Kiedyś zaświeci Słońce cz.4

02.03.04.2015 r

 

Te trzy tygodnie bez Łukasza minęły znacznie szybciej, niż myślałam. Natłok obowiązków sprawił, że nawet nie zauważyłam, kiedy nadszedł dzień, a raczej noc, powrotu Łukasza. Brakowało mi go. Jego uśmiechów i czułych spojrzeń, którymi obdarowywał mnie niby przypadkiem.

Ta noc nie należała jednak do najspokojniejszych. Wichura za oknem nie dawała mi spokojnie zasnąć. Siedziałam w kuchni i czekałam na powrót mojego kolegi. Zaczynałam wątpić, czy w taką pogodę w ogóle przyjedzie.

Usłyszałam otwierające się drzwi mieszkania.

- Łukasz! – Objęłam go za szyję i mocno uścisnęłam.

- Wow, nie spodziewałem się takiego przywitania – uśmiechnął się.

- Yyy... Tak... Znaczy... Cześć – zmieszałam się.

- Cześć. Miło, że na mnie czekałaś.

- I tak nie mogłam spać.

- Jak Amelka?

- Dobrze. Śpi u Michała w pokoju.

- Czemu u niego?

- Grali w karty na łóżku i tak zasnęli, więc ich już nie rozdzielałam.

- To znaczy, że dzisiaj śpimy razem? - uśmiechną się cwaniacko.

- No, tak - zawahałam się przez moment.

- Fajnie – zmierzył mnie wzrokiem.

Miałam na sobie białą koszulkę niesięgającą nawet do połowy ud i nieznacznie wyłaniające się spod niej czarne spodenki.

- Nie budziła się po nocach? - Wrócił do tematu siostry.

- Nie, chyba się już przyzwyczaiła. Nawet zaczęła normalnie jeść – odparłam wesoło.

- A lokal?

- Wszystko jest w porządku. Nie musisz się martwić.

- Dziękuję, że się tym zajęłaś.

- Trzeba sobie pomagać, co nie?

Łukasz poszedł do Amelki. Pogłaskał ją, pocałował w czoło i wrócił do mojego pokoju. Położyliśmy się do łóżka. Wichura przybierała na sile. Niepokoiło mnie to. Gdy usłyszałam nagłe uderzenie dużych kropel deszczu o okno, aż podskoczyłam.

- Boisz się? - Położył rękę na moim ramieniu.

- Mam traumę z dzieciństwa – szepnęłam.

- Co takiego się stało?

- Gdy miałam dwa latka, na nasz dom szła duża ściana wiatru. Zerwało nam wtedy połowę dachówek. Niby tego nie pamiętam, ale kiedy tylko wieje silny wiatr mam ciarki na całym ciele.

- Na całym ciele powiadasz... Sprawdźmy. – Położył rękę na mojej talii. - Eee... Nie jest tak źle. Przytul się. Poczujesz się bezpieczniej.

Wtuliłam się w jego klatkę piersiową. Trzymał mnie mocno i pewnie, a cudowny zapach jego dezodorantu przyprawiał mnie o zawrót głowy.

- Lepiej? - zapytał.

- I to o wiele lepiej – szepnęłam, obejmując go.

 

03.04.2015 r

 

Przespaliśmy tak całą noc. Nie dość, że naprawdę się wyspałam, to jeszcze było mi tak wygodnie... Niestety obudził mnie budzik. Jego dźwięk był ostatnim, jaki chciałam usłyszeć. Przetarłam zaspane oczy i sięgnęłam po telefon.

- Która godzina? - szepnął nieprzytomnie Łukasz.

- Wpół do siódmej – odparłam od niechcenia.

- Po co wstajesz tak wcześnie, skoro do pracy masz na dziesiątą?

- Bo muszę upiec placki na święta, a Michał chciał, żebym zrobiła jeszcze babeczki. Na jutro zostały mi jeszcze sałatki i mięso.

- Kiedy ty chcesz się z tym wszystkim wyrobić?

- No, właśnie nie wiem. Część rzeczy mam już zrobionych, ale do końca jeszcze daleko. Także... Puść mnie, muszę wstać. - Chciałam wyślizgnąć się z jego objęć.

- Nie idź jeszcze... - Przytulił mnie mocniej. - Jak sobie radzi ta nowa Kaśka w lokalu?

- Całkiem dobrze... Rozgarnięta dziewczyna muszę przyznać.

- Poradziłaby sobie bez ciebie?

- Chyba tak.

- To zrobimy tak... Masz wolne dzisiaj i jutro. Wystarczająco się napracowałaś ostatnio. Po otwarciu pojadę do restauracji i zobaczę, co i jak, a później przyjadę i razem wszystko zrobimy.

- Chętnie – ucieszyłam się.

Spaliśmy jeszcze dwie godziny.

Kiedy się obudziłam, nasze twarze dzieliły milimetry. Napięcie wisiało w powietrzu. Jak za chwilę nic się nie wydarzy, to nic nigdy między nami nie będzie. Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy. Zerknął na moje usta. Uśmiechnęłam się. „No dalej, zrób to”, pomyślałam. Przyciągnął mnie jeszcze bliżej siebie. Muskaliśmy się nosami. Już zamknęliśmy oczy... Nagle do pokoju wpadł Michał.

- Karo, a ty nie miałaś jedzenia na święta robić? - zapytał.

„I wszystko diabli wzięli”.

- Puka się... Będę robić, tylko później – odparłam trochę zła. - Coś jeszcze?

- Głodni jesteśmy.

- Znasz drogę do lodówki... Tylko weźcie sobie coś z dolnej półki. Reszta jest na święta.

- Ok. – Wyszedł, trzaskając drzwiami.

Z Łukaszem popatrzyliśmy się na siebie. Wybuchliśmy śmiechem. Opowiadałam mu, co się działo podczas jego nieobecności. Usłyszeliśmy pukanie do drzwi.

- Proszę! - zawołałam.

- Mamy dla was śniadanie. – Michał z Amelką przynieśli tacę z jedzeniem i postawili na łóżku.

- To miło z waszej strony, dzięki – uśmiechnął się Łukasz.

Na tacy był talerz z kanapkami obficie posmarowane dżemem truskawkowym, jeden kubek z kawą i drugi z herbatą.

- Taaa... Tyle dżemu ładuje tylko Michał – zaśmiałam się.

- Zamiast kanapek z dżemem mamy dżem z kanapkami – wtórował mi Łukasz. - Wolisz kawę, czy herbatę?

- Herbatę. Nie lubię kawy.

Łukasz wziął łyk kawy. Po jego minie wnioskowałam, że to nie była najlepsza kawa, jaką pił.

- Nie wiem, z ilu łyżeczek zrobili tę kawę, ale takiej siekiery jeszcze nie piłem.

- To jest pierwsza kawa Michała... Jeszcze się nauczy.

Zjedliśmy śniadanie, śmiejąc się i rozmawiając. Mój współlokator z trudem przełykał kawę. Uroczo wyglądał, tak się krzywiąc.

- Sorki, Karola, ale ja tego nie dopiję. Nie ma szans. Prędzej mi pikawa siądzie.

- Tam jest kwiatek. – Wskazałam na parapet.

- Mogę?

- Pewnie. – Wzruszyłam ramionami.

Łukasz wylał resztę kawy pod kwiatka. Widocznie mu ulżyło, że nie musiał tego pić.

- Dobra, idę pod prysznic i jadę skontrolować mój interes – stwierdził.

- Musisz jechać do restauracji, żeby interes skontrolować? Nie prościej by ci było pod prysznicem spojrzeć w dół? - zaśmiałam się.

Pochylił się nade mną.

- Mój interes jest zbyt duży, żeby go ujarzmić pod prysznicem – szepnął obniżonym, zmysłowym głosem, patrząc mi prosto w oczy, tak aż mnie ciarki przeszły.

Z delikatnym uśmiechem lekko przygryzłam dolną wargę.

- Gratuluję interesu.

Tuż przed południem dzieciaki poszły do parku jeździć na rolkach, a ja zostałam sama i zagniatałam ciasto na babeczki. Wówczas z restauracji przyszedł Łukasz.

- Już jestem – oświadczył dumnie.

- Hurra! - zawołałam, jakby jego powrót był wielkim osiągnięciem.

- To w czym ci mogę pomóc?

- W szufladzie są foremki. Wysmaruj je masłem.

- Już się robi. – Ochoczo zabrał się do pracy.

Nagle włożył rękę w mąkę i oprószył mnie. Zrobiłam to samo. Zaczęła się bitwa na mąkę i kakao. Cali byliśmy biało – brązowi, a uśmiech nie schodził nam z twarzy. Łukasz złapał mnie w pasie i oparł o blat. Nasze spojrzenia znowu się skrzyżowały. Na moment spoważnieliśmy. Czas stanął w miejscu. Serce uwięzło mi w gardle. Przybliżył się jeszcze trochę. Zaczął delikatnie muskać moje wargi. Powoli, subtelnie, jak dotyk skrzydeł motyla. Z każdą sekundą pocałunek zyskiwał na sile i namiętności. Łukasz podniósł mnie i posadził na blacie. Zaczął dotykać moje nogi i plecy. Wsunęłam palce jednej ręki w jego włosy, a drugą gładziłam go po twarzy. Oplotłam nogami jego biodra, a on zaniósł mnie do pokoju. Zamknął za nami drzwi...

Co tam się działo niech zostanie między mną a nim. Przyznam jedynie, że było nieziemsko.

Następne częściKiedyś zaświeci Słońce cz.5 ost.  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Bogumił 2 miesiące temu
    Bardzo podoba mi się ten tekst. Dziękuję autorce za miłą rozrywkę.
  • Nysia 2 miesiące temu
    Dziękuję :)
  • Antoni Grycuk 2 miesiące temu
    Zobaczę, co będzie dalej, ale po nie najgorszym początku zrobiło się trochę nudnawo i ... sztucznie.
    Także wypowiem się na koniec, bo widzę, że to przedostatnia część.

    Łukasz wylał resztę kawy pod kwiatka. Widocznie mu ulżyło, że nie musiał tego pić.
    Co to za stwierdzenie to drugie zdanie? O co w nim chodzi? Ani to odwołanie do jakichś poprzednich słów, ani nic konstruktywnego. Wywaliłbym je.

    - Musisz jechać do restauracji, żeby interes skontrolować? Nie prościej by ci było pod prysznicem spojrzeć w dół? - zaśmiałam się.
    Pochylił się nade mną.
    - Mój interes jest zbyt duży, żeby go ujarzmić pod prysznicem – szepnął obniżonym, zmysłowym głosem, patrząc mi prosto w oczy, tak aż mnie ciarki przeszły.
    Szczerze? Mnie tez przeszły ciarki. Ale dlatego, że to było słabe. Jakoś połączenie tego typu dowcipu ze zmysłowym głosem działa na mnie osłabiająco. Ale pewnie to moje subiektywne zdanie.

    Wówczas z restauracji przyszedł Łukasz.
    - Już jestem – oświadczył dumnie.
    - Hurra! - zawołałam, jakby jego powrót był wielkim osiągnięciem.
    - To w czym ci mogę pomóc?
    - W szufladzie są foremki. Wysmaruj je masłem.
    - Już się robi. – Ochoczo zabrał się do pracy.
    Mam pytanie. Czemu ma służyć ten dialog? Bez niego cały tekst byłby niezmieniony. Dziewczyno, to jest tak zwany zapychacz i tylko. Bo ani to nawiązanie do czegokolwiek, ani coś interesującego. Ja bym się go pozbył.

    Pozdrawiam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania