencją Schneidera. Ten wspomniał mu o tym, że jest kawalerem, nie ma rodziny, jego jedynym bliskim stworzeniem jest Infernum. Napomknął krótko o napisaniu przez niego kilku książek, nowych znajomościach w Imperium Rosyjskim i zbliżającym się balu u cara, gdzie zamierzał pracować jako tłumacz pomiędzy władcą a francuskimi i angielskimi dygnitarzami.

- Na czym miało by polegać owo otworzenie dla mnie drogi przez pana?

- Widzę, że lubicie od razu przechodzić do konkretów. Macie rację, mrok się zbliża nieubłaganie, podobnie z resztą jak widmo wojny maluje się na horyzoncie… Pan jest w kwiecie wieku, na oko kilka lat młodszy ode mnie, w dodatku całkiem nie głupi, poradziłby pan w sobie w ciężkiej pracy fizycznej szesnaście godzin w fabryce, ale ja zaproponuję coś innego. Macie szczęście, doprawdy macie szczęście, że was polubiłem i wykorzystam moje znajomości. Myślę, że Infernum ma podobne do mnie poglądy, zapraszam za mną.

Ni stąd, ni zowąd elegancki mężczyzna ponownie przerzucił się na język hiszpański i poprowadził Sergia do wyjścia ze skweru. Niebawem przemierzali już ulice. Brukowane drogi przecinały bryczki zaprzężone w dostojne rumaki, dźwięk podkutych kopyt i śmiechu arystokracji roznosił się po Moskwie w przedwieczornych godzinach. Meksykanin przyglądał się z zainteresowaniem bogaczom, do których niewątpliwie należał i jego nowy znajomy. Znacznie częściej można było jednak zauważyć robotników, których przybywało z każdą minutą. Schneider spoglądał na nich z dezaprobatą, po czym podwinął rękaw płaszcza i spojrzał na zegarek, wydający się teraz jeszcze piękniejszy niż za pierwszym razem.

- Zaraz wejdzie druga zmiana, musimy się pospieszyć, żeby nas ten plebs nie stratował. Zarezerwowałem sobie z tego miejsca bryczkę na czwartą, muszę jeszcze zdążyć kupić panu bilet na pociąg.

- Na pociąg? Jak to? Dokąd?

- Do Petersburga, będzie pan pracował na carskim dworze. Ja też potrzebuję się tam dostać, to żadna fatyga. Mogę zaręczyć, że Piotr Wielki wiedział co robi, wznosząc od podstaw swoje miasto i przenosząc tam stolicę. Spodoba się panu, to przyjemniejsze aniżeli podzielenie losu miejskiej hołoty - Po tych słowach przywitał się z woźnicą, położył swój bagaż obok i otrzepał ubranie, jak gdyby obawiał się, że jakiś robotnik potrącił go po drodze. - Dobrze się pan czuje, panie Delatorre?

- Wyśmienicie, dziękuję - odpowiedział zdawkowo, skupiając spojrzenie daleko przed sobą. Był pewien, że za chwilę obudzi się z tego absurdalnego snu.

W momencie, w którym wchodził do pociągu również nie wierzył w to, co się dzieje. Wyciągnął z portfela ostatnie grosze, ale Schneider jedynie popatrzył na niego z politowaniem i nie chciał od niego żadnych pieniędzy.

- W jaki sposób miałbym tam pracować?

- Teraz już pamiętam - powiedział niespodziewanie tłumacz.

Zdjął cylinder i płaszcz, powiesił go starannie, po czym zajął miejsce naprzeciwko niego. Ubrany był w białą koszulę i czarną marynarkę z najwyższej półki. Był bez wątpienia przystojny i pochodził z arystokratycznej rodziny.

- Co pan pamięta?

- Przypomniałem sobie. Tak, wiem już na pewno - mruczał pod nosem. - Moje nazwisko Schneider i jestem Niemcem.

Sergio wysilił się niezmiernie i uśmiechnął delikatnie, ale w głowie przebiegło mu tysiące myśli. Ten człowiek musiał być wariatem. Bogatym i eleganckim, ale wariatem.

Nagle filozof zaśmiał się. Uspokoił się na moment, po czym znów wybuchnął niekontrolowanym i zupełnie niepasującym do jego wizerunku śmiechem. Meksykanin spojrzał na niego pytająco.

- Wybaczcie mi, ale wie pan… Ja naprawdę jestem Niemcem. Mamy rok 1913, a ja jestem Niemcem i pracuję dla cara. Za kilka lat będą mnie chcieli wygonić z wielkiej Rosji, a ja zaśmieję się im prosto w twarz.

- Kto będzie chciał pana wygonić? - dociekał Sergio, nie rozumiejąc jego rozbawienia.

- Jak to kto?! - Schneider krzyknął oburzony. - Lenin, szanowny panie, Lenin!

- Lenin? - Delatorre uniósł jedną brew w zdziwieniu. - Któż to taki Lenin?

Tłumacz machnął ręką i zapalił papierosa.

- Poznacie go aż za dobrze, panie Meksykaninie.

Następne częściJutro możesz zniknąć - Rozdział 2  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • jolka_ka 3 miesiące temu
    Przeczytałam początek i historia wydaje się być ciekawa, ale interpunkcja miejscami kuleje... Wychodzą długie zdania i to trochę wybija z "rytmu". Nie roszczę sobie praw do całości, bo tylko zerknęłam. Być może podejdę do tego drugi raz.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania