Jutro możesz zniknąć - Rozdział 2

Następnego dnia Sergio spodziewał się dostać od nowego znajomego długo wyczekiwaną ofertę pracy na carskim dworze. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Wyszedł wczesnym rankiem z hotelowego pokoju, szybko się z nim pożegnawszy i zniknął na następnych dwanaście godzin. Zdążył mu jednak obiecać, że tego wieczora rozpocznie się jego zadanie. Zniecierpliwiony Meksykanin leżał na najbardziej miękkim łożu, z jakim kiedykolwiek miał styczność i gapił się w sufit. W końcu wstał i rozejrzał się po sypialni. Gdy tylko opuszczał go Schneider, w jego głowie pojawiały się miliony wątpliwości, które natychmiast znikały wraz z jego hipnotyzującym, magnetycznym zielonym spojrzeniem. Sergio i tak nie miał przecież dokąd się udać, zapewne zginąłby, próbując żebrać w styczniowym mrozie pod jedną z moskiewskich cerkwi. Nie miał jak wrócić do domu, a kiedy w ręce wpadł mu nędzny testament ojca, porzucił wszelkie nadzieje. Nawet gdyby przepisał mu wszystko co miał, jego żywot nie byłby prosty, a w przeciwnym przypadku pozostawało tylko czekać na cud.

I doczekał się cudu, jego nadzieją był ów przedziwny filozof-tłumacz.

Podszedł do skromnie, ale gustownie zdobionej szafki nocnej, na której leżały dwa przedmioty. Najpierw swój wzrok skupił na książce. Była napisana po włosku i mimo że Meksykanin mówił jedynie po hiszpańsku i rosyjsku, bez problemu domyślił się autora. Hiszpański był nieco podobny właśnie do włoskiego, co niewątpliwie mu pomogło. Poza tym każdemu choć trochę uczonemu człowiekowi obił się o uszy jej tytuł. Nigdy jej nie przeczytał, ale był pewien, co to.

- “Boska Komedia” Dantego - mruknął pod nosem. - To idealnie pasuje do wizerunku chyba Niemca. Wygląda na takiego, co by się trudził sprawami nieba i piekła.

Odłożył książkę i sięgnął po drugi przedmiot. Zaczął obracać w palcach małą buteleczkę z gęstą cieczą w odcieniu czerwonego wina. Na pierwszy rzut oka przypominała mu ona krew. Wciąż nie był pewien, czy jego pierwsze wrażenie okazało się trafne, więc przeraził się trochę. Do flakonika przyklejona była zżółkła karteczka.

- Mortem - przeczytał, marszcząc brwi.

Wolał ją jednak szybko odstawić na miejsce niż głowić się nad jej zawartością. W odbiciu lustra zauważył, że o łóżko podparta była laska filozofa. Podszedł do niej powoli, chcąc się jej lepiej przyjrzeć, ale w tym samym momencie do pokoju wkroczyła kocica i zaczęła się o nią ocierać. Ilekroć podchodził do czarnej laski ze zdobionym końcem, syczała jakby była groźną i wielką pumą.

- Jak to na ciebie wołał ten szaleniec? Infernum?

Czarna jak noc kotka z miłym puchatym futrem spojrzała na niego obrażonym wzrokiem, usiadła i zaczęła czyścić sobie łapki. Zdawała się dokładnie obserwować każdy jego ruch. Mimo to podszedł ponownie do szafki nocnej i wziął do ręki tajemniczą buteleczkę. Zwierzątko zerwało się z miejsca i pognało do drzwi.

- Zbierajcie się powoli, wychodzimy na spacer - usłyszał nagle za swoimi plecami głos kompana. - I zostawcie to lepiej.

- Co to jest? - zapytał nieco zmieszany, natychmiast spełniając jego polecenie. - Mortem?

Niemiec podał mu płaszcz, sam nałożył skórzane rękawiczki oraz sięgnął po cylinder i laskę. Rzucił okiem na przedmiot rozprawy i ledwo widocznie uniósł kąciki ust.

- Śmierć, panie Delatorre. Śmierć w całej swej okazałości.

Wykonał kilka kroków w jego stronę, pochylił się i chwycił buteleczkę. Sięgnął do poły marynarki, wyciągnął z niej jedwabny ciemnozielony woreczek i delikatnie włożył do środka fiolkę. Tak zabezpieczony przedmiot schował z powrotem do marynarki.

- Żeby nie kusiło - zażartował i uśmiechnął się mrocznie. - Ruszajmy zatem nim wybije godzina carycy. To jeszcze nie pora… Infernum, moja najdroższa, idziemy na spacer! Następnym razem, kiedy do niej mówisz, mów po rosyjsku. Infernum ma jeszcze problem z hiszpańskim, niech się nie stresuje.

Sergio pokiwał odruchowo głową, a jego źrenice rozszerzyły się nienaturalnie. Był przerażony tym, co ten wariat trzymał w kieszeniach oraz jego pogawędką z kotem, którego traktował jak swojego najlepszego przyjaciela. Poza tym, skąd kot miałby cokolwiek rozumieć? To był bez wątpienia obłąkany arystokrata, a kocicę wytresował. Tak kazał mu przynajmniej uważać jego umysł.

Nie upłynęło dużo czasu a spacerowali już po pięknym ogrodzie. Meksykanin czuł się zaniepokojony, kiedyś bowiem musiała się skończyć uprzejmość jego druha, wobec czego miał ochotę przejść do rzeczy i zacząć pracować lub przynajmniej poznać jakieś konkrety. Temu jednak się wcale nie śpieszyło, sprawiał wręcz wrażenie, że zaplanował na tym spacerze coś specjalnego, co miałoby odmienić całe jego życie i było bez wątpienia istotne.

- Już czas. Przyspieszmy kroku, godzina wybija - ponaglił go, spojrzawszy na piękny zegarek. Mimowolnie Sergio ponownie się nim zachwycił. - Proszę pana o zachowanie najwyższego milczenia i… wejście na drzewo.

- Na drzewo?

- Prędko, nie ma czasu na wyjaśnienia. Caryca się zaraz zbliży i zabiją was za włóczenie się po ogrodzie bez pozwolenia.

- Ale przecież strażnik nas wpuścił.

- Mnie tak. Pan to już inna historia, ale zaraz to załatwimy - tłumaczył naprędce, podsadzając go. Sam dołączył do niego, zręcznie wspiąwszy się po pniu. - Infernum, pokaż mi, która to gałąź.

Kocica momentalnie wskoczyła tam, gdzie siedzieli, a potem ruszyła ostrożnie w stronę cieńszych gałęzi. Zatrzymała się na jednej z nich i popatrzyła świecącymi ślepiami na swojego pana. Ten kiwnął głową, stuknął w gałąź laską i polecił swojemu towarzyszowi, by ten przysunął się bliżej wskazanego miejsca.

- Dlaczego to robimy? - szepnął zdezorientowany Sergio.

- Cierpliwości. Tylko tyle panu potrzeba oprócz odrobiny refleksu i odruchów bezwarunkowych. Teraz proszę milczeć, zbliżają się.

Jak na komendę na ścieżce zjawiły się sylwetki dwóch postaci: męska i kobieca. Kobieta starała się mówić cicho, widać było na jej delikatnej twarzy niepokój, palcami bawiła się końcówką swoich włosów. Miała na sobie długie jasne futro z kapturem na głowie i poruszała się z wielką elegancją. W blasku księżyca co jakiś czas migały drogocenne klejnoty, trzymała dumnie uniesioną głowę.

Za nimi podążało czterech strażników, których caryca trzymała jednak w sporej odległości, prowadziła bowiem wyjątkowo prywatną rozmowę z Grigorijem Rasputinem - swoim największym przyjacielem, doradcą i powiernikiem.

Ów człowiek odznaczał się wysokim wzrostem, długą brodą i przerażającym spojrzeniem. Szedł nieco zgarbiony obok swojej pani, dłuższe włosy przykrył czarnym kapturem płaszcza, a jego oczy świeciły prawie tak mocno jak klejnoty, jednak nie był to przyjazny blask. Pochodził z rosyjskiej wsi daleko na wschód od stolicy i posiadał talent przepowiedni i uzdrawiania, czego niejednokrotnie dowiódł. Jedni wielbili go i cenili, doznawali za jego sprawą uzdrowienia i wielu cudów, inni uważali go za kanciarza i czarnoksiężnika. Zdecydowanie bardziej podziwiały go niskie warstwy społeczne za poparcie chłopskiej rewolucji, jednak Aleksandra była wyjątkiem. Na dworze pojawiły się nawet plotki o ich rzekomym romansie, co częściowo było prawdą.

- Zostawcie nas - caryca odwróciła się do straży i odeszła nieco dalej z Grigorijem. - Nie mam pojęcia, od czego mam zacząć… Po raz kolejny ratujesz moje resztki honoru i sensu życia w tym okropnym miejscu. Ty najlepiej rozumiesz spośród ich wszystkich razem wziętych, wiesz, ile czasu musiałam czekać na następcę cara Mikołaja. Znosiłam ich szydercze spojrzenia po urodzeniu pierwszej córki, potem drugiej, trzeciej, czwartej..

- To wyjątkowo nieprzychylny ciąg zdarzeń jak na sytuację, w której się znajdujecie, moja pani. Należy jednak radować się z faktu, że car cieszył się na narodziny każdej z nich, są one bez wątpienia pięknymi kobietami, których ożenek przyniesie Imperium dobre imię.

Oraz oczywiście z tego, że piątym dzieckiem okazał się chłopiec.

- Nie chcę nawet myśleć, jaka afera wybuchłaby, gdybym urodziła piątą córkę. Posądziliby nas o romans znacznie wcześniej i zamordowali tylko przez ten fakt. Jak dobrze wiesz, nie wszystko poszło zgodnie z planem. Hemofilia mocno daje się we znaki. Całą nadzieję pokładam w twych uzdrawiających mocach, które nieprzerwanie ratują z opresji moje dzieci przez lata.

- Zapewniam was, moja pani, że wasze dzieci są bezpieczne dopóki żyję.

- I z tego właśnie powodu ufam ci bezgranicznie i obowiązuje cię wyjątkowy immunitet. Każde twoje życzenie jest dla mnie niezwykle istotne. Pragnę wobec, byś żył bardzo długo i by Bóg ci sprzyjał, niewątpliwie to on obdarzył cię takim darem.

- Wiecie doskonale, czego pragnę najbardziej. Waszego szczęścia i miłości.

- Czynię, co w mojej mocy - Caryca uśmiechnęła się szczerze. - Bóg ma nas w swojej opiece.

- To się jeszcze okaże - szepnął niemal bezgłośnie Schneider do Meksykanina. - Patrz teraz.

W tym samym momencie, zupełnie jakby Bóg chciał sobie z nich zadrwić, rozległ się trzask. Kocica prędko zeskoczyła ze złamanej gałęzi i znalazła się na kolanach Niemca. Gałąź w ułamku sekundy odłamała się i zamierzała spaść prosto na dwie rozmawiające postacie. Sergio i Schneider niemalże rzucili się w lewą stronę, całe szczęście byli bardzo blisko niej. Nie zdołali powstrzymać jej spadnięcia na ziemię, ale dali Rasputinowi i Aleksandrze czas na odsunięcie się ze strefy niebezpieczeństwa. Gdy nie byli już zagrożeni, pozwolili gałęzi runąć na dół. Zszokowani strażnicy czym prędzej znaleźli się w centrum zdarzeń.

- Mamy kłopoty - szepnął Sergio w kierunku Niemca.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania