Kolekcjoner Dusz - cz.25

Powoli przekroczyłem gigantyczne kamienne wrota, wykute w kamiennej ścianie. Moje pajęcze nogi wybijały złowrogi rytm, a echo tylko zwiększało ich brzmienie. Wkroczyłem do Wielkiej Sali Tartaru, dawnej stolicy krasnoludów Chaosu, a teraz, jamy Smoka Frenika, Tytana i mojego rywala.

 

Dookoła stały ruiny wielkiego miasta. Wierze obronne złamane, a na ziemi nadal widoczne ślady smoczego ognia, od czasu do czasu pod nogą pękała kość. W cieniu stały opancerzone krasnoludy. „Gwardia” Freniksa, strażnicy jego leża i jego skarbca, którego fragmenty, widziałem krocząc w milczeniu w stronę wielkiego kształtu, wznoszącego się na ruinach dawnej królewskiej twierdzy.

Freniks był prawdziwym gigantem. Jego ciało z rozwiniętymi skrzydłami, najpewniej przyćmiłaby wielkość Kaina, na szczęście w jaskini, smok nie mógł rozłożyć swoich skrzydeł. Ciche warczenie, mieszało się z głębokim oddechem. Smocze oczy przyglądały mi się uważnie. Wyczuwałem ich moc, lecz się ich nie bałem, potężne zaklęcie Tytanów, chroniło mnie przed aurą strachu, co więcej, to od Freniksa dało się wyczuć strach. Ten jakże potężny smok, o czarnej łusce, teraz założył część swego pancerza, chroniącego część słabych punktów jego ciała… a wymusiła o na nim zaledwie wieść o moim przybyciu.

Kiedy zbliżyłem się wystarczająco blisko, Freniks podniósł się i wzniósł się na swoich czterech nogach ponad moją postać, rzucając na mnie cień. Wokół pojawili się jego gwardziści, przybrani w magiczny czarny pancerz. Zaklikałem szczękami.

- Witaj… Freniksie. Były Tytanie i były władco Tartaru. Jam jest Arachn, Tytan Pandory, przybyłem przekazać ci Jej wolę – oznajmił.

Smok zasyczał i pochylił się w moją stronę. Złowrogi pomruk wydobył się z jego gardzieli.

- Były…? Śmiesz podważać moją władzę? Czy chcesz mi grozić… mały pajączku?

- Grozić? Jeszcze nie – odpowiedziałem rozbawiony. – Zwyczajnie cię informuję, jak się sprawy mają. Na rozkaz Pani Pandory, zostajesz pozbawiony swoich tytułów, swojej mocy Tytana oraz zostajesz skazany na banicję… albo śmierć, jeśli odmówisz.

Smok rozszerzył oczy w gniewie.

- Pandora to nadal dziecko! Córka która nie dorasta do pięt swemu ojcu.

Zaklikałem szczękami ostrzegawczo.

- Obraź moją Panią raz jeszcze, Freniksie, a każę ci wypalić prawe oko przed banicją – postąpiłem krok naprzód. – To, była groźba.

Smok pochylił się bardziej, aż jego łeb nie znalazł się dokładnie przed moją twarzą. Ciepły podmuch powietrza wydobył się z jego nozdrzy, a łuski na szyi zalśniły czerwienią.

- Przychodzisz do mego domu i mi grozisz, a nie masz nic przeciwko mej mocy. Nie masz moich skrzydeł, które wzywają huragan, nie masz moich łusek, które zatrzymują cięcia mieczy, nie masz pancerza, który chroni od zaklęć, nie masz siły moich mięśni, nie masz przejrzystości mych oczu, ani potęgi mojego intelektu, a mimo to Ty, grozisz MI? – Zapytał.

Zaklikałem szczękami szczerze rozbawiony.

- Mylisz się Freniksie – odpowiedziałem. – Może nie mam twoich skrzydeł, lecz ty nie użyjesz ich w tej jaskini, nie mam twoich łusek, ale one są mi zbędne, a i tobie okażą się wkrótce zbyteczne, nie mam twojego magicznego pancerza, lecz posiadam własny, znacznie silniejszy, nie mięśni, ale mam pod sobą tych, którzy są nieporównywalnie silniejsi, oczy mam równie przejrzyste, jak Ty, a intelekt… cóż, fakt, że próbowałeś się ze mną porównywać, naprawdę udowadnia, jak wielkim jesteś głupcem, w porównaniu do mnie.

Smok dmuchnął na mnie obłokiem dymu i odezwał się głosem pełnym nienawiści.

- Czy to wszystko, co chciałeś powiedzieć… Cartaphilusie, Arachnie, Kolekcjonerze Dusz… Niewolniku Pandory?

- Dla ciebie Pani Pandory i Panie Niewolniku – odpowiedziałem bez strachu. – To powinno być moje pytanie: Czy to wszystko, co chciałeś powiedzieć? Masz zamiar mnie obrażać i wybrać śmierć, czy wybierzesz łaskę mojej Pani i wieczną banicję?

Smok ryknął wściekle.

- Jedyną śmierć, jaką wybieram, to TWOJA!

Otworzył paszczę, zamierzając mnie spalić, uniosłem jedną z dłoni, tworząc wielki magiczny krąg.

- Szkoda.

Smoczy ogień uderzył mnie z pełną siłą, lecz magiczna osłona stała niewzruszona. Niewielki klejnot duszy pękł i rozsypał się na kawałki, lecz osłona wytrzymała uderzenie smoczego oddechu.

Freniks patrzył na mnie zaskoczony, widząc mnie, nieporuszonego jego ogniem.

- W takim razie czeka cię śmierć.

Wysłałem potężną falę psioniczną we wszystkich kierunkach. Najpierw była cisza, po chwili jednak podłoga, ściany i strop, zaczęły drgać. Światło dnia, które docierało do wielkiej jaskini, przez gigantyczne wrota i kilka otworów w stropie, zostało zasłonięte, przez nieprzerwany potok mojego najnowszego roju. Specjalnego szczepu bestii, które nie znały strachu. Mimo wielu prób nie udało mi się wytworzyć dla nich dowódcy podobnego do Bloodlorda. Strach był konieczną cechą, istotną do wytworzenia duszy i inteligencji, więc te bestie się do tego nie nadawały. Wiedziałem, że ten projekt był jak najciekawszy i przydatny do dalszego rozwoju roju, jednakże ten wkrótce zostanie pochłonięty przez inny szczep roju. Nie potrzebowałem bezmyślnych bestii w mojej armii. Całe ich istnienie miało tylko jeden cel – zabicie Freniksa – i wiedziałem, że nie zawiodą.

Smok rozglądał się oniemiały, widząc nieprzerwany strumień potworów, zalewających jego leże. Tysiące gardeł ryczało wściekle, zbliżając się z zabójczą prędkością. Smok spojrzał na mnie wściekle.

- Te żałosne bestie mnie nie zabiją!

- Bezpośrednio? Prawdopodobnie nie – przyznałem. – Jestem jednak gotowy sprawdzić, czy jeśli wystarczająca ilość wdrapie się do twojego gardła, czy w końcu się nie zakrztusisz.

W tym momencie część bestii oderwała się od stropu i skoczyła prosto na Freniksa, część rozwinęła skrzydła, plując jadem, reszta, niepowstrzymanej fali tratowała budynki. Smok ryknął i zionął ogniem, a jego gwardia ustawiła się w falandze, chcąc chronić swego pana, było jednak już za późno. Na czele roju, nieudane eksperymenty, przeklęte mutanty, przebiły się przez ich linię obrony, tylko by ta zniknęła pod przelewającą się falą. Freniks podskoczył i raz jeszcze zionął na mnie ogniem, lecz moja osłona nadal stała, a rój nadal pędził, nawet poprzez ciała swoich martwych pobratymców. Kiedy Freniks wylądował, nie zdołał już raz jeszcze unieść się ku górze. Rój do niego dopadł i nie miał zamiaru puścić. Ryczące mutanty zaczęły się wdrapywać coraz wyżej i w bestialskim szale, zaczęły wyrywać całe kawałki jego pancerza, a nawet odrywać łuski. Smok ryczał wściekle i ział ogniem na boki, lecz nie był w stanie powstrzymać roju. Każdym podmuchem ognia, zabijał setkę, tylko po to by kolejne trzy, zajęły ich miejsce.

Patrzyłem z cichą satysfakcją, jak pyszny Tytan, upada, przyciśnięty masą mojego Roju, który zaczął rozrywać go od zewnątrz i wewnątrz… i nie mówię tu tylko o fakcie, że rój znalazł drogę do jego gardła. Część znalazła… inną drogę.

Freniks rzucał się jeszcze długo, nawet po tym, jak błony jego skrzydeł zostały pożarte, a znaczna część łusek zerwana. Jednak nie pożył długo. Zaledwie po godzinie desperackiej walki, Freniks, Smok Tytan, legł martwy u moich stóp.

Rozejrzałem się dookoła. Z tego roju zostały resztki.

Miałem ich prawie dwadzieścia tysięcy. Zostały ledwie trzy.

Freniks walczył do samego końca, to musiałem mu przyznać, lecz poległ mimo wszystko. Z trzydziestu mutantów, które ze sobą wziąłem, ostało się dziesięciu i tak imponująca liczba, rozważając, z kim walczyły. Monstra były w większości ranne, ale daleko od martwych. Obmyte karmazynową cieczą, stały dookoła, dysząc ze zmęczenia.

Zaklikałem zadowolony.

- Bloodtakers – oznajmiłem. – To będzie wasze nowe imię. Będziecie przydatni, w mojej armii.

Podszedłem do ciała Freniksa. Jego dusza, nadal, ledwo co, trzymała się ciała. Jako kolekcjoner nie mogłem porzucić takiej okazji. Wgryzłem się w jego ciało i zacząłem pochłaniać jego duszę.

Zacząłem się krztusić.

Smocza dusza była wielka i potężna, ledwo co trzymałem ją w ryzach. Nieopisany ból, przeszywał mnie na wskroś, kiedy zamykałem ją w wielkiej perli.

Minęło pół godziny, zanim wyciągnąłem z siebie najnowszą część mojej kolekcji.

Perłę wielkości małego dziecka. Piękna mieszanka smoczego ognia, czarnej duszy i białego przerażenia, które wypełniło ją tuż przed śmiercią. Najwspanialszy klejnot w mojej kolekcji, o niewyobrażalnym potencjale.

Uniosłem wzrok na mój prywatny Rój, który w międzyczasie, pochłoną resztki nieczujących strachu pobratymców i oddzielił głowę Freniksa od jego szczątek.

Podobnie, pojedynczy oddział gwardii Pandory, wszedł do ruin Tartaru, prowadząc przedstawicieli wszystkich nacji krasnoludów Chaosu. Ci teraz, widząc truchło znienawidzonego ciemiężcy, upadli przede mną na kolana i schylili czoła. Trzech władców, trzech potężnych władców, o wielkich umiejętnościach i wielkiej sile, teraz klęczeli przede mną, rozpoznając moją siłę.

- Dziękujemy ci, Archanie, Tytanie Pandory – oznajmił najstarszy z nich.

- Nie dziękujcie mi, a mojej Pani – odpowiedziałem. – A teraz podajcie swoje imiona.

- Vulduris Steelcraker – odezwał się pierwszy, widoczny lider pośród pozostałych. – Władca Klanu Ragerter. Do usług.

- Baltus Baal – odpowiedział drugi. – Władca Klanu Faresur. Do usług.

- Javic Sheel – zakończył trzeci. – Władca Irothend. Do usług.

Pokiwałem głową i zaklikałem szczękami. Bezgłośnie przemieniłem się w moją ludzką formę.

- Witam was, władcy gór Chaosu – oznajmiłem.

- Jest tylko jeden władca gór Chaosu – odpowiedział Vulduris. – A jest nią Pani Pandora.

Uśmiechnąłem się lekko.

„Dobrze…. – pomyślałem – Nie są głupcami.”

- Cieszą mnie twoje słowa Vuldurisie. Teraz, czas spotkać się z naszą Panią i dokonać reszty formalności.

- Oczywiście. Natychmiast wyruszymy do Avalonu – odpowiedzieli.

- To nie będzie konieczne – odpowiedziałem. – Ruszamy wraz z głową Freniksa na Czarną Arenę, gdzie Morgan, wierny sługa Pani Pandory, walczy o całkowite przywództwo nad Mrocznymi Elfami. Tam, zaprezentujemy trofeum, oraz waszą lojalność i dopiero stamtąd ruszymy do Avalonu.

Pokiwali głowami, a ja ruszyłem ku wyjściu.

- Archanie – odezwał się nagle Javic.

- Słucham cię.

- Jaki los spotka Tartar? – zapytał.

Milczałem chwilę.

- Jego los nos zależy od woli mojej Pani, jestem jednak pewny, że zostanie odbudowany. Na razie, będzie strzeżony, on prze mój rój…

Lekki cień przeszedł po ich twarzach. Widocznie obawa, że nie odzyskają stolicy, raz jeszcze przyćmiła ich nadzieję. Lecz nasza siła była wystarczająca, by zwyczajnie przytaknęli, nie mogąc powiedzieć Nie.

I bardzo dobrze.

Najpierw niech czują strach i obawę.

Dopiero wtedy w pełni okażą swą wdzięczność.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • krajew34 4 miesiące temu
    Można powiedzieć, że smok typowy, z wybujałym ego i przerośniętym poczuciem własnej siły. Nie ważne czy fikcyjnie, czy w naszych realiach, lepiej nie lekceważyć swojego przeciwnika. Samą walkę można by porównać do próby odpędzania się od roju owadów, możesz zabić kilka,albo kilkadziesiąt, a i tak przegrasz z ogromną przewagą liczebną i zawziętością. Rozdział przeczytałem bez większych przystanków, choć powiem szczerze, że nie porwał mnie zbytnio, jednak mogę to zwalić na zmęczenie. Ta seria jakoś bardziej przypadła mi do gustu, nie wiedzieć czemu. Pozdrawiam.
  • Kapelusznik 4 miesiące temu
    Wena lekko mi spadła, ale zobaczymy co będzie dalej.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania