Poprzednie częściKaclekadistino (cz.I/II)  

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Kaclekadistino (cz.II/II)

IV.

Zwlekam się z wyrka. Komputer przestał być targany sztormem, więc można włączyć. Wczoraj zarejestrowałem się w serwisie GaydarPride.pl. Darmowe ogłoszenia homo, bi, les, trans. Nigdy, nawet przez sekundę nie byłem pedziem, babą też się nie czuję. To kolejny wykwit mojego masochizmu.

,,Młody, pasywny heteryk szuka panów, którzy potraktują go jak kompletną szmatę. Spanking, fisting, cwelenie, lodzik z połykiem, złoty deszcz. Zgnój mnie! Czekam. Ja: dwadzieścia parę lat, puszysty. Ty: najlepiej starszy, ogolony na łyso kryminalista lubiący chować do wora takich frajerów jak ja".

Utonąłem w gnojówce. I jeszcze mi mało. Duch codziennie umiera. To ćpun uzależniony od samoponiżania, twardego narkotyku dla prawdziwych świrów. To chyba już przestał być masochizm. Stałem się autosadystą, biczującym się gorliwym wyznawcą wstydu. Jestem zażenowany własną postawą. Jeszcze parę lat temu wyśmiałbym każdego, kto powiedziałby, że skończę jako darmowa, męska... okropność.

Żaden zboczuch jeszcze nie odpisał, ale podejrzewam, że to kwestia czasu. Zlecą się, głodni świeżego mięsa.

W zasadzie nic nie mam do tego typu ludzi, przejawiam nawet coś w rodzaju szczątkowej tolerancji: niech sobie żyją, ale jak najdalej ode mnie.

Waham się, czy usunąć durne ogłoszonko. Przydałoby się też zgłosić do jakiejś poradni zdrowia psychicznego i seksuologa, ale nie mam odwagi. Nie dość, że dziwak, to jeszcze tchórz.

Żołądek przestał nasuwać, więc ubieram się, gaszę kompa. Ojciec chrapie jak najęty. Skradam się jak szczur, ze stolika zabieram paczkę malborasów i zapalniczkę. Wieki nie jarałem.

Czerń jest przesiąknięta rosą, z gwiazd pada mżawka. Wszystko pożerająca, płynna noc. Drobinki wody, blasku i zimna, w których można się zatopić i już nie wyjść. Gęsta zupa z księżyca i zatrucia alkoholowego. Zakrztuszenie się spowoduje śmierć.

Zaciągam się szlugiem patrząc na dom I...skich. Śpij dobrze, Judytko, niech ci się przyśni zły, głupi Flor, twój fan, stalker. Twój pożeracz.

Chciałbym, abyśmy złączyli sny. I już nigdy się nie obudzili. Miłosna śpiączka, kraina, gdzie miałbym cię na własność.

Plemnik łączący się ze zdeformowaną komórką jajową. Zygota w kształcie serduszka,z której wyrósłby nasz szalony syn- myśl. Tak, księżniczko, jasna i sterylnie czysta myśl. Można by z niej uwić gniazdo. Umocniłbym patykami, z butelek po winie wyszłaby piękna mozaika na suficie.

No chodź, zabiorę twoje wady, choroby i pragnienia na przejażdżkę. Ten rollercoaster jedzie tylko w dół i nigdy się nie zatrzymuje.

Gdzieś na obrzeżach paskudnej wiochy o nazwie ,,Dorosłość" zbudujemy kurną chatkę. Będę cię uczyć wszystkiego, w czym jestem zły, a ty i tak pozostaniesz odporna na jakąkolwiek wiedzę. Kto wie, może nawet napiszę pracę magisterską na temat niezbadanego dotychczas języka Białej Księżniczki?

Bajka, w której nie istnieje zło, cwaniactwo, merkantylizm, głupota, gdzie pozostał tylko jeden zakaz- nie wolno nie kochać.

Ziemia dwojga straceńców, wygasłych wulkanów i zwiędłych róż. Historia nie mająca prawa się zdarzyć. Patrz! Pałac płonie! Mróz zabija wszystko, co w nas złe. Papierowa baletnica tańczy w ognisku. Lodowate płomyki, dym, niesłyszalna melodia. Przebudzenie równa się obłędowi.

V.

Staję się rozpuszczalny. Człowiek- alka- seltzer, humanoidalne mydło stworzone w laboratorium obozu koncentracyjnego dla żuli.

Jednocześnie wciągam deszcz, nasiąkam jak gąbka. Coraz mniej mięsa i kości, coraz więcej wody.

-Cicho, do cholery!- warczę do obszczekującego Cygana. Kundel aż zanosi się charkotem, ujadaniem, połyka i wypluwa język, jest jedną wielką parą szczęk. Łańcuch napięty jak struna, piana z pyska. Chęć wyprucia flaków. Haw! Grrr! Haw! Haw!

Sam nie wiem, czemu podszedłem pod chałupę Judytki. Dwa przyciągające się magnesy sztabkowe. Czerwone i niebieskie pineski w sercu.

Moje życie to tragedia madrygałowa. Starcze szaleństwo- obleśny grubas stoi pod oknem chorej laski. Oddech przenika przez szybę, zsuwa kołdrę. Dym z papierosa barwi włosy dziewczyny na szaro. Florek, smutny pajac moknie w ciemnościach czekając diabli wiedzą na co.

Jego serce pęka, makijaż się złuszcza. Dusza jest pomalowana jak skrzydła ciem. Wczorajsze bajki zostają zapomniane, przedstawienie dobiega końca.

VI.

Nigdy nie lubiłem wielkich miast. Im więcej lat mam, tym bardziej się ich boję i zarazem brzydzę. Odpychają mnie, niczym celebryci i wysypiska śmieci. W zasadzie należy postawić między nimi znak równości, puste, kretyńskie gwiazdki są według sporej grupy ludzi fajne, podobnie, jak betonowe składowiska gumy, białka, szkła i papieru.

W przeklętych miastach panuje samochodzizm, śmiertelna, nieuleczalna choroba. Ulice są stworzone po to, by pędziły po nich stada dzikich, ślepych zwierząt z ludźmi w pyskach. To korytarze dla wściekłych słoni, bizonów, żelaznych nosorożców. Kamienne dżungle są odhumanizowane, śmierdzą spalinami. Ich wygląd cuchnie olejem, towotem, benzyną, płynem do spryskiwaczy i plastikiem. Można się od nich zarazić wieczną gorączką, poparzyć palce i przełyk.

Za każdym razem, gdy idę przez zebrę czuję, że droga chce mnie zjeść. Zwierzyna łowna gatunku de Nath.

Jedynie durnie bredzą o arteriach, żywej tkance. Tego czegoś nawet nie można porównać do mrowisk, czy uli.

Nowotwór, wielka wieś rozrośnięta i zdeformowana, jak pieprzyk na twarzy czy karku jakiegoś nieszczęśnika z kraju trzeciego świata zmieniony w dziesięciokilogramowego guza. W środku tętni przebrzydła, ceglana blacha, metal- zepsuta krew. Miasta zatruwają wrodzone poczucie estetyki. Tylko ogłupiałe zwierzęta czują się dobrze w takich odpychających klatkach. Architekci wieżowców i projektanci samochodów, urbaniści to nieźli psychole. Tworzą kaftany bezpieczeństwa, w których można żyć, którymi można jeździć. Kaftany krępujące myśli, cementowy drut kolczasty.

Parki, skwery, miejska zieleń to mech porastający wielkiego cyborga. Robocisko komunikuje się ze swymi użytkownikami w dziwny sposób- hałasem, brudem, ołowiem. Jego przekaz jest niezmienny- wyniszczyć, zabić.

W miastach nie ma ludzi. Gdy tylko się w nim znajdziesz, stajesz się bakterią. I nie ma znaczenia, czy pijesz ,,antałek malinowy mocny" z bezdomnymi w przydworcowych krzakach, czy jedziesz najnowszym modelem mercedesa do biura. Tak samo jesteś sczołgany, stanowisz część półjawnego wzoru. Elemencik, listek, pękniecie w korze, ziarenko piasku bezwartościowe jak trylion identycznych. Oskórowane mięso, rysa na wyświetlaczu. Metropolie udają, że nie ma w nich logiki, istnieje za to duch, w galeriach handlowych, galeriach sztuki, graffiti, modnych restauracjach, kameralnych pubach, squotach pacyfistów drzemie dobra esencja. Wielkomiejskość- panaceum na wszystkie rodzaje buractwa, odchamiacz wizualny, żer dla psychiki. Błazen w garniturze pozszywanym z tysięcy łatek, trefniś- patchwork zapraszający na komedię w teatrze duchów. Chaotyczność to oczywista ściema, równie dobrze można by z zawiązanymi oczami rozbryzgać farbę w celi i wmawiać, że powstały wzorek jest dziełem przypadku. Ale on jest więzieniem! Z więzieniem i o więzieniu! Brak wolności jest nim podszyty, definiuje go i napędza. Krople farby składające się na ów malunek są jakby dziećmi, owocami niewoli. Śmiem twierdzić, że jeśli eksperyment z farbą przeprowadzić w innym pomieszczeniu, na przykład sali wiejskiego domu kultury- wynik byłby odmienny. Tam stworzylibyśmy piękniejszy, bliższy naturze obrazek.

W miastach wszystko się wypacza, nawet przypadkowość jest cwaniacka, nieszczera, niesie ponure przesłanie.

Gdy zgasimy latarnie i światła aut, szczeble klatki są dobrze widoczne. Billboardy i ulotki to przecież wiertła w resztkach myśli biednych mieszczuchów. Wylew informacji, feerie sztucznych ogni w sztucznych żołądkach. Trawienie papieru, oddychanie węglem, zagęszczaczami i rozpuszczalnikiem.

Sztorm, fale kwasu spłukują newsy sprzed kwadransa. Ktoś smaruje nas klejem, inny- wiesza plakat reklamujący ,,Terminatora 9".

Powiększ piersi, powiększ penisa, jakiś Nigeryjczyk z uporem maniaka pragnie ci przelać na konto sto milionów dolarów, musisz tylko podać PESEL i numer konta. Życie, może raczej ,,egzystencja" w mieście to bezustanny spam. Kup magiczny fotel masujący, ubezpiecz się od następstw nieszczęśliwie zawartych polis ubezpieczeniowych. Ruchomym pomnikiem, wręcz godłem ,,miejskości" jest dla mnie nażelowany przedstawiciel handlowy w białym, leasingowanym samochodziku segmentu A, jakiejś pandzie oklejonej nazwami, numerami swej korporacyjki.

Drugim- blok z wielkiej płyty. Blokhauz z oszczaną przez kocury i wymazaną przez dzieciarnię klatka schodową, z odpadającym zewsząd tynkiem i ciasnymi mieszkankami, za które płaci się horrendalny czynsz.

Wiesz, Judytko, nigdy nie skazałbym nas na niby- życie na statku szaleńców, gdzie każdy metr chce cię przejechać, zmiażdżyć, zgnieść blachą, gdzie ,,ludzi" jest tak dużo, że dziwię się, że nie dochodzi do aktów kanibalizmu, jak to ma miejsce u myszy i szczurów.

Moja miłość to zielona, mała wieś, bezpieczne miejsce na obrzeżach cywilizacji, gdzie bylibyśmy jak dwa zagubione koraliki, zaśniedziałe jednogroszówki, zabawki na strychu opuszczonego domu. Czuję do ciebie wszystko, co odludne- że się tak pokracznie wyrażę. Kocham jak bliskość przyrody, otoczenia, które nie jest żelbetonowym kłębowiskiem skorpionów, węży i samochodów.

Goguś- dorobkiewicz rozbija się o ścianę bloczyska i ginie na miejscu.

Czuję do ciebie łąkę.

 

VII.

W zasadzie jestem osobą post mortem. Zadręczanie się pozbawia człowieczeństwa. Gdzieś na peryferiach świadomości leżą ostatnie ślady godności i honoru, artefakty dawnego Florka. Czy znajdzie się archeolog skłonny je odkopać, przewalić tony ziemi?

Wiem, że każda z myśli jest niegodziwa, nie powinna mieć prawa zaistnieć. Jednak w perwersyjności jest coś fajnego; to brzydki i rozwydrzony dzieciak, którego nie możesz nie kochać.

Odczuwam instynkt opiekuńczo- seksualny, pragnę chodzić do łóżka z Judytką i jednocześnie być jej ojcem, opiekunem, tarczą chroniącą przed niebezpieczeństwami świata. Chodź, dobry wujek pocałuje w policzek. I nie tylko.

Odgonię wampiry sprzed twoich drzwi. Miłość z języczkami ognia, czyste złoto.

Mówię tekstami piosenek.

Bardzo lubię pisać piórem, igłą niosącą na ostrzu historie, całe dziesięciolecia. Żłobię fantazje na twojej skórze, zdejmuję różową piżamkę w misie i zmieniasz się w wielki notatnik. Tworzę nieistniejące światy, piszę Biblie, Korany i sprośne wierszyki. Może jestem szalony, ale to jest szalone i prawdziwe.

Psisko ujada jak najęte. Ojciec Judytki wychodzi na schody. Siedzę w krzaczorach z rozmiękłym petem w ustach i udaję fragment przyrody nieożywionej. Mors pełznie do garażu, pewnie pomyślał, że źli ludzie przyszli ukraść wychuchanego matiza. Ma prawdziwego zajoba na punkcie tego grata.

Oddycham płytko. Grubasisko wraca do chaty mamrocząc coś pod nosem, najpewniej przekleństwa na Cygana.

VIII.

We wszystkim, co piszę objawia się moja skrajna antyreligijność. Jeśli co najmniej raz na pół roku nie ,,dowalę" którejkolwiek wierze- czuję się po prostu źle. Rozbijam figurki papieża, podcieram się świętymi księgami, w jednym z opowiadań Flor- narrator fantazjuje o zamordowaniu księdza.

A przecież jestem takim spokojnym człowiekiem. Kozak w necie- dupa w świecie. De facto nie jestem nawet spokojnym jestem... wsteczny. Odkąd zacząłem zamierać cierpię na ujemną agresję. Pan Flegma, rozmiękły papieros, glut.

Jedynie te historyjki trzymają mnie przy życiu. No- i miłość do Białej Damy.

Ale czuję, że to nie potrwa długo. Męczę się z samym sobą, w każdej sekundzie chcę umrzeć. Rozpłynąć się, wsiąknąć w ciało biednej, chorej dziewczyny i pozostać tam. Niech by była nosicielką, almą mater.

Idę z powrotem do domu i czuję, jak z każdym krokiem ubywa mnie. Jakież piękne jest to rozłączanie się, rozpad! Wielki i groźny półstwórca rozsypał puzzle, kopnął pierwszą kostkę domina. I lecę w dół, turlam się po zboczu. Jakież piękne twarde lądowanie, po którym nie mogę się podnieść. Wżeram się w tę mokrą, obleśną noc, jak w Białą Księżniczkę. Przestaję być wrogo nastawiony do religii. Sam jestem systemem filozoficznym, systemem wierzeń. Spójrz, Judytko- w każdy włos, okruszek łupieżu stanowi odrębne państwo pełne kościołów. Mam narody wszystkie pod stopami. I jednocześnie zaprzeczam własnemu istnieniu. Autoateizm.

Dziwna sekta nienawidząca własnego bóstwa. Idol z wypalonym sercem, posąg zapomnianych idei.

Zrzuciłem wylinkę. Jeden krok w przód, tysiąc do tyłu. Wdeptuję się w czerń. Nienawiść do własnej osoby osiągnęła apogeum.

Moja ukochana też się rozpada, raz jest sobą, raz obrzydliwą Marzeną. Łączą się, dzielą, stanowią bezładną plątaninę rąk, nóg, korpusów, śmierci i lawy.

Judytka w ,,gotyckim" płaszczu, pod którym ma różową piżamkę w misie, cukrowa lalka voodoo. Można cię przebić językiem, czerwoną i niebieską pineską.

Wyrzucam prawo jazdy, samochód, motocykl, odpuszczam oglądanie telewizji. Nie potrzeba mi ubrań, jedzenia, nawet myśli. Wyrzekam się nawet ojca, wręcz świętego człowieka utrzymującego trutnia. Jestem negacją negacji, wszystko, co było ważne w poprzedniej, pięknej epoce, erze światła stało się obrzydliwe. Obmierzłe kontakty z innymi. Marzenia budzące odruch wymiotny.

Liczy się tylko mięknięcie. Niżej, w coraz głębsze piekło. Parch z zespołem Downa, Judyta w stanie wegetatywnym!

...przesadziłem.

Zlizuję tatuaże z porcelany. Nie powiodła się próba rozszyfrowania języka dwudziestoletniej królewny.

IX.

A gdyby tak trafić do więzienia za naprawdę odrażający czyn i przejść tam gehennę? Odpada, byłbym pozbawiony widoku J. Nie wchodzi w grę, jak to my, grafomani, szumnie mawiamy: ,,złożenie ofiary z własnego życia". W pudle nie mógłbym się biczować, zagryzać patrzeniem na Władczynię Marionetek.

Wiesz, kochana, w szafie, na samym dole, od czterech lat trzymam linkę holowniczą. Wiadomo, po co. Wentyl bezpieczeństwa.

Jesteś pustynią. Nie padał w tobie deszcz, nie rosły przebiśniegi. Coś złego zrzuciło wiecznie trującą substancję.

Nie przebiega przez ciebie nawet maleńkie żyjątko. Kończysz wszystko na dwie minuty przed rozpoczęciem. Dusza w fazie larwalnej.

Pouć! Baj- li! - jałowy, najbardziej zaszyfrowany przekaz świata.

Patrz- a to moje zwiędłe kwiaty, zgliszcza wielkich miast.

Mam w środku półoszalałe ze strachu dzieci, rdzewiejące wraki czołgów, całą tonę frustracji i goryczy.

Chodzę z kałachem i dobijam rannych. Kulka w łeb za nawet najdrobniejsze zadrapanie.

Płoną białe flagi Państwa Judyty. Nie można się poddawać! Walczyć do ostatniej kropli krwi i tuszu!

Podrzynać gardła żałosnym pederastom, którzy, zwabieni ogłoszeniem na GaydarPride.pl zjechali się ze wszystkich zakątków parszywej fantazji, by cię upokorzyć. Oblewać kwasem panny Parch, by zlazł z nich przedwieczny brud, zakładać im na szyje pętle.

Potem- jeszcze bardziej zamieszać. Niech nic już nie będzie jasne.

Flor- narrator spotyka obiekt westchnień- hermafrodytę z porażeniem mózgowym. Flor- zboczeniec w kaplicy satanistycznej dokonuje uboju rytualnego swojej wymarzonej dziewczyny.

Niech rzeczywistość na wszystkich płaszczyznach połączy się z fikcją. Moja karlejąca myśl z twoją pustką.

Możesz wierzyć, lub nie, ale staję się jedną z odmian choroby. Cierpisz na pana de Nath. Lekarstwo oczywiście nie istnieje. Trzeba by wypalić cała pokraczną, obrzydliwą miłość. Czyli- zabić grubego świra.

Paradoksalnie: w jakimś tam, niezauważalnym stopniu- zdrowiejesz dzięki tym fantazjom. Mikroskopijna część Judytki rozwija się głęboko pod moją skórą jak pan Bóg przykazał. Jakaś tam drobina mnie rośnie głęboko w kredowym ciele, jak szatan przykazał.

Jesteśmy sobą nawzajem.

Zabawne, że potrzebowałem aż zwariować, by na to wpaść.

 

X.

Napełniam się zdrową wersją ukochanej. Noc to inny wymiar, gdzie nie istnieje porażenie mózgowe, a my stanowimy naczynia połączone. Spleceni, niczym gruba lina, na której planuję się powiesić.

Jeszcze chwila i rozwidni się, dzień wypali mrzonki, prześwietli kliszę. Więc grajmy, póki czas.

Bajka to chwilowa śmierć twojej chorej odmiany, wyhodowanej pod kloszem Księżniczki Śniegu. Z przyjemnością zabijam J. w pieluchomajtkach, niesamodzielną, bezwładną jak manekin po narkozie.

Pęczniejesz pod moją skórą. Biały atrament wlany do szklanki spirytusu. Domek dla lalek owinięty czarnym płótnem.

W zjaranym mieście umiera chora wenerycznie Marzenka. Ulica, przeżarta ogniem, łamie się, rozpada. Czary przestają działać.

 

Czytam wspak Księgę Judyty. Nigdy nie poznam zakończenia.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Adelajda tydzień temu
    Teraz żałuję, że zapytałam o tytuł.
    Co do ciągu dalszego, również utrzymany w klimacie i fajnie się to czyta. Masz bogate słownictwo i co chcesz, to przekazujesz. Nie będę już wyjmować fragmentów, które mi się podobały :-)
    Pozdrawiam.
  • Florian Konrad tydzień temu
    dziękuję i również pozdrawiam
  • Wrotycz tydzień temu
    Czułość zakopana pod toną różniastych obrzydliwości, które podmiot wypluwa z siebie o sobie. Specyficzny egotyzm.
    Kapitalne obrazy miasta i wsi. Zróżnicowane dna na rzecz ciut szczerszej prowincji, bynajmniej nie sielskiej.
    Kwestia natężenia zakłamywaniem się, tych mieszkańców.

    No i znowu partie, które na wiersze za jednym kopiuj - wklej tu tkwią.
    O sprawności narracyjnej nie będę powtarzać.
    5.

    "Pęczniejesz
    pod moją skórą. Biały atrament
    wlany do szklanki spirytusu.
    Domek dla lalek

    owinięty czarnym płótnem."
  • Florian Konrad tydzień temu
    dzięki
  • Canulas tydzień temu
    Komentarz kopiuj-wklej.
    Znów bardzo dobre, znów detale, które powinny wkurwiać, ale ogrom jakościowej treści je kompletnie dominuje. Także nawet ich nie zaznaczam, nie wyjmuję z tekstu. Będziesz chciał - znajdziesz.
    Ja tu jestem dla treści.
    Treść robi robotę (choć czasem popadasz w lekkiego Uroborosa)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania