Kim jest błoniastoskrzydły? - miniatura fantasy

W gospodzie „Pod Tłustą Kurką” rozległ się doniosły krzyk grubego właściciela.

- Albeeert! Na psa urok, ty leniu obmierzły, gdzie jesteś?! - Okrągły Ralf, tak nazywano gospodarza, miotał się z poplamioną szmatą w ręku szukając swojej pomocy kuchennej. Drzwi kuchni wychodzące na tyły gospody uchyliły się i wbiegł przez nie bosy goblin, w dziurawych portkach i koszuli ledwo zakrywającej zielonkawe ciało. Młodzian z wielką zręcznością unikał szmacianego oręża szefa.

- Panie, wybacz w spiżarni byłem, sam mnie przecież po rzepę wysłałeś - pomimo zręczności szmata wreszcie dosięgła celu, boleśnie omiatając ramię i szyję.

- Kiedy cię posłałem?! Mi się tu na piecu gotuje, goście czekają, a ty po rzepę to chyba w pole polazłeś? Sprzedam cię! Powiadam ci, że trafisz do kopalni i tam cię nauczą!

Goblin chwycił drewniane, parujące od jadła misy i lawirując między krzesłami, stołami i podpitymi gośćmi stawiał na stołach, zabierał puste kufle, zamiatał zabrudzoną podłogę, przeciskając się ciągle dziękował lub prosił o wybaczenie.

Masywnymi, drewnianymi drzwiami do ciemnej, zadymionej gospody wchodzili albo wytaczali się wędrowcy lub miejscowi: kupcy, rzemieślnicy, żołnierze garnizonu lub zwykłe obszczymury, których stać było tylko na kufel piwa. Jednak kolejna osoba, która weszła przyciągnęła uwagę goblina. Wizyta tej postaci w błyszczących okuciami, mocnych butach na grubej zelówce i dość wyświechtanym płaszczu z kapturem zawsze oznaczała jeszcze gorszy humor szefa. Młody posługacz ochoczo machając miotłą przesunął się w stronę kontuaru. Przybysz usiadł na wysokim stołku, zdjął kaptur zakrywający gładko zaczesane blond włosy. Okrągły Ralf z ociąganiem podszedł do gościa.

- Czym mogę służyć?

- Ralf, nie przeciągaj sprawy. Wiesz po co tu jestem - gość mówił cicho, niemal szeptem, ale wyraźnie wyczuwało się pewność siebie i stanowczość.

- Jeszcze kilka dni, daj mi kilka dni. Jarmund proszę, na dziś nie mam całej sumy - Ralf był wyraźnie zakłopotany.

- Nie. Według umowy dziś płacisz sto koron. Nie chcesz chyba żeby ta buda zamieniła się w popiół? - To mówiąc, człowiek o imieniu Jarmund, potarł kciuk z palcem serdecznym i na jego dłoni pojawił się mały płomyczek. Albert aż zamarł przy miotle, oczy Okrągłego Ralfa zrobiły się także okrągłe.

- Schowaj to - szepnął przerażony Ralf - jeszcze ktoś zobaczy. Magia jest zakazana, a ty tu takie rzeczy... Czarodziej przeklęty. Dziewięćdziesiąt. Więcej nie dam bo mógłbym interes zamknąć, albo... spal mnie.

- Ralf, ty chytrus jesteś. Jednak zgoda. Biorę co masz, ale dołożysz coś w naturze.

- A co tobie trzeba? - Ralf spojrzał podejrzliwie - Beczkę piwa dołożę, smutki utopisz.

- Nie! Zabieram tego małego goblina - Jarmund odwrócił się i utkwił spojrzenie w Albercie. Okrągły Ralf tylko przez chwilę się wahał, a na jego tłustą twarz spłynął uśmiech.

- A bierz go. I tak same z nim kłopoty. Za trzy korony kupię sobie nowego...

***

W skromnym domu Jarmunda tylko jeden mebel zwracał uwagę – długi regał rozciągający się na całą ścianę. Półki wypełnione były księgami, rulonami rękopisów i walającymi się w nieładzie luźnymi kartami. Czarodziej usiadł i wnikliwie przyglądał się goblinowi, który zakłopotany stał na środku izby.

- Wiesz po co cię kupiłem?

- Wybacz panie, izba niezbyt wielka - Albert bezradnie rozejrzał się wkoło. - Sprzątania nie będzie dużo. Na mieście mogę sprawunki załatwić, za mury za gońca robić, co sobie panie życzycie?

- Już jakiś czas obserwuję cię. Uczyć się Albercie będziesz! - dobitnie rzekł czarodziej - Magię w sobie masz, a nie godzi się, aby stworzenie magią obdarowane w niewoli marniało.

- Panie, wybacz mą śmiałość - goblin jakby jeszcze zmalał w sobie – ale mylisz się. Ja zwykły, marny goblin jestem, niewolnik bez rozumu do jakiejś nauki.

W izbie pociemniało, płomyki świec przygasły, postać czarodzieja jakby stała się większa, blond włosy lśniły, a Albertowi wydawało się że pojawiły się w nich iskierki. Jarmund szeptał:

Wróżę z ognia, wróżę z cienia,

drzewce umiem w płomień zmieniać.

Każdy zwierz, jest dla mnie siłą,

widzę tych co w mrok się kryją.

Wiatr szybuje już w huragan,

nie posłucham wrogów błagań.

Stal i kamień w pył zamienię,

Jam czarodziej! Magii noszę w sobie brzemię!

- Panie, każde dziecko na podwórcu zna tę wyliczankę – nieśmiało rzekł Albert.

- To credo naszego fachu. Teraz obśmiane, kiedyś budziło grozę. Albercie, czas na zmianę - Jarmund podszedł do goblina i z delikatnością, jakiej ten od czasów dzieciństwa i swojej matki nigdy nie zaznał, ujął jego dłoń. - Jest w tobie siła magii, to rzadkość. Zniszczone i zakazane czarodziejstwo potrzebuje adepta. Spójrz, kim się stałem? Zbójom, za spokój życia, usługi swe sprzedaję. Jesteś darem losu abym mógł swe winy zamazać. Mamy mało czasu, moje siły szybko się kończą.

- Panie, młody jeszcze jesteś, lata życia przed tobą.

- Ach, jakże się mylisz - Jarmund się zaśmiał. - We mnie widzisz tylko iluzję magii. Spójrz mi głęboko w oczy, a prawdę zobaczysz.

Albert zajrzał w jasnobłękitne oczy czarodzieja. Po chwili ujrzał to, co Jarmund ukrywał. Starość. Wątłe, słabe ciało, głowę pokrytą rzadkimi kępami siwych włosów. Ujrzał strach przed końcem życia i nieznaną ciemnością. Uwolnił rękę, cofnął się i znów widział dumnego, postawnego mężczyznę.

- Panie, kiedy naukę zaczynamy?

- Już zaczęliśmy.

***

Miesiące mijały. Pan Jarmund ze swym sługą – goblinem Albertem często opuszczali na dłużej miasto. Wracając z podróży znikali w domostwie Jarmunda. Albert zmężniał, wyprostował się, nosił dostojniejszą odzież.

Wreszcie nadeszła zima. Mroźna i śnieżna. Jarmund pewnego ranka rzekł uroczyście.

- Albercie, mój uczniu. Więcej już cię nie nauczę.

- Panie czy to ten dzień? - Albert z uwagą patrzył na mistrza.

- Tak, już czas. Dziś o zmierzchu w pałacu rycerza Eryka von Rekoj odbędzie się bal – maskarada. Wejdziesz tam, wspomnisz od kogoś przyszedł i zostawisz ode mnie pamiątkę.

- Panie, co von Rekoj zawinił? To dowódca straży.

- Czas uzdrowić to miasto. Eryk von Rekoj pamięta jeszcze pogromy czarodziejów. Wie kim jestem, a wiek nie pozwolił mi na walkę z nim. Za jego litość musiałem służyć w bandyckich sprawkach. Ma krew na rękach, cała jego kompania jest przeżarta zgnilizną - Jarmund podszedł do pobliskiej komody i wyjął czarną kapotę - Mam też dla ciebie strój. W czerni wrogom swym złe wieści nosić będziesz. Znasz tajemnicę lotu, tajności i skrytości. Niczym błoniastoskrzydły jesteś i w cieniu na żer się udasz. W tę noc ukryjesz twarz, staniesz się maską!

***

- Ach Ralfie, gospodarzu, czyś ty słyszał co w noc poprzednią w mieście się stało?

- Opowiadaj Zygfrydzie! W karczmie siedzę i tylko jakby grzmoty i błyski w oknie widziałem. A plotki po mieście, że ho, ho! - Okrągły Ralf pochylił się bliżej gościa, któremu piana piwna kapała z wąsów.

- Eryk von Rekoj trup, jego świta trupy, pałac spalony, majątek poszedł z dymem, a co zostało ciury rozgrabili! - wąsaty wyliczał wyginając palce. - Mało tego! Księgi Eryka z rachunkami rabunków u kanclerza się cudownie znalazły.

- No i co, pochwycili kogoś?

- A gdzie tam! Juchy pełno na śniegu, jakby armia cała walczyła. A ślad tylko jeden zostawiony – błoniastoskrzydły na murze wydrapany.

- A to ci historia - pokręcił głową z niedowierzaniem Okrągły Ralf – Wreszcie jakaś sprawiedliwość w mieście Hogtam!

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Karawan 3 tygodnie temu
    Podziękował piąteczką. ;)
  • Pierwsza Karta 3 tygodnie temu
    Dzięki! Cieszę się, że się podobało :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania