Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Kaclekadistino (cz.I/II)

I.

Będzie to historia psucia się od wewnątrz. Najbardziej osobista z dotychczas napisanych.

Nie, zaczynam od początku, zapomnijcie o dwóch poprzednich zdaniach.

Jest noc, gdzieś po trzeciej. Zaduch, odór potu, lepka, dawno nieprana kołdra przywiera do ciała. Specyficzna, kwaskowata woń pokoju, w którym się przez parę dni piło. Kałuże wódki na biurku, okruchy chleba (zagrycha!), puste butelki. Niewietrzenie, ciężkie powietrze dusi za gardło.

Ani spać, ani zdechnąć, nawet do komputera nie chce się ruszyć, bo ekran dostał pląsawicy Huntingtona i skacze przed oczami.

Zwijam się w kłębek. Żołądek żyje własnym życiem. Przed chwila miałem kompletnie szalony sen. Świat wpadł w nim do miksera i został przemielony, przenicowany, zmienił w zawiesinę, miazgę. Na pogrzebie babci przemawiał... Gomułka. I wręczył nam, pogrążonej w żałobie rodzinie swój portret. Skąd wziął mi się ten diabelny towarzysz Wiesław? Z jakich czerwonych, komuszych, piekielnych odmętów wypełzł? A potem odwiedziłem opuszczoną kaplicę satanistyczną, z pięknymi odwróconymi krzyżami i niepięknym, rozkładającym się kotem na ołtarzu. Najwyraźniej stężenie głupoty w tym śnie było tak wielkie, że biedny mózg nie wytrzymał i obudził się. Podświadomość uciekła od szalonych majaków. Władysław ,,wicie, rozumicie"- został.

W swych niezgrabnych, żałośnie grafomańskich próbach pisania, w opowiadaniach- garbusach, prozie z ciuchlandu, często jestem masochistą. Quasi- ja, narrator- Florian de Nath marzący, by ktoś zrobił z niego szmatę, większą, niż jest. Myślicie, że to kreacja, fikcja literacka, ściema? Ani trochę. Nie wiem, kiedy zacząłem czuć się gorszy od innych, od najbardziej śmierdzących i zaprutych żuli, od wariatów, złomiarzy, sodomitów. Około dwudziestki zaczęła mnie miażdżyć niewidzialna, słoniowa noga. Jestem niczym bohater animacji Terry'ego Gilliama. Latający Cyrk Monty Florka, żałosna łamaga o dwóch lewych rękach, pierdoła pozbawiony jakiegokolwiek talentu rozmyślnie wchodzi po szyję w bagno. I głębiej.

Gdzieś, w chmurach istnieje zły duch depresji, cybernetyczne zwierzę depczące mnie na każdym kroku. Kto siedzi w jego głowie i naciska przełączniki, pociąga za wajchy?

Normalność to królowa upadającego państwa, staruszka wśród zwiędłych kwiatów, suszonych ziół. Jest jak boginka zapomnianego kultu, która nie może się pogodzić, że nikt w nią już nie wierzy.

Moje poczucie własnej wartości to zawalony namiot cyrkowy. Paru klaunów nie zorientowało się, że wszystko runęło. Stoją przed pustą widownią, opowiadają kawały z brodą, próbują żonglować pochodniami. Każdego roku umiera jeden. Pozostali nie przestają zabawiać nikogo, całkiem oślepli i ogłuchli zapadli się do swych wnętrz. Makijaż dawno wypłowiał, tylko nosy niezmiennie czerwone.

Tak więc ogarnęły mnie degrengolada, spleen, marazm. Na wszystkich płaszczyznach życia- atrofia, dystrofia, permanentny zanik osobowości. Wygrzebałem małą norę w ogródku. Nie mam już samochodu, motocykla (zacząłem udawać, ze straciłem prawko, wspomniane pojazdy kurzą się nieużywane w garażu), nie oglądam telewizji, bo i po co. Informacje potęgują zły nastrój, ciągle tylko wojny, ebole, kataklizmy. Coraz więcej spraw dla mnie nie istnieje. Rzadko opuszczam legowisko, świat skurczył się do rozmiarów ciepłej, wygodnej dziury pod gruszą, gdzie nie docierają tsunami, podwyżki, islamscy ekstremiści. Bawię się czasem w pisarza, albo pijaka (w sumie- na jedno wychodzi). Reszta pasji odeszła w przeszłość. Zasycham, staję się obmierzły. Cegiełka po cegiełce obrastam murem. Pewnego pięknego dnia umrę z głodu, albo zadławię się jadem, gorycz połączona z kac- sokami żołądkowymi przepali kichy i znajdą mnie martwego, z wielką dziurą w brzuchu.

Będzie dochodzenie, kto do licha chciał zamordować przy użyciu bazooki wiejskiego no-lifa, który praktycznie nie ruszał się z domu.

II.

Judytka to popsuta, drewniana lala. Ludzie coś tam przebąkiwali, że w wieku niemowlęcym wypadła matce z rąk. Najprawdopodobniej jednak jej fatalny stan jest spowodowany porażeniem mózgowym (czy wpływ miał na to dość późny, by nie powiedzieć- podeszły wiek rodziców, gdy przyszła na świat- cholera wie).

Moja mała sąsiadeczka z popsutymi trybikami. Mieszka tuż obok, ale rzadko mogę nacieszyć nią oczy. Niechętnie wychodzi na podwórko.

Niedawno nadałem jej ksywkę- Księżniczka z Porcelany. Wiecznie blada, patrząca przed siebie niewidzącym wzrokiem, chodząca sztywno, jakby połknęła kij. Ciągle otumaniona lekami, dwudziestoletnia królewna o gipsowej skórze.

Z tego co słyszałem- bez środków uspokajających jest bardzo agresywna, w szkole specjalnej połowę dzieci w klasie nauczyła przeciągłego i donośnego ,,kurrrrrrwaaa". Potrafi tez gryźć, kopać i pluć, gdy coś jej się nie spodoba.

Takiej Judytki nigdy nie widziałem, zawsze, nim zostanie wyprowadzona na spacer zmienia się pod wpływem dragów w okaz spokoju, zamuloną katatoniczkę.

Ech, piękna... Szalenie mnie kręci twój stoicki chłód, choć zdaję sobie sprawę, czym jest spowodowany. Opanowanie przyjmowane doustnie, grzeczność w tabletkach.

Wiesz, nawet monosylaby, którymi się posługujesz, mają w sobie coś uroczego.

Tak! Nie-e. Puć! Y-y. Czyż nie są to fragmenty jakiegoś tajemnego szyfru, sekretnej gwary skrajnych introwertyków, którzy postanowili porzucić ograniczające i sztywne formy języka i porozumiewać się pół- telepatycznie?

Przysięgam, że kiedyś odkryję, o co ci chodzi, wedrę się do kredowej, sterylnej główki i otworzę drzwiczki. Te najgłębsze, których istnienia sama nie podejrzewasz.

Co tam możesz mieć? Smutnego misia o szklanych oczach, niepokolorowane obrazki, ziemię. Brak ci budulca, niedefiniowalnej substancji stanowiącej o człowieczeństwie. Jesteś czymś na kształt stworzonej przez szaleńca, kompletnie bezużytecznej maszyny. Coś bez zastosowania, chodząca niespójność. Wybryk natury, którego w ryzach trzymają jedynie proszki. Judytka i Mrs. Hyde.

Tylko ja, najgorszy z najgorszych, truteń, oszołom i idiota, wiedziałbym, do czego służysz.

Wypożyczałbym cię na weekendy. Oczywiście nie dostałabyś swych magicznych tabletek na poprawę charakteru. Przeciwnie- napoiłbym cię alkoholem i kawą, dał parę red bulli.

Starożytna rzeźba z białego marmuru, która potrafi szarpać, bić i wyzywać. I ja- Pigmalion, treser, deprawator.

Dwoje życiowych rozbitków mających zgliszcza w głowie. Piękna i Flor. Bestia i bestia.

III.

 

Parch ma na imię Marzena i mieszka w sąsiedniej wiosze. Czemu tak ją przezywam? Bo to parch, zasłużyła. Nie zdziwiłbym się, gdyby ostatni raz myła się w podstawówce. Patologia ze stojącej daleko od szosy, zielonej chatynki. Jej rodzice są stuprocentowymi burakami. Ojciec- śmieszny facecik chodzący codziennie w peerelowskim garniturze, a raczej tym, co z niego zostało (podszewka istnieje jedynie w strzępach-.przypadkowo zobaczyłem, jak wyjmował portfel) i gumofilcach. Zabawny, czerwonogęby menel piastujący zaszczytną funkcję palacza w szkolnej kotłowni. Za to od mamuśki wieje grozą. Typowa ,,baba borowa", kocmołuch zasadniczo po zasadniczej zawodowej. Tępy, pokrzykujący diabli wiedzą na co babsztyl ma coś z Judytki, równie rzadko wychodzi poza podwórze. I drze japsko. A to na kury, męża- łachmaniarza, a to na jedno z siedemnaściorga dzieci (Marzena jest najstarsza i - śmiem twierdzić- najbrudniejsza, to wyjątkowo nieudany prototyp). Całe to syfiarstwo Parch wyssała z mlekiem matki, są siebie warte. W piekle powinny trafić do jednego kotła (biedne diabły miałby problem z odszorowaniem ,,czyścioszek").

Obie wizualnie sprawiają wrażenie weneryczek. To trudno wyjaśnić, po prostu patrzysz na którąś z nich i w twoim umyśle rodzi się pewność, że ona ma kiłę! Że pod spódnicą, czy długim ,,gotyckim" płaszczem, jaki M. nosi nawet w największe upały, drzemią krosty, szankry, krętki blade. Syfilityczność pełną gębą, dwie panie składające się z zarodźców malarycznych, pałeczek dżumy i wirusów HIV.

Z buzi Marzena nie jest brzydka, ma co prawda parę pieprzyków- myszy, wystające zęby, włosy koloru ,,świński blond", ale określiłbym ją jako ,,całkiem przeciętną". Wszystko psuje przeklęte niemycie się, chodzenie w- tu dobre określenie- powłóczystych szatach i dziwna, odpychająca powaga, ujemne poczucie humoru. Domorosła kapłanka szatana z podchełmskiej wioseczki. A może to wiccanka, najprawdziwsza wiedźma?

Jak tam, wraz z mamusią gotujecie koty, kozie łby, przyrządzacie napary z króliczych łapek i trzewi żaby?

Półleśne czarownice podczas tylko sobie znanych rytuałów rzucają zaklęcia, wszystkie plagi egipskie z ich ciał przechodzą na ,,wrogów".

Ktoś krzywo spojrzał? Bum!- AIDS. Sklepowa nie chciała dać ,,na zeszyt"? Bum!- gruźlica i SARS.

Skrajny kompleks niższości i masochizm wykluczają mnie ze świata mężczyzn, uniemożliwiają choćby myślenie o znalezieniu normalnej partnerki. Stąd fantazje o największych odrzutkach, najgorszych laskach jakie znam. Choć wstyd, pozwalam sobie nawet na obsceniczne marzenia o biednej Judycie. Przecież nie chcę dla niej źle- rozgrzeszam się jak ostatni zboczuch. Niech ma coś z więziennego, pustelniczego życia. Siwy, gruby ojciec- mors z falującym podgardlem i matka o pięknych, złotych, radzieckich koronkach na przednich zębach prowadziliby ją do ołtarza. A raczej wlekli, wierzgającą i drącą się na całe gardło ,,kurrrwaaaa".

Kaplica satanistyczna, niczym we śnie. Ksiądz- Gomułka.

-Czy ty, Florianie de Nath bierzesz sobie tę oto Judytkę I. za żonę i absolutnie nic jej nie ślubujesz?

-Tak.

-Czy ty... nieważne. Ogłaszam was mężem i żoną. A teraz zgnijcie razem, stopcie się w jedną grudę żużlu. Masz swoją wyśnioną panienkę, dysmorfofilu, grafomanie. Oto twoja Galatea z kości słoniowej i piasku, człekokształtna pustka. Baw się nią, pozwól, by gryzła, opluwała. Brzydzę się tobą, oblechu- sapie towarzysz (wiem, wiem, w jego czasach nie istniało ostatnie słowo).

Co gorsza- ma rację. Doszło nawet do tego, że za szczyt perwersji uważam fantazjowanie o zdrowych, normalnych, czystych dziewczynach.

Takich, które umieją mówić, nie jeżdżą na wózku inwalidzkim, nie modlą się do demonów na rozstaju dróg jak M. Z sykiem topię się. Plama rozgrzanej gumy, plastiku, kłęby smolistego dymu.

Chyba fiksuję na dobre. Samospełniająca się przepowiednia- im dłużej uważam się za szmatę, tym bardziej się nią staję. Przecież te myśli są chore! Nikt nie powinien śmieć marzyć o seksie z tak ułomną dziewczyną. Jej należy tylko współczuć. A ja właśnie idę ścieżką ohydy, płynę przez szambo i dobrze mi z tym. Noc poślubna. Dla obojga byłby to ,,pierwszy raz". Kocham cię, Judytko. Pieszczę, całuję twoje wady. Krzyczysz jak opętana, okładasz pięściami po twarzy, gdy zdejmuję bluzkę, wkładam obleśne łapy pod spódniczkę.

Uwielbiam twoje kalectwo, bo tylko dzięki niemu moglibyśmy być razem. Mentalny kastrat, którego nie zechciałaby zdrowa laska i wieczne dziecko, na które nie spojrzałby żaden inny facet.

I byłoby nam dobrze, pchalibyśmy wóz łajna zwany życiem. Toczyłby się powolutku na kwadratowych kołach. Czytałbym ci pokraczne opowiadanka, a ty patrzyłabyś niewidzącym, pustym wzrokiem nie rozumiejąc ani słowa.

Kto wie, może nawet polubiłabyś seks? Wiem, że to karalne, za miłość z tobą można trafić do paki.

Barbarzyńskie prawo zakazuje przyjemności, a więc powiększa ogrom strat, jakich doznałaś przez chorobę. W zasadzie nie zaznajesz szczęścia poza błahostkami, typu otrzymanie nowej zabawki. Durny prawodawca skazuje cię na życie jak zakonnica. W imię czego?

Cnota ci zjełczeje.

Parch chyba nie ma chłopaka. Kto chciałby ponuraczkę i brudasa? Chyba tylko jakiś wiecznie napruty chłopo- robotnik. Ale ona ma przynajmniej teoretyczne szanse na znalezienie kogoś. Ty- nie. Święta Judyta zawsze dziewica, Panna Nad Pannami wyrzeźbiona w białym węglu, gołębica- symbol pokoju, flaga oznaczająca poddanie się. Jesteś jak nienapisany wiersz. Jest tylko tytuł- ,,Pożądanie".

Tak naprawdę istniejesz jedynie w teledysku ,,Porcelain heart", twoja dusza jest uwięziona w opuszczonym pałacu na krańcu świata.

Twoje puste, jałowe życie to labirynt bez wyjścia. Mam ochotę przebić ściany, przegryźć kratę. Ucieklibyśmy z klipu Opeth do realnego świata.

Następne częściKaclekadistino (cz.II/II)  

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Adelajda ponad tydzień temu
    "Potrafi tez" - też
    "Przed chwila miałem" - chwilą

    Intrygujący tytuł. Czy ma on jakieś znaczenie?
    Bardzo ciekawy tekst, trochę zimny, trochę przerażający i w końcu smutny.
    Bardzo podobał mi się opis Judytki. Pozwolę sobie wyjąć fragment:
    "Przysięgam, że kiedyś odkryję, o co ci chodzi, wedrę się do kredowej, sterylnej główki i otworzę drzwiczki. Te najgłębsze, których istnienia sama nie podejrzewasz.
    Co tam możesz mieć? Smutnego misia o szklanych oczach, niepokolorowane obrazki, ziemię. Brak ci budulca, niedefiniowalnej substancji stanowiącej o człowieczeństwie. Jesteś czymś na kształt stworzonej przez szaleńca, kompletnie bezużytecznej maszyny. Coś bez zastosowania, chodząca niespójność. Wybryk natury, którego w ryzach trzymają jedynie proszki." - bardzo mi się to podoba

    Przez tekst się płynie :-)
    Pozdrawiam.
  • Florian Konrad ponad tydzień temu
    dziękuję!
  • Florian Konrad tydzień temu
    tytuł - w esperanto - "kobieta robiąca, pardon, loda"
  • Basileus ponad tydzień temu
    Świetne. Czekam na drugą część.
  • Florian Konrad ponad tydzień temu
    dziękuję. będzie niebawem.
  • Canulas tydzień temu
    Również uważam, że zajebisty tekst.
    Byłem tam. Wszystko widziałem.
  • Florian Konrad tydzień temu
    dziękuję!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania