kamienie ['15] /proz

I siedzę sobie, nieplanowanie. Pode mną leży kamień, przede mną szemrze młody jeszcze, nieokiełznany potok, nie wie jeszcze, co go czeka, nie wie jeszcze, jaką dostojną potęgą zostanie już za kilkanaście kilometrów, nie wie – ale wie, bo pędzi ufnie w stronę wielkorzecznej przyszłości; obok mnie i przede mną, na drugim brzegu, falują krzaki, falują trawy, kwiaty falują i reszta rodziny, i gałęzie drzew, głównie brzóz, falują tanecznie, gdyż nie boją się drzewa wyciągać korzeni ku życiodajnej rwącej wodzie, nie boją się upadku ze skarpy – pną się dzięki temu najwyżej z nas wszystkich tutaj, mądre, odważne drzewa. Tak tu jest, my sobie tu siedzimy czy przemykamy tędy, nad nami drzemie kilka obłoczków, a jeszcze wyżej nad nami słońce, które zgodnie z jednym ze swych wspaniałych zwyczajów, niebo niebiesko a i nas swoiście maluje. Siedzę sobie, i dobrze mi tutaj, i sądzę, że nie tylko mnie, ale i wszystkim nam, ba, im może nawet w większym stopniu, przyjemnie tu, dobrze tu, tutaj właśnie. A mogłem samemu wymyślić jakąś drogę, a mogłem pojechać gdzie indziej; do jakiegoś konkretnego tak zwanego kraju, dalekiego bądź nie aż tak dalekiego, w jakieś okolice chwalone tu i tam, z jakąś tak zwaną kulturą nieznaną się obeznać, i tak dalej; w inne, powszechnie uznane za zachwycające miejsca mogłem pojechać. Ale czy tam natrafiłbym na tak wygodny kamień? Ale skąd przypuszczenie, że tam na tak wygodny kamień natknąć się można bez problemu – a tu z trudem?

Bo jak to najczęściej wygląda, taki wybór kamienia? Wieść się niesie gromkim echem, że oto w takim a takim miejscu zniewalająco wygodny kamień ktoś odnalazł. I na sygnał tu, tam, jeszcze gdzie indziej, we wnętrzach wielu, wielu głów rozpoczynają się przygotowania do dotarcia w takie a takie miejsce, do dotarcia do czyjegoś celu. Gdy już po wielu wyrzeczeniach, po żmudnym okresie oszczędzania, po ubliżających błaganiach o chwilę wolnego czasu uda się wyruszyć – pędzi się w tę chwaloną stronę, nie swoją stronę. I przybywa się tam wypełnionym po brzegi fałszywym entuzjazmem będąc, i wypytuje się, przepraszam gdzie ten kamień pan tu mieszka pan mi powie, przepraszam państwo też do kamienia państwo wiedzą gdzie on, dzień dobry czy ten autobus jedzie do kamienia proszę o bilet dziękuję, no mów mi tu natychmiast mój telefonie gdzie ten kamień no kurwa nie zawieszaj się, przepraszam czy to już tu czy to tu ma mi być wygodnie, i w końcu znajduje się ów, tłumnie otoczony, w gwarze i ścisku się czeka na swoją kolej bądź nie, bo może to akurat kamień nie aż tak popularny, niemniej w dalszym ciągu czyjś, i się zasiada na nim na chwilę, się jak najsilniej zagłusza swoje własne odczucia wobec sytuacji w którą się siebie wprowadziło, na przykład jak najżarliwszym wzbudzaniem w sobie stanów, które się planowało tutaj odczuwać, czy na inny przykład skopiowaniem stanu emocjonalnego, w jakim powinno się tutaj znajdować, od ludzi wokół, którzy też swoje emocje-falsyfikaty kopiowali do kogoś czy sami w sobie wzbudzili, się śmieje czyimś śmiechem, się cieszy czyimś cieszeniem, się na tłok narzeka czyimś narzekaniem, się chwali bo być tu to przecież powód do chwały, a później się wraca i się żyje wspomnieniem bycia w miejscu, w którym kiedyś komuś było wygodnie, co do którego zapewnia się, że tu wygodnie i przyjść tu to słuszne, więc teraz i mi w nim było wygodnie i to powód do dumy, że tak czyimiś drogami chodzę na czyichś kamieniach się rozsiadam. A przecież – co to za chodzenie? Przecież idąc czyjąś drogą samemu nie dochodzi się nigdzie, a wyłącznie sprawdza, gdzie doszedł ktoś inny, jak to chyba już ktoś kiedyś zauważył. A przynajmniej powiedział.

I właśnie, ja też tak mogłem; i to by było normalne, nie tak, jak to tu teraz, bezimienne miejsce pół kilometra od szosy międzymiastowej, siedzenie na banalnym kamieniu obok wąskiego, dziecinnego fragmentu wielkiej rzeki. Ale ja nie wybrałem normalności. Jak i nienormalności nie wybierałem, nie rozmyślałem nad celem drogi, ni tej nieważnej geograficznej, ni tej prawdziwej jedynej, mojej koniecznej. Nie, ja się tylko zacząłem wsłuchiwać nareszcie w zagłuszany długo, potwornie za długo, delikatny i wzniosły głos przyczyny sprawczej. Głos, który od dawna już błagał o posłuch, który przeraźliwie rozległą ilość czasu bezpowrotnie utraconego wzywał do rozejrzenia się, do obudzenia się, do ruszenia, do nareszcie ruszenia; ten głos uświadamiający, że w kwestii ruszenia jedno jest ważne pytanie, że jedno jest pytanie, na które można zauważyć odpowiedź – skąd. Nie dokąd ruszyć, nie gdzie się dojdzie, to niepoznawalne, to ucieczka, ucieczka w daremną antycypację nieznanej przyszłości, nie rozważania nad tym, dokąd pójść są ważne, a nad tym, skąd wyjść. Nad tym, że wyjść stąd. Bo w każdym miejscu, które należy opuścić, nic człowieka nie trzyma, poza pętami przez coś czy kogoś narzuconymi, często jeszcze w czasach beztroskiej, ufnej niewinności, a z biegiem lat zaciskanymi coraz bardziej dusząco. A nie ma tych pęt, tych smyczy, tych łańcuchów, a nie ma powodu, by nie przeciąć ich bezlitośnie, nie zerwać, jeśli się czuje ich obecność; a i jeśli się jej nie wyczuwa, nie oznacza to, że ich nie ma, a najpewniej, że się jeszcze nie rozejrzało odpowiednio przenikliwie. A każde rozważania nad kierunkiem dalszej drogi, nad tym, co potem, nad tym, dokąd iść, to wyłącznie ucieczka, bieg i poganianie wrzaskiem nabytego wpojonego lęku, ucieczka przed głosem pytającym, dlaczego jeszcze się stąd nie wyszło? – przecież już pora, już pora od dawna. Więc nareszcie otworzyłem zasklepione uszy na ten głos, posłuchałem tego głosu, i ruszyłem, i nie myślę dokąd, nie myślę normalnie. Materialnie zresztą – zawsze się dokądś dojdzie, zawsze idąc po prostu w popularnym, błahym znaczeniu tego słowa, dojdzie się w jakieś materialne otoczenie, więc jedyną rzeczą istotną jest, jak to często bywa, rzecz nienormalna – by otoczenie i droga fizyczna nie zaćmiły idącemu idącego i jego drogi prawdziwej swoistej, o co bardzo łatwo, gdy się wymyśli jakiś cel geograficzny topograficzny materialistyczny, nie mówiąc o równoczesnym obłożeniu się automatycznie wykwitającymi z owego wymysłu oczekiwaniami. Więc idę i ja jakąś bezwzględnie konieczną w tym świecie drogą materialną, ale nie ma ona celu, nie zamknąłem sobie oczu nadaniem jej jakiegoś celu, dzięki czemu każdy punkt drogi może być wiecznym a efemerycznym, niepojętym celem; dzięki czemu mogę siedzieć teraz na tak wygodnym kamieniu, dzięki wsłuchaniu i wsłuchiwaniu się w wołanie przyczyny sprawczej, i dobrze mi tu, i przyjemnie, i w innym miejscu, materialnie identycznym może, strasznie i druzgocąco mi będzie – i z żadnego z tych miejsc nie mam prawa uciec, i w każdym z tych miejsc nasłuchiwać muszę głosu mówiącego – ‘jeszcze nie’, ‘już pora’. I jeszcze o jednym wiem teraz, niesłychaną wiedzą obdarza mnie strumień rozradowany, patrząc nań widzę teraz wyraźniej niż kiedykolwiek, że tylko wsłuchując się w piękny głos wieloimiennej tajemnicy, teraz, dla rozjaśnienia sobie rozważań, nazywanej przyczyną sprawczą, tylko wtedy znaleźć się można w objęciach czekającej z cierpliwym wytęsknieniem wieloimiennej tajemnicy, którą dla rozjaśnienia sobie słów strumienia, nazwę teraz przyczyną celową. Tylko słuchać wnikliwie, słuchem wyostrzonym – by nie pomylić jej głosu z napastliwym charczeniem nabytych, wżartych, zewnętrznych kłamstw.

...

I był tonący teraz w bagnie zapomnienia okres spoglądania otwartymi oczami, którego strzępy niezdarnie jeszcze usiłuję wyciągać. I potem nadeszło uspokojenie, błogie uspokojenie, niewiarygodne, bardzo rzadkie dla mnie uspokojenie. I – i kiedy to przemknęło? Siedziałem swobodnie, uśmiechając się nawet przelotnie ale szczerze, więc o ile więcej taki uśmiech znaczy, chociażby jak najrzadszy, od nieustająco przyklejonego do zamaskowanej twarzy?, więc dopiero co było nie najgorzej, przejaśniało się i nienachalny a zarazem nienużący spokój, a teraz, jak zawsze zdumiony, chociaż po tylu razach być zdumionym to głupota, ale i nie pierwsza i nie ostatnia z tych nie do wyrugowania, a poza tym człowiekiem jestem bądź co bądź, więc nic co głupie nie może być mi obce, zatem nie dziwi mnie moje bojaźliwe zdziwienie tym, co się dzieje teraz, teraz, gdy stwierdzam, bezsprzecznie niestety muszę, niestety, jak z każdym przymusem to słowo idzie w parze, stwierdzić – noc się skrada. Sinieją szarzeją granatowieją ciemnieją aż w końcu sczernieją domy, pole, łąka, zagrody, konie, rzeka, lipa, ptaki, dęby, płoty, i wszystko, co jeszcze widzę, co mógłbym nadal wymieniać, szczegółowo czy gromadnie, może nawet z jakimś sensem wyższym, a nie, jak to zrobiłem, bezładnie nieskładnie, ale gdzie sens byłby takiego działania, gdzie sens rozróżniania, wartościowania, skoro wszystko tak samo ta sama noc pochłonie?, co za różnica, kto umiera, gdy mowa o śmierci, takiej śmierci, nieodwołalnej śmierci?; i tu, i tu gdzie jestem, gdzie siedziałem i siedzę, i tu wedrze się niechybnie, oplecie stół ten, na którym, i długopis, którym, i ten kubek z coraz szybciej stygnącą herbatą i ten fotel rozkładany i to plastikowe krzesło – tak, nawet je, nawet trupa par excellence – to plastikowe krzesło, co pode mną, za mną, obok mnie i przy mnie, i fizycznie co nieważne i w swojej istocie co przerażające, ale jednak nie przed, ale i widzę i budująco niepewnie czuję, że możliwe, że nie przed; i te kolumienki nadtarasowy dach podtrzymujące, odrapane nieco ale niewzruszenie trwające sumiennie na posterunku, do czasu, gdy nie przeżre ich jakaś starość czy jakieś inne również niezależnie od wieku ofiary atakujące robactwo, przez co na spopielenie i zapomnienie zostaną wyrzucone, a zastąpią je inne, nowe – celem podzielenia ich losu; i ten słup szary betonowy, bezduszny więc dumnie wyprężony, dumnie naprężoną, skumulowanej, ściśniętej elektryczności drogę podtrzymujący, chociaż i bez niego swobodnie znalazłaby swoją, ale nie dla siebie pędzi wzdłuż kabli, a na zaspokojenie potrzeb czyichś, bo tylko by wykorzystać kogoś, wytycza się mu drogę, ten słup i ten następny i następne i poprzednie co sobie z rąk do rąk przewodzący przewód podają; i te ręczniki kolorowe jaskrawe jeszcze przez kilka momentów, wesoło z wiatrem tańczące, wesoło ale zachowawczo, bo tańczą trzymając się, by nie zatracić się w tańcu by nie porwała ich wietrzna tajemnica, na to im nie pozwolą ręce samozwańczego właściciela, tańczą trzymając się sznurka rozciągniętego nad moją głową z metr może czy nawet pół tego metra, tego którego nigdzie nie ma a niby jest wszędzie, jak każda relacja, to jedyne zjawisko, jedyna rzecz, o której można coś wiedzieć, zarazem tak strasznie nie wiedząc o niej niczego; i jeszcze więcej, jeszcze więcej – tak jak tam, tak i tu, nieprzeliczone ilości stworzeń i stworów i tworów obejmie skradająca się cyklicznie niepowstrzymana noc, zadusić zechce, przyssie się do tego wszystkiego i wyssie kolory drapieżnie bezlitośnie, i swoją smolistą sadzą sczerni wszystko to i każdego z tych, i znowu tyle czekania o ile nie zapomni się czekać, o ile nie da się nocy na zawsze pochłonąć, o ile przejdzie się tę długą ciężką straszliwie próbę przetrwania do momentu zapewne znów nieostatecznego zmartwychwstania, gdy słońce dalekie to teraz wydaje się, wiem, że niesłusznie, ale czym jest wiedza przy poczuciu?, wydaje się, że pokonane, z zaskoczenia zepchnięte z tronu zbierze siły i stanie do walki z nocą i odbierze jej skradzione światu kolory i wróci i rozda wspaniale. Tyle czekania, jak poradzić sobie jak przetrwać jak nie dać się zaczernić zgnieść zdusić zetrzeć zniszczyć zabić, gdy już czuję, już, już teraz namacalnie czuję, jak ciemne nocnopowietrzne macki powoli zbliżają się do mnie, jak są coraz bliżej z każdym ułamkiem ułamka sekundy jak już zaraz już, już teraz pochwytują mnie oplatają mnie wiążą mnie krępują boleśnie i wokół szyi zaciskają czarną nocną demoniczną pętlę i duszę się i czy wystarczy jasnego powietrza na noc? Czy dawno, dawno temu, w niepamiętnych teraz czasach, gdy był dzień, nabrałem odpowiednią jego ilość do płuc? Przekona się ktoś. Albo ja, albo ktoś, kto znajdzie to, co po mnie zostanie i przekona się, że nie wystarczyło. Ktoś się przekona, jak co dzień. Jak co krok. Ciekawe, kiedy ten drugi.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania