Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Kiepskie karty, złe wybory dróg — część IX

Penia (II)

 

Xcaret — by wiatr zrodzony z oddechu był pierwszym ludzkim szeptem, jaki usłyszy Bóg.

 

— Spakuj ze sobą wszystko, co kochasz, Lexa. Masz tylko jedną minutę. Zaczęłam odliczanie dziesięć sekund temu.

Już wtedy, Jezu, ile to lat, miał ciągoty do poprawiania starszych. Zresztą, starszych, młodszych, funkcyjnych, nauczycieli. No, wszystkich. Kiedy jednak babinka, nie jego prawdziwa babka, ale taka od serca, taka od "masz i zjedz, chociaż mało", dodała do tej minuty niepotrzebne dookreślenie – nie sprostował.

Nie, że strach, bo skoro żyjesz w kraju, gdzie można na podstawie czyjegoś kaprysu wymazać calutkie wsie, szybko akceptujesz absurdalność. Nie skorygował babinki Tudy z szacunku.

Stara cebula zegarka kieszonkowego, iluzja chwil odmierzanych. Cyk-cyk, cyk-cyk, dwadzieścia. Cyk-cyk, dwadzieścia pięć. Ludzie zawsze dążyli do absolutnej dominacji nad wszystkim.

— Ale jak, że minutę, babciu? Wszystko, co kocham? I trzeba to zdefiniować. Rzeczy materialne, duchowe, czy jeszcze...

Obrzuciła wzrokiem krzywy stół, na którym zieleń przydomowych roślin obsypywała stos zarobaczonych kartofli. Jej wyrzeczenia kontra jego marzenia. Sześćdziesiąt sześć lat różnicy, a wciąż obowiązywał kontrakt zwany miłością.

— Pół minuty, Lexa. Bierzesz wszystko, co kochasz i do drzwi. Czego nie weźmiesz, nie ma. Trzydzieści pięć.

Najczęściej mówiła Lexa lub, kiedy była wkurzona, wołała Lex, ale nigdy nie nazywała go Alexem. Stare czasy łapanek. Stare czasy modlitw wznoszonych pod trzęsącym się od nalotów żyrandolem. Spadające bomby wyburzyły większość sąsiednich kamienic, lecz ich ikona Matki Boskiej "Cierpiącej" nigdy nawet nie spadła, choć wisiała na tak maleńkim gwoździu, że śmiało mógł robić za igłę. Stare czasy wszystkiego lub niczego. Zależy czy je przeżywasz, czy wspominasz. Doświadczasz czy opowiadasz. Czasy współdzielonych trudów, najmocniejszego cementu jakim obrodził świat. Bo co z tego, że umiera sam ból, skoro nie zdycha po nim pamięć, a pierdolone pety niedogaszonych wspomnień tlą się przez resztę życia?

Ruszył przy ośmiu. Nie wziął ze sobą nic.

*

— Jak się teraz czujesz?

Płakał, nie odpowiedział, lecz gdyby nie płakał, również nic by nie odrzekł. Na małej węglowej kuchni w cynowym garnku – niezwykle ciemna zieleń, choć jeszcze nie kolor khaki – gołębie mięso wchodziło w fazę zdatną do konsumpcji, roznosząc po pomieszczeniu pewien zapach. Zapach, przed którym dzisiejsi, wymuskani pod korek, dżentelmeni razem ze swoimi delikatnie jedwabnymi połowicami zapewne bez zastanowienia dodaliby przymiotnik "przykry". Jeśli jednak ktoś nie jadł dłużej niż cztery dni, bardziej określiłby zbliżający się posiłek mianem cudu.

— Jak się z tym czujesz, Lex?

Kiedy trwa wojna, trzynaście lat to już dużo. Otarł rękawem łzy. Kobieta w tym czasie odstawiła naczynie, przegrzebała pogrzebaczem w piecu i dołożyła pół szufelki miału. Następnie postawiła gar z powrotem. Trochę gorącej wody spadło z sykiem na rozgrzany blat. Alex uwielbiał obserwować, jak kropka ucieka po gorącej tafli, daremnie próbując uniknąć szponów śmierci. Jak karleje, karleje i karleje, by w końcu wyparować. Obserwował cały proces wielokrotnie i nie pamiętał, by którejkolwiek z nich udało się ocalić wodną skórę. Zupełnie tak jak ludzie w ich miasteczku. Często ci, których znał.

— Jak się z tym czujesz?

— Źle.

— Wiesz, czego się nauczyłeś?

Pokręcił głową.

— Nie nałożę nic na talerz, jeśli nie odpowiesz, Lexa.

Wierzył jej. Ludzie-skały, to ci, którzy nawet płacząc nad trupami bliskich, pamiętają, by ci obcerować gacie czy nagotować jeść. W ludziach-skałach może się ukruszyć tylko fragment, ale nie ma to nigdy wpływu na monolit.

— Nie, babciu — pisnął. — Nie wiem, czego mnie to nauczyło. Jest mi przykro. Źle.

— Pomyśl, Lexa. To nie ja mam ci powiedzieć czego. Mięso się rozgotuje. Zaraz będziesz jadł papkę.

Spojrzał w kierunku gara.

— Działania pod presją czasu?

— Bujdy tam.

— No to nie wiem chyba.

— Pomyśl!

Pomyślał, ale "dokonywanie wyboru" również nie było odpowiedzią, której oczekiwała. I kiedy już wizja rozgotowanej brei mościła sobie gniazdo w jego głowie, nagle spłynęło olśnienie.

— Powinienem zabrać ciebie, babciu. Chwycić za rękę i wyprowadzić pędem na korytarz. Powinienem zabrać tylko ciebie.

Nabrała na drewnianą łyżkę kawał mięsa, lecz kiedy już sądził, że to jego nagroda – zjadła. Następnie, całkiem solidnie, pacnęła go prosto w głowę. Zabolało.

— Głupiś! Masz minutę tylko. Mi-nu-tę. Czyli bardzo się spieszysz. Pewnie uciekać musisz, bo innego co? I powiedz mi teraz, będziesz ciągał za sobą starą babę? Takiś mądry?

Zbaraniał, ale to babki Tudy w niczym nie powstrzymało.

— Czemu płakałeś, Lexa? Nie ma już czasu. Mów!

— Bo... nic nie wziąłem. Myślałem o książkach, o wiedzy. Myślałem też o jedzeniu. Wpadło mi do głowy, żeby zabrać ze sobą jakąś broń. Tyle że tego czasu było mało i...

— I?

Płacz znów w nim zawisł niebezpiecznie wysoko. Niczym złośliwy wspinacz, próbujący pokonać oblodzoną górę. Jeszcze jedno, góra dwa uderzenia czekanem i wojna, nie wojna, znowu się tutaj rozbeczy.

— I nie wziąłem nic z tego wszystkiego. Nic! Słyszysz? Nie zabrałem absolutnie nic?

Nałożyła posiłek, polała gorącym tłuszczem i doprawiła kawałkami grzybów. Całość zatrzymała w powietrzu, dokładnie naprzeciw jego małego, niemal ciągle zakatarzonego nosa. Spytała, czy zdążył dobiec.

Skinął.

— A więc zabrałeś wszystko — wyjaśniła coś, czego w tamtej chwili nie zrozumiał. Dużo ważniejszy był dźwięk talerza stukającego o pokryty brudną ceratą stół. Dużo istotniejsze było napełnienie brzucha. Coś tam jeszcze mówiła o tym, że wkrótce wyjadą, ale ten cały głód i... tylko mu się utrwaliło ogólne wrażenie ekscytacji, jakim emanował jej tubalny głos. Samego sensu słów nie zapamiętał, a kiedy wiele lat później o tym momencie śnił, zawsze zapamiętywał go inaczej.

W każdym razie zdołał się wydostać tylko on. Babka Tuda zmarła podczas snu. Wojna niemal na progu. Spadające bomby, ogień i zniszczenia już pukają do drzwi, a ona po prostu zasnęła. Odeszła. Zostawiła go.

 

*

Otworzył oczy. Szaro. Prawie ciemno. W sumie to bardziej ciemno.

— Co?

— Co, co?

Głos Thelmy, czyli witaj ponownie, wkurwiający świecie.

— Mówiłeś coś w stylu: każdy uważa, że zawsze może być lepiej, ale rzadko kto myśli o tym, jak bardzo może być źle. Takie rzeczy. I coś tam o jakiejś babce.

Przetarł oczy i twarz, po prawej stronie głowy wymacując niemal barani róg. Strzyknął śliną i mimo że widoczność nie pozwala jednoznacznie stwierdzić, po posmaku stwierdził, że właśnie wypluł krew. O dziwo, wstało mu się całkiem zwyczajnie i poza ogólnym potłuczeniem, czuł, że nie jest źle. Lekkie ćmienie w głowie, jakieś łupanie w krzyżu i trochę bark. No, po namyśle, to bark nawet i bardzo. Mobilność ograniczona do zaledwie niepełnego wyprostowania ręki, ale o żadnym uniesieniu nie ma mowy. Szukając na siłę pozytywów, można się cieszyć, że lewa, ale to takie wyciąganie pestek wiśni z wczorajszego gówna. Wystarczyło piętnaście sekund manewrów tym pięciopalczastym ochłapem, żeby mniej więcej oszacować problemy.

— Możemy już iść?

— Iść? Gdzie?

— Penia. — Przewróciła ostentacyjnie oczami. — Pamiętasz Penię, nie?

— Taaa. — Machnął jeszcze w kilku kierunkach, by się upewnić, pod jakim kątem najmocniej ból ogniskuje. — Pamiętam tego urojonego chłopca.

— To dob... znaczy, nie, czekaj. On był prawdziwy, on....

Wystawił w jej kierunku uszkodzoną rękę, podkurczając dwa najdalsze od kciuka palce. Zmrużył oko.

— Bam!

Stali przy szutrowym trakcie, którego granice wyznaczał sznur rzecznych kamieni hipnotycznie osrebrzany przez księżyc. Polip bez trudu wyobraził sobie świat tego miejsca równo sprzed stu lat, widząc, jak bity kamieniem gościniec ślizga końskie kopyta. Posłyszał tętent. Zobaczył upiorne twarze uciekających bandytów o ostrych rysach twarzy i bestialstwie wyzierających z oczu. Do jego nozdrzy napłynął zapach opiekanego nad wolnym ogniem halibuta.

— Co za bam? Jakie bam, Polip?

Przywołany jej malkontenctwem — wrócił i spojrzał na świat. Omiótł wzrokiem każdą z czterech stron, następnie górę, aż po graniczące ze skręceniem karku zadarcie głowy i jak najgłębiej dół. Wszędzie, gdzie patrzył, świat był.

— Więc pytam, co to...

— Nic, głupolu. Zastrzeliłem cię odwiecznym prawem drogi.

— Ty chyba serio dostałeś w ten łeb mocniej, niż myślałam. Prawem jakiej drogi?

Zbratane z ciemnością oczy namierzyły niewielką stertę drewna. Niewielką, ale zarazem idealną, by glebnąć, odpocząć i rozwiązać krzyżówkę własnych planów na najbliższą noc. Skierował kroki w upatrzoną stronę.

— Prawem Johna Wayne'a, jeśli wolisz. Taki tam mój komfort. Nie zrozumiesz.

Ruszyła obok, drobiąc kacze kroczki. Mała dziewczynka-wulkan, którą możesz w jednej chwili uwielbiać, by w następnej błogosławić temu, kto ją zabił.

— Taki tam mój komfort — wciąż przedrzeźniała, gdy przysiadał na równo ciosanym pieńku. — Nie zrozumiesz. Za głupia jesteś, by pojąć, Johna Wayne'a. Za mało mądra. Patrzcie go. Kowboj bez siodła się znalazł.

Westchnął wraz z wypowiedzią, więc cicho brzmiące "spierdalaj", nie zostało przez nią docenione.

— A może zamiast gadać głupoty, opuść tę strefę komfortu, jak ci nie służy.

Ponowił głośniej, ale go zagdakała, w kółko maltretując jeden zwrot. Nie było wyjścia i koniec końców ustąpił.

— Opuściłem — wygłosił zmęczonym głosem. — I jak? Szczęśliwa?

Przyjrzała mu się badawczo, obchodząc pieniek i coś do siebie mrucząc. W końcu zapytała, czy na pewno. Pobity jej cholerną upierdliwością szybko odparł, że tak. Nic z tego. Thelma czasami przypominała państwo, które nie lubi granic.

— I jak się teraz czujesz, panie kowboi? Jak ci z tym, że opuściłeś strefę swego, uwaga, KOMFORTU?

Wziął ją na przeczekanie. Nic z tego. Pięć minut wroniego krakania, zaklętego w tym jednym słowie "jak?" Cholery można dostać z tą... cholerą.

— Jak? Jak? Jak? Jak?

— Jak mam się czuć? Czuję się niekomfortowo. Zadowolona?

W pierwszej chwili znowu usłyszał: "Jak?" Nie wytrzymał.

— Thelma jak ja cię zaraz...

— Tak — pisnęła. — Powiedziałam "tak". Zadowolona. Chodźmy.

— Jezu. Gdzie?

Objechała go wzrokiem, jakby pytanie było co najmniej nie na miejscu. Wskazała ręką kierunek.

— Aa. Poznać Penię. Be. Pomóc Penii. Ce. Żyć długo oraz szczęśliwie. Znaczy, ce, to dla ciebie, bo ja już, jakby, nie zdążę.

— Musimy teraz?

Zasłane gwiazdami niebo przywodziło na myśl poblask stuletnich, oleistych lamp, które w ubiegłym wieku zapewne były głównymi dawcami światła. Teraz zostały wyparte przez patykowate latarnie, przypominające stolikowe lampki, jakie mogłyby stać na biurkach w gigancim świecie. Wiatr też był dzisiaj dziwny. Taki... znienacka. Model na gwałciciela. Zawieje, dmuchnie i cisza.

— Musimy, panie John Wayne — nakazała. — Podnieś cztery litery!

Głos spokojny i miły, ale kto nie zna, ten kupi. Nie było się co targować. Zero szans.

Wstał.

Średnia ocena: 4.3  Głosów: 15

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Ritha tydzień temu
    :))
  • Canulas tydzień temu
    :))
  • Margerita tydzień temu
    wrócę tu jutro
  • Canulas tydzień temu
    Ok, ładnie się ubiorę i spryskam dezodorantem "Brutal".
  • betti tydzień temu
    Ja też wrócę jutro... nie musisz się ubierać.
  • Canulas tydzień temu
    Heh, no dopsz... Muszka i cylinder - zanotowano.
  • Elorence tydzień temu
    Dobra, jestem. Musiałam na chwilę wskoczyć do poprzedniej części, aby w miarę ogarnąć, gdzie jestem i co dalej.
    Ok, jestem Delma, jest Polip i chyba miał jakieś dziwne wspomnienie w przeszłości, gdy tak leżał poturbowany. Miał kiepskie dzieciństwo, ale czego ja się spodziewał po Brudnym Noirze? Że był szczęśliwym, pryszczatym nastolatkiem, który codziennie jadł steki?
    No właśnie.
    Delma, jak to Delma. Bawi, chociaż tak jak napisałeś, czasami dziękuje się temu, co ją zabił :D Taki czarny humor. Ale, gdyby nie ona, Polip pewnie wiele rzeczy by nie zrobił. To było pewne. Ona była jego siłą napędową.
    Nie umiem się doczekać, gdy powrócisz do sprawy jej kości :) Bo w tym co napisałeś, ona żyje, ale to przecież nie ten czas.

    Wybacz, że komentarz beznadziejny, ale jakoś tak średnio czuję się na siłach na cokolwiek. A nie chcę sztuczności tu wrzucić, bo chyba zjadłabym sobie obie ręce...
    Pozdrawiam i wiesz, ja już czekam na dalszy ciąg :D
  • Canulas tydzień temu
    No właśnie, systematyczność jest kluczem, a jam ci w tej kwestii straszliwy kasztan. Ale mnie jedno zastanawia. Jak zestawiłaś ten tekst, tą serię , z metką Noir? Bo wiesz, tak trochę to nie jest Noir.
    Pozdro Elołapson
  • Elorence tydzień temu
    Can, Chryste... ja spałam te dwie godziny temu. Jak Boga kocham, spałam...
    Ja wiem, że to nie jest Brudny Noir, ale w ani jednej części nie pokazałeś człowieka szczęśliwego. Oni wszyscy dużo przeżyli i to same niemiłe rzeczy, wiecznie za czymś gonią, są w coś uwikłani. Niezbyt ładni, niezbyt zadowoleni z życia...
    I pewnie stąd przypięłam tę łatkę :(
  • Canulas tydzień temu
    Elorence, nooo, bo ja wiem czy w żadnym. Może niezbyt często, ale...
    Nie no, tak się śmieje. Spox, Elołapson. Wiem, że wiesz.
  • Ritha tydzień temu
    „— Spakuj ze sobą wszystko, co kochasz, Lexa. Masz tylko jedną minutę. Zaczęłam odliczanie dziesięć sekund temu” :)*
    *pierwsze zdanie już zmuszające mnie do kopiowania

    nie jego prawdziwa babka, ale taka od serca, taka od "masz i zjedz, chociaż mało" – to urocze

    „Stara cebula zegarka kieszonkowego, iluzja chwil odmierzanych. Cyk-cyk, cyk-cyk, dwadzieścia. Cyk-cyk, dwadzieścia pięć. Ludzie zawsze dążyli do absolutnej dominacji nad wszystkim” – i to mi się podoba

    „Obrzuciła wzrokiem krzywy stół, na którym zieleń przydomowych roślin obsypywała stos zarobaczonych kartofli. Jej wyrzeczenia kontra jego marzenia. Sześćdziesiąt sześć lat różnicy, a wciąż obowiązywał kontrakt zwany miłością” – a tu już mega *.*

    „Najczęściej mówiła, Lexa lub, kiedy była wkurzona, wołała Lex, ale nigdy nie nazywała go Alexem” – tu jest coś z przecinkami grubo nie tak :D Chociaż w zasadzie chyba tylko ten pierwszy przecinek jest dziwny.

    Ładnie o wspomnieniach.
    „Ruszył przy ośmiu. Nie wziął ze sobą nic” – tu mam schiza skojarzeniowego

    Zapach, przed którym dzisiejsi, wymuskani pod korek, dżentelmeni razem ze swoimi delikatnie jedwabnymi połowicami zapewne bez zastanowienia dodaliby przymiotnik "przykry" – hahahaha, taa, boskie

    „przegrzebała pogrzebaczem w piecu” – rozumiem, że to zamierzone
    „Trochę gorącej wody spadło z sykiem na rozgrzany blat. Alex uwielbiał obserwować, jak kropka wody ucieka po gorącej tafli” – 2 x „wody”

    „Wierzył jej. Ludzie-skały, to ci, którzy nawet płacząc nad trupami bliskich, pamiętają, by ci obcerować gacie czy nagotować jeść. W ludziach-skałach może się ukruszyć tylko fragment, ale nie ma to nigdy wpływu na monolit” – dokładnie

    Cały dialog z babcią cudny (— Nie, babciu — pisnął. — Nie wiem, czego mnie to nauczyło. Jest mi przykro. Źle <3). Jak mi ktoś podsuwa na myśl takiego pół-zakapiora jak Polip (pół, bo un dobry chop), to zawsze się zastanawiam jakie kobity go wychowały (nie że dyskryminacja, bo może i stary go wychował, ale często jest tak, że i taka np. babcia jest konkret-ludź)

    „W każdym razie zdołał się wydostać tylko on. Babka Tuda zmarła podczas snu. Wojna niemal na progu. Spadające bomby, ogień i zniszczenia już pukają do drzwi, a ona po prostu zasnęła. Odeszła. Zostawiła go” :(((

    „— Co?
    — Co, co?
    Głos Thelmy, czyli witaj ponownie, wkurwiający świecie” :D

    „Niewielką, ale zarazem idealną, by glebnąć, odpocząć i rozwiązać krzyżówkę własnych planów na najbliższą noc” – to jest ciekawe

    John Wayne! :DDD

    „Kowboi bez siodła się znalazł” – tego się nie pisze „kowboy” czasem (?)
    „Thelma czasami przypominała państwo, które nie lubi granic” – to jest boskie, i o strefie komfortu w odniesieniu do Polipa, w sensie ten zwrot w świecie Pincet, taaa, lubię

    „W pierwszej chwili znowu usłyszał: "Jak." Nie wytrzymał” – chyba pytajnik tam po „Jak”

    „— Aa. Poznać Penię. Be. Pomóc Penii. Ce. Żyć długo oraz szczęśliwie. Znaczy, ce, to dla ciebie, bo ja już, jakby, nie zdążę” – i to

    Ale. Zdaje mi się, pomimo zacności, ze dialog z Thelmą deczko przegadany. Tak ino ino. Choć może już mam lakoniczny schiz.

    „Musimy, panie John Wayne. — nakazała” – kropka po „Wayne” out

    Ok, przebitka na babcię zajebista, lubię retrospekcje i takie różne. Thelma – ok, jak to Thelma, potrzebna postać. Ale, drogi Canulardo, ja wychodzę z tej części niepocieszona :D Nie było Wiwacika... *10 płaczących emotikon*
    Żartuje, jest git, fajnie, że ruszyło i w temacie Pincet :)
    Pozdro(x)
  • Canulas tydzień temu
    Więc tak.
    "„przegrzebała pogrzebaczem w piecu” – rozumiem, że to zamierzone
    „Trochę gorącej wody spadło z sykiem na rozgrzany blat. Alex uwielbiał obserwować, jak kropka wody ucieka po gorącej tafli” – 2 x „wody”" - pogrzebacz zamyślnie, drugą "wodę" wytnę.

    Wiem, że nie ma Wiwata (w następnej nie będzie też). Wiem, że nie jesteś fanatyczką Thelmy (ja też nie). Wiem, że gadka z nią zbyt długa. Nie wiem czy coś z tym zrobię.
    Główny bład to upływ czasu od poprzedniej części, co potęguje i tak dość duże zagmatwanie. Wspomnienia podczas retrospekcji mogą poplątać i tak jak pisze Elo, musiała się cofać.
    Ciekawi mnie jak to wyjdzie w innym miejscu i czasie, kiedy to będzie można publikować systematycznie?
    Się okaże.
    Resztę poprawię.
    Pięknie dziękuję, Ritha.
    (Nie krępuj się. Wiem, że, ten, bez szałaaa) ;)
  • Ritha tydzień temu
    Ej, nie jest źle. Bywały lepsze części, bywały gorsze. Nie musi być Wiwata, to dżołk, gdyż lubię całą serię, klimat i syćko. Pisze jak jest, nie wymyślam zacności - one są, nie szukam na siłę zarzutów - czasem coś się w oko rzuci, wiec luz. No, odstępy czasu na pewno zaburzają odbiór, ale wiadomo jak jest.
    Oks, tyle jeszcze musiałam dodać :)
  • Canulas tydzień temu
    Ritha - bywały gorsze :)
    Czyli minimum dwa gniocisławy się po serii pałętają
  • Ritha tydzień temu
    Hahahaha. O Boże, co nie powiem przeciwko mnie :D Więcej nie skomentuje nic bez adwokata! :D
  • Canulas tydzień temu
    Ritha, oj tam.
  • Ritha tydzień temu
    Mój adwokat Głupa dupa oczekuje w kancelarii :D
    Ok, ide, gupafkę mam.
  • Canulas 5 dni temu
    Ritha - poprawiłem wszystkie błędy. Dziękuje.
  • Ritha 5 dni temu
    Canulas, chwali się :)
  • Margerita tydzień temu
    Dobra to jestem podobało mi i masz szczęście, że jest moja pupilka Thelmusia trochę mi szkoda Lexa oczywiście pięć
  • Ritha tydzień temu
    Mar, a wiesz kto to jest Lex? ;)
  • Margerita tydzień temu
    Ritha
    Lex to jest skrót od Alexa
  • Ritha tydzień temu
    Tak jest.
    A Alex to kto?
  • Margerita tydzień temu
    Ritha
    Alexander Polip
  • Margerita tydzień temu
    Ritha
    Alexander Polip
  • Ritha tydzień temu
    Woow. Brawo! Ogarniasz znaczy, super.
    Oddalam się celem nie-spamowania.
  • Canulas tydzień temu
    Margerita - dumnym z Twego kojarzenia. Naprawdę ogarniasz, a troszkę napieprzyłem. Dzięki.
  • kalaallisut tydzień temu
    Dotarłam :
    "skoro nie zdycha po nim pamięć, a pierdolone pety niedogaszonych wspomnień tlą się przez resztę życia" - prawdziwe i obrazowe i to:
    "jak kropka wody ucieka po gorącej tafli, daremnie próbując uniknąć szponów śmierci. ...wodna skóra"
    Prawem Johna Wayne'a, -:)"patykowate latarnie, przypominające stolikowe lampki, jakie mogłyby stać na biurkach w gigancim świecie. Wiatr też był dzisiaj dziwny. Taki... znienacka. Model na gwałciciela. Zawieje, dmuchnie i cisza." - bardzo ładnie budujesz klimat i obrazy, fajna wstawka ze wspomnieniami bohatera co jest najważniejsze żeby zabrać-nic :) Tyle Can pozdrawiam!
  • Canulas tydzień temu
    To jedna z tych części w czymś większym, która raczej sama w sobie broni się słabo, ale jest niezbędna la całości.
    Dzięki za wizytex, Kall
  • Adelajda 3 dni temu
    "Ludzie-skały, to ci, którzy nawet płacząc nad trupami bliskich, pamiętają, by ci obcerować gacie czy nagotować jeść. W ludziach-skałach może się ukruszyć tylko fragment, ale nie ma to nigdy wpływu na monolit." - to na swój sposób piękne

    Znowu powrót do wspomnień i to jeszcze dalszych.
    Dobra część, intrygująca.
    Teraz mogę napisać, że czekam na ciąg dalszy.
    Dobranoc :-)
  • Canulas 3 dni temu
    Ech, no. To jest dopiero hurt :)
    Nie czajnikujesz się.
    Pięknie.
  • Blanka 2 dni temu
    Polip&Thelma w sporej dawce plus baaaardzo dobry początek, w "klimacie" jaki bardzo lubię (choć przyznaję, że trochę się zgubiłam.) Mniej tego "luźnego" humoru, ale sporo "tych" pięknych zdań, przy których zwykle stosuje się akcje kopiuj-wklej. No, ale to nic nowego, podobnie jak to, że wiele ponad "podoba mi się" ułomność komentatorska nie pozwoli mi napisać.Niemniej, dopinguję tej serii bardzo. Gwiazdki chyba nie mają znaczenia, ale jakby, gdyby, coby- zostawiam komplet. Pozdrawiam
  • Canulas 2 dni temu
    Tak, miałaś prawo się zgubić, bo ja jestem umysłowy balas i stosuję retrospekcję w retrospekcji. NO Incepcja. Nie bez winy ma też upływ czasu. Gdyby części wpadały cyklicznie, np co 4 dni, jakoś by było. No, ale wiadomo.
    Jak już będę poprawione wstawiał gdzieś tam indziej - odstęp czasowy będzie identyczny.
    Dzięki Blanka, bo niejako Twe szantaże kopnęły mnie w dupsko.
    Taaa, gwiazdki jak tam uważasz.
    Mozna - nie trzeba.
    Albo można jedną ;)
  • Blanka 2 dni temu
    Canulas , no właśnie. Chyba pod "Milami" pisałam, że czekanie na kolejną część byłoby irytujące. Najfajniej byłoby wrócić do tekstu, czytając go "w całości". Ot, jak każdą książkę. Czy to tutaj, czy "gdzieś tam indziej", nie porzucaj, dokończ:) Powodzenia.
  • Canulas 2 dni temu
    Blanka, nie porzucę na pewno, ale w tej chwili nie wiem czy jest 10%.
  • Blanka 2 dni temu
    Canulas 10% z całości, czy...?
  • Canulas 2 dni temu
    nooo, bo ja mam we łbie epopeję, że Hej przygodo.
  • Blanka 2 dni temu
    Canulas, szkoda, że ta epopeja nie chce się jakoś sama w ekspresowym tempie przerzucić na "papier":/ no, ale...
  • Canulas 2 dni temu
    Blanka , noo, tera się zablokowałem. Najbliższa część jeszcze jest nieco hamulcem, ale dalej powinno kawałek ruszyć.
  • Blanka 2 dni temu
    Canulas, to z odstawienia szantażu. Skutek uboczny;)
    Trzymam kciuki. I nie wiem czy pytać, ale to "idziej" to...?
  • Canulas 2 dni temu
    Blanka, nieee. Zablokowała mnie treść. Są części, które się pisze itakie, które trzeba napisać. Następną niestety muszę bez pomocy 'wesołego łba". (wena moja)
  • Justyska 2 dni temu
    Pierwsza część tej części czyli cały fragment z babcią, jest dla mnie mega dobry i kupuje to w 150%. Motyw z kroplą na rozgrzanej blasze i rozmowa o ucieczce i jeszcze to zdanie:
    "Bo co z tego, że umiera sam ból, skoro nie zdycha po nim pamięć, a pierdolone pety niedogaszonych wspomnień tlą się przez resztę życia?"
    Wiadomo później Thelma to super, ale początek idę sobie jeszcze raz przeczytać.
    Pozdrawiam:)
  • Canulas 2 dni temu
    Heh :)
    Dzięki Justyska. No tak to rozbebeszam niestety.
  • Justyska wczoraj o 22:19
    Canulas a kto bogatemu zabroni :)
  • Canulas wczoraj o 22:34
    Justyska, taaa. Prawdziwy naszyjnik z rąk ;)
  • pasja wczoraj o 23:46
    Witam
    Jestem i ja. Babcia i rosół z gołębia. Tudy taka babinka i ta przekomarzająca się scena z mięsem urocza. Pamiętam moją babcią też gotowała nam rosołek z gołębi jak byliśmy chorzy. Dzięki za przypomnienie. Jest Thelma i jest Polip jednak tak do końca jestem nienasycona tym obrazem.
    Masz rację, że nie wymarzemy z pamięci wspomnień, będą tkwić jak zadra w naszym umyśle. Porównanie do niedogaszonych petów jest znakomite.
    Pozdrawiam serdecznie
  • Canulas wczoraj o 23:49
    A dziękuję (że tak odpiszę od razu, bo jestem). Taa, z tymi wspomnieniami święta racja. Głównie pierwsza część...części stoi wokół tego porównania. Nie wiem czemu. Czasem coś piszę odwrotnie czy coś.
    Z Thelmą & Polipem nieco bladziej wyszło, no ale...
    Dzięki Pasją.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania