Konflikt czerni i bieli cz. 8

//Od autora.

Ta część... jest dla mnie bardzo ważna z wielu względów.

Sporo wyjaśnia, jeszcze więcej pokazuje i nasuwa mnóstwo pytań, przy tym wszystkim otwierając drzwi do żywej fabuły Konfliktu.

Serdecznie zachęcam do przeczytania i komentowania! :) //

 

****

 

Arella doskonale wyczuwała ciężką atmosferę w Wieży. Mnisi nie aprobowali podjętej przez nią decyzji. Nie rozumieli podobnego postępowania, a wszystko, czego człowiek nie potrafi zrozumieć, wzbudza w nim niewyjaśniony, lecz w pełni naturalny strach. Rosher był dla nich kimś, a raczej czymś, czego nie umieli pojąć. Istotą, która samym wyglądem napawała przerażeniem.

Taka była natura diablokrwistych. Karmili się strachem, odczuwając wyższość, szufladkując wszystkich do grona „słabych”, w każdej chwili mogących stać się „ofiarami”. Czerpali przyjemność z cierpienia, podniecali się osiąganą dominacją i śmiercią. Pragnęli chaosu, brzydzili się dobrem. Arella świetnie to rozumiała, a jednocześnie wiedziała, że Rosher jest przy tym nieco inny.

Zeszła po schodach na niższe piętra, lepiej wyczuwając białą energię emanującą od jej najlepszych ludzi, lecz całą tę aurę przyćmiewał on. I choć jako białomag nie była w stanie wykryć czarnomagicznego źródła mocy, to jako istota z cząstką aasimarskiej krwi potrafiła zwietrzyć obecność swego naturalnego wroga. Z Rosherem łączyła ją dodatkowo szczególnie mocna więź, której nikt w Starej Radzie nie rozumiał i której nikt nie pojąłby również teraz.

Babką Strażniczki była Aasimarka. Półanioł niezwykle silny i odważny. Arella odziedziczyła po niej wiele cech, w tym również urodę, odznaczając się wśród rodowitych Azarathów gęstymi włosami o nienaturalnym, fioletowym odcieniu i dużymi oczami o identycznej barwie. Ta cząstka rodowodu wymuszała na niej wiele decyzji i zachowań, podobnie jak krew diablokrwistych wymuszała na nich okrucieństwo i wrodzone zło.

Oboje z Rosherem byli zatem więźniami własnych instynktów, silniejszych od czegokolwiek innego i nieraz przyprawiających o nie lada problemy. Wynikiem okazała się, między innymi, zdrada Roshera w Starej Radzie, a potem jego ucieczka. Wszyscy widzieli w tym jedną, jasną przyczynę: zdradził, bo był diablokrwistym. Zdradził, bo jego posłuszeństwo nie mogło trwać wiecznie. Tylko Arella wiedziała, jak bardzo się mylili, i że ów piętno nigdy mu się nie należało. To ona była odpowiedzialna za przebieg tych i późniejszych zdarzeń w Starej Radzie, lecz teraz owa daleka przeszłość nie miała już znaczenia. Wraz z powrotem Roshera na Azarath, w historii otwierał się zupełnie nowy rozdział, który i tym razem był dla Arelli nieodgadniony w skutkach.

Zbiegła po ostatnich schodach, prowadzących do podziemi, stąpając białymi korytarzami w doskonale znanym sobie kierunku. Ta droga nie znajdowała się w pierwotnych szkicach Świętej Wieży. Sama Azarath, tworząca wymiar przed tysiącami lat, nigdy nie przewidywała dobudowy nowych przejść. Historia miała jednak inne plany, tworząc własne ścieżki, którymi później podążano. Ten korytarz powstał na skutek konfliktu, jaki zapadł w pamięć Azarathów na długie tysiąclecia. Ogromna wojna domowa między białomagami i czarnomagami, w której trakcie powstało podziemne miasto — Sanktuarium, ówczesne siedlisko wszystkich władających ciemną energią mieszkańców Azarath, teraz opuszczone i zapomniane, pod stałym nadzorem Świętej Rady.

Korytarz powoli się kończył, rozszerzając stopniowo na połacie sporego placu, ograniczonego murami Wieży i bramą — symbolem dawnego podziału miasta. Posadzka o owalnym kształcie, wyłożona przyciętymi kamiennymi płytkami w odcieniach bieli, szarości i czerni, spływała delikatnie w dół, prowadząc jednoznacznie do wejścia Sanktuarium. Im bliżej bramy, tym kamienie pod stopami stawały się ciemniejsze, delikatną gradacją oddzielając biel od czerni. Na środku owalu znajdował się symbol podzielonego Azarath wywołujący niemiłe wspomnienia dawnego rozłamu. Arella przestąpiła po nim niespiesznie, ostatecznie zatrzymując stopy na ciemnych płytkach i podnosząc wzrok na zebrane przy bramie osoby. Jej jasna jak śnieg szata przestała szeleścić. Długie, fioletowe włosy wychodzące spod poły kaptura, znieruchomiały. Zapadła krótka cisza, podczas której Strażniczka rzuciła przybyszom pobieżne spojrzenie.

Wezwała dziś do siebie trójkę najbardziej zaufanych i najlepszych mnichów. Blondwłosą, poważną kobietę imieniem Ashel wybrała na stanowisko Kapłanki. Była to bowiem najrozsądniejsza, najbardziej praworządna osoba, jaką przyszło Arelli poznać. Wierzyła mocno w Azarath, przestrzegała nieugięcie jej praw i potrafiła wykazać się chłodną kalkulacją oraz opanowaniem w chwilach naprawdę stresujących. Roztropna, odważna, szlachetna… Strażniczka widziała w niej cechy idealne dla przyszłej, samodzielnej już Kapłanki. Z pewnością kiedyś nastąpi dzień, w którym Ashel przejmie całkowitą pieczę nad Radą. Arella chciała ją jak najlepiej przygotować. Nie bez powodu pojęła decyzję o zabraniu kobiety na wyprawę do Sanktuarium. Powinna nabierać doświadczenia na wszelkich polach. Powinna wiedzieć, co złego może czyhać w murach tego podziemnego miasta, gotowa się przed tym bronić, a ponad to, dawała młodej kobiecie dowód swego zaufania. Mimo że Strażniczce trudno było zaufać komukolwiek, przynajmniej musiała próbować, a owoce owych prób rozdawać hojnie między najbardziej oddanych członków.

Poza Ashel była tu również Mariel — Zastępczyni Kapłanki. Bardzo uczuciowa, szlachetna kobieta, która jako pierwsza pojawiła się na terenie opuszczonej, Świętej Wieży. To ona odnalazła Arellę wśród mroku i beznadziei po Wyludnieniu. Pomogła odbudować wymiar, skompletować nową Radę. Roznieść wieści o czekającym na powrót mieszkańców wymiarze, o Pieczęci, która przetrwała próbę i bezpieczeństwie, jakie ze sobą niosła. Grożący im niegdyś atak czarnomagów z Zachodniego Quadium, ostatecznie minął. Azarath’ci mogli spieszyć do swoich domów, powracać z wieloletniego wygnania, z odległych zakątków wymiarów Sojuszu Pięciu.

Mariel Ferwhisper… Cóż za zrządzenie losu przysłało jako pierwszą właśnie ją — siostrę Arhadiusa Ferwhispera byłego członka Starej Rady. Archadius wiele lat temu poległ właśnie tutaj — w murach starego Sanktuarium, podczas próby schwytania najbardziej legendarnego czarnomaga tamtych czasów. Arella wiedziała, że dzisiejsza wyprawa będzie dla Mariel niezwykle trudnym przeżyciem. Próbą pogodzenia się z losem i dawną przeszłością, tak dla niej okrutną. W Sanktuarium straciła jedyną, najbliższą sobie osobę — brata, który ginąc z rąk Izeaka, osierocił ją, pozostawiając na wychowaniu ciotki. Mniszka potrzebowała dziś tej wyprawy bardziej niż ktokolwiek z tutaj obecnych.

Trzeci z mnichów był mężczyzną. Tariush Noxtraine, zaledwie trzy lata od Arelli młodszy, stanowił największą ostoję ciszy wśród wszystkich członków. Ciemnowłosy, niebieskooki, z odcieniem błękitu chłodniejszym niż błękit nieba w mroźny poranek, pozostawał niezwykle skryty i wycofany, mimo już ponad ośmiu lat przynależności do Rady. Również jako jeden z pierwszych po Wyludnieniu przyodział mnisze szaty. Mało o sobie mówił. Choć stronił od towarzystwa, a Arella wyczuwała w nim pewne nieprzyjemne przyczyny owego dystansu, wiedziała, że jest tu z powołania mocniejszego, niż niejedno z setek lat wstecz. Poza tym uchodził na najlepszego w walce. Podczas treningów wykazywał się szybkością, sprytem i umiejętnością przewidywania, co stawiało go nieco ponad resztę mnichów. Z pewnością mógł się dziś przydać podczas niebezpiecznej wędrówki korytarzami Sanktuarium z diablokrwistym u boku.

Ostatecznie wzrok Arelli zatrzymał się na zakutym w kajdany, ogromnym mężczyźnie. Rosher stał spokojnie z rękoma luźno spuszczonymi przed sobą. Czarny kaptur zarzucony miał na głowę, a brodę wspartą o pierś, gdy w zamyśleniu, lub bardziej letargu, oczekiwał przybycia Arelli. Gdy Strażniczka na niego spojrzała, natychmiast podniósł wzrok. Przypominał zwierzę, porażone znienacka gorącym narzędziem. Szkarłatne oczy wbiły się w blade lico Strażniczki z taką natarczywością, jakby chciały przeszyć je na wskroś.

Arella czuła, jak mocno zmienił się przez te wszystkie lata. Niepielęgnowana, spokojniejsza strona Azarath’ckiej natury umierała, tłamszona bezlitośnie przez dziką, diablokrwistą bestię. Brak dyscypliny i motywacji do samozaparcia robiły swoje. Czy dobrze postąpiła, godząc się na jego pomoc? Niegdyś potrafiła zdusić nieposkromiony charakter diablokrwistego jednym przelotnym spojrzeniem. Dziś nie była tego pewna. Jedyne, o czym mogła być przekonana, to fakt, iż jest od niego silniejsza. Moc Pieczęci, którą dysponowała, pozwalała stworzyć nad mężczyzną niemałą przewagę. To nie zwalniało jednak od zachowania czujności. Rosher zbyt dobrze znał jej słabe punkty.

Mnisi wraz z Kapłanką pokłonili się lekko, witając Strażniczkę z szacunkiem. Odpowiedziała im nieznacznym skinieniem głowy, nie spuszczając z diablokrwistego uważnego spojrzenia. Nie wierzyła, by przyszedł jedynie w celu "spłacenia swojego długu" i "zapracowania na jej zaufanie". To nie leżało w jego naturze. Planował coś jeszcze, lecz ona zapobiegnie zawczasu jakiejkolwiek realizacji. Potrzebowała go jedynie na kilka dni. Potem odeśle z powrotem, zrzucając z całej Rady ciężar niepokoju.

W dniu przybycia Roshera, przemyślała sobie wszystko bardzo dokładnie. W nowo utworzonej przez nią Radzie nie było żadnego czarnomaga. Miało to zapobiec wszelkim konfliktom, jakie nieraz rodziły wśród poprzednich członków. Czarnomagowie nie byli w stanie zdobywać tak dużej wiedzy z ksiąg dostępnych w tutejszej bibliotece. Ona sama, jako białomag, też nie potrafiłaby nauczyć ich niczego odkrywczego. Unikając zatem rozczarowań, skompletowała nową Radę z samych białomagów. Uważała to za dobre rozwiązanie, które miało jednak swoje minusy. Jak choćby ten, iż nie posiadała teraz nikogo do pomocy w niszczeniu portali.

Tworząc Pieczęć, Arella chciała zamknąć wymiar przed wizytą nieproszonych gości. Zaklęcie miało dać jej całkowitą kontrolę nad osobami przybywającymi do miasta. Wszyscy, chcący postawić stopę na ziemiach Azarath, musieli najpierw przejść przez Pieczęć, którą w pełni kontrolowała. W planie istniała jednak pewna luka. Sanktuarium skrywało pięć magicznie skonstruowanych portali, które potrafiły obejść zabezpieczenia Pieczęci. Były oddzielną drogą prowadzącą bezpośrednio do podziemi i żeby całkowicie zabezpieczyć wymiar, Arella musiała zniszczyć wszystkie te przejścia. Przez wiele miesięcy zapuszczała się w najbardziej odległe zakamarki Sanktuarium, likwidując portale jeden po drugim. Ostatniego jednak nie była w stanie zlokalizować już od przeszło dziewięciu tygodni i gdyby tylko dysponowała silnym, doświadczonym czarnomagiem, który wykryłby źródło mocy portalu, mogła ostatecznie dopełnić swojego dzieła. Pomoc zaoferowana przez Roshera powinna okazać się zatem przydatna, tylko czy cena będzie adekwatna? Jeśli nie dopilnuje mężczyzny, z pewnością słono za to zapłaci.

Po pomieszczeniu poniósł się cichy brzdęk zderzających się o siebie metalowych ogniw łańcucha. Diablokrwisty zbliżył się wolnym krokiem, zapatrzony w lico Strażniczki niczym lunatyk, który idzie przed siebie pogrążony w tajemniczym świecie snów i nocnych mar. Ashel drgnęła, robiąc pół kroku w stronę diablokrwistego, niepewna, czy powinna go zatrzymać, czy też pozostawić samemu sobie.

— Tariushu... — Mariel położyła dłoń na ramieniu mnicha, posyłając mu spojrzenie pełne obawy. Ten drgnął, gotów ruszyć do przodu, jednak jedno krótkie spojrzenie Strażniczki wystarczyło, by go wstrzymać. Zrozumiał aluzję i znieruchomiał, obserwując z uwagą tę abstrakcyjnie wyglądającą dwójkę żywiołów. Rosher stanął tuż przed Arellą i obnażając nienaturalnie długie kły, wypuścił ze świstem gorące powietrze. Twarz o szarej, niezdrowo wygalającej skórze wykrzywił kpiący uśmiech.

— Gotowa, Strażniczko?

Arella milczała długo. Niewzruszona ani trochę jego zuchwałą miną, stała wyprostowana, mierząc się z tym ogromnym mężczyzną bez strachu. Gdy ostatecznie zatrzymała wzrok na jego krwistoczerwonych tęczówkach, powiedziała bardzo spokojnym, chłodnym tonem.

— O ile pamiętasz reguły naszej umowy, owszem.

— Nade wszystko pragnę ich przestrzegać — odrzekł chrypliwie, unosząc powoli dłonie i przykładając wielkie łapska z długimi, czarnymi pazurami do lewej piersi. — Są bardzo bliskie memu sercu. Przecież tylko tak mogę zyskać na powrót twoje zaufanie, czyż nie?

Nie odpowiedziała, czując jak aasimarska część jej natury wzrusza każdą możliwą cząstką ciała, powodując delikatne spięcie mięśni. Nie górowała nad nim jak dawniej. Nie zyskiwała przewagi. Walka charakterów była wyrównana, a on był zdecydowanie zbyt pewny siebie. To wzbudzało lekki niepokój, który drażnił. Niemiłosiernie drażnił.

— Ach, moja piękna pani — Spuścił głowę, robiąc rozmarzoną minę, jakby wspominał stare, dobre czasy, które pamiętał tylko on i Arella. — Twoje szlachetne oczy już na mnie nie działają, a przynajmniej nie tak, jak kiedyś. Czy to jest właśnie obawa, która tak dotkliwie świdruje ci umysł? Boisz się stracić kontrolę? — Uśmiechnął się straszliwie, wyciągając się ku niej. Fala nienaturalnego ciepła bijąca od szarej skóry, połączona z gryzącym zapachem palonego, sączącego żywicę bukowego drewna, uderzyła Strażniczkę bardzo wyraźnie, gdy niemal zetknęli się nosami. — Ja przecież nie łamię obietnic, Arella.

— Nie, Rosher. Nie łamiesz. Ty je jedynie inaczej interpretujesz — powiedziała cicho, nie cofając się ani odrobinę. Nie bała się, jednak odczuwała niepokój na myśl, jak bardzo się zmienił. Wygnanie z Azarath go zniszczyło. Pozbawiło dawnej pokory i spokoju ducha, a ona poczuła się temu winna.

— Ach... — Rosher skrzywił się jakby wypowiedziana przez Arellę uwaga sprawiła mu fizyczny ból. Cofnął się o krok i odwrócił wzrok, spoglądając w stronę wrót do Sanktuarium. — Twoje słowa są bardzo krzywdzące, Strażniczko.

— Udowodnij mi zatem, że się mylę, a będę miała podstawę, by cię przeprosić — odparła, podążając za nim wzrokiem. Nie zwracała w tej chwili uwagi na mnichów, choć doskonale czuła ich uważne spojrzenia. Chłonęli każde słowo rozmowy jak gąbki, nasączając umysły kolejnymi domysłami, które będą ich dręczyły jeszcze przez długi czas.

Ciężkie ogniwa kajdany brzęknęły głośno, gdy Rosher uniósł dłonie.

— Jeden ruch dłoni i będziesz miała swój dowód, Strażniczko. — Zbliżył się ku kobiecie.

— Jeszcze nie teraz, Rosher — mruknęła, zerkając beznamiętnie w kierunku zakutych nadgarstków. — Na razie masz okazję wykazać się w inny sposób. — Spuściła wzrok i ruszyła w kierunku bramy wejściowej, oddzielającej Sanktuarium od Świętej Wieży Azarath.

 

****

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Ozar 4 miesiące temu
    Hm, tak szczerze mówiąc, to ten odcinek w zasadzie wyjaśnia tylko jedno: po co strażniczce ten diabeł. Jednak dalej nie wiemy co ten diablo knuje i może lepiej, bo zachęca do dalszego czytania. Strażniczka już nie jest taka pewna, czy jej moc wystarczy do pokonania diablo, gdyby ten coś zaczął robić złego. Fajnie stopniujesz nastrój i grozę. Coś tam już wiemy, ale główny wątek nadal wisi w powietrzu. To tak na gorąco. 5+ Już się nie mogę doczekać co będzie sie działo w Sanktuarium.
  • Kim 4 miesiące temu
    Dzięki, Ozar! Niebawem dowiesz się, co tam w tym Sanktuarium się stanie :) Mam nadzieję, do zobaczenia pod kolejną częścią Konfliktu!
  • pasja 4 miesiące temu
    I już wiemy dlaczego Rosher jest pod szczególnym nadzorem. Jednak diablokrwisty jest nadal tajemniczy. Kiedyś coś ich łączyło i to tkwi w ich umysłach. Arella czuje się winna i czy to ją nie zgubi. Czy Nowa Rada podoła. Interesująca scena z mnichami...Chłonęli każde słowo rozmowy jak gąbki, nasączając umysły kolejnymi domysłami, które będą ich dręczyły jeszcze przez długi czas... Czy będą mieć jakieś znaczenie?
    Sanktuarium czeka.
    Pozdrawiam serdecznie
  • Kim 4 miesiące temu
    Dzięki Pasja za odwiedziny i komentarz! Pozdrawiam gorąco! :D
  • Elorence 3 miesiące temu
    "Bark dyscypliny i motywacji do samozaparcia robiły swoje." - bark
    "— Udowodnij mi zatem, że się mylę, a będę miała podstawę, by cię przeprosić. —Odparła, podążając za nim wzrokiem." - brak spacji

    A co do treści: coś zaczyna się dziać. Kurcze, ciekawe czy wszystko pójdzie po jej myśli. Głupio, że wyrzuciła czarnomagów z Rady. Jakby uważała się za lepszą. I ta chęć kontroli nad wszystkim... zgubi ją.
    Pozdro, Kim :)
  • Kim 3 miesiące temu
    Ponowne cześć i czołem, Elorence!
    Dzięki za błędy!
    Co do wyrzucania czarnomagów z Rady, Arella ich nie wyrzuciła, ona ich po prostu nie przyjęła :) Może z czasem wyklaruje się powód jej postępowania... Super analiza!
    Pozdro!
  • Canulas 3 miesiące temu
    Nadrabiam.
    Początek bardzo ładny. Nie mam się do czego ten, ten...

    Czytam, czytam. Przyjebać sięnie ma do czego. Opisy gęste. Czasem, jak dla mnie, nawet za. A tu...

    "W Sanktuarium straciła jedyną, najbliższą sobie osobę — brata, który ginąc z rąk Izeaka, osierocił ją, pozostawiając na wychowaniu ciotki." - taaaa. Sie coś zaczyna łączyć. No proszę.

    "Bark dyscypliny i motywacji do samozaparcia robiły swoje. " - Oj, Clarise, Clarise. A co w tym zdaniu jest nei tak?

    "Potrzebowała go jedynie na kilka dni. Potem odeśle z powrotem, zrzucając z całej Rady ciężar niepokoju." - to ładne. Zwłaszcza drugie zdanie.

    Ok. Robi się ciekawie z tymi portalami. Wizja wędrówki "gdzieś" i "po coś". Jest kusząca. Miasto mi się zbyt kojarzy z Diablo. Chuj wie. Moja wina pewnie, bo trochę grałem.

    "— Udowodnij mi zatem, że się mylę, a będę miała podstawę, by cię przeprosić. —Odparła, podążając za nim wzrokiem." - dwa krzaki w jednym lesie. Odparła z malej i spacja po myślniku.

    No i po seansie. Druga część dużo lepsza. Relacje budujesz wyśmienicie. Opisy masz (dla mnie) zbyt gęste.
    Bład z barkiem wyjęłą już Elołapki. Nie ociagaj się Clarise z powrawkami. To było 6 dni temu.
    Pozdro.
  • Ozar 3 miesiące temu
    Canulas jak byś mógł zerknąć na Majora Kuzniecowa twoje zdanie na ten temat byłoby bardzo ważne dla mnie
  • Kim 3 miesiące temu
    Ozar, co to za reklama swoich tekstów pod moim? xD
  • Canulas 3 miesiące temu
    Ozar - już zerknąłem, nie widząc nawet Twego apelu. Następnym razem jak bydziesz apelował, nie łaź za mną, tylko się wklei z komentarzem do jakiegoś mojego tekstu.
    Bidna userka, Kim myślała, że Ty do niej. SIę upiękniła, wypachniła, podmyła nawet. Ząbki nitką, włosy w kok, a tu chuj. Ozarelli drze papę za Canulardo.
    No, alem już obadał.
  • Kim 3 miesiące temu
    Ha! No i ktoś w końcu dojrzał imię Izeaka.. Jedno samotne w chmarze pozostałego tekstu! Znalazłeś grzybka w lesie. Brawo, Can! ^^
  • Canulas 3 miesiące temu
    Kim - nie no wiem. Czytam z lekkim upośledzeniem czasowym, ale nie na odpierdol. Inne ludki, co? Nie zrozumieli?

    Dla mnie to jest tak.
    Są dwie serie (dwie nogi) Idziemy do góry. Kostka- Kostka. Łydka-Łydka. Kolanko-Kolanko. No, ale one się zbiegają.
    Izeak to taka metafora, że: Jajca na horyzoncie ;)
  • Kim 3 miesiące temu
    Canulas, no ja bym powiedziała, że jeszcze kolanek nie widać, jeśli już tak to przyrównywać :P
  • Canulas 3 miesiące temu
    Kim, aha. No ok. Ale już zalążek. Już coś tam, coś tam.
  • Canulas 3 miesiące temu
    Aaaa i ja znalazłem pierwszy, bo jeszcze nie cwałowała fanatycznie rozkochana A.Gu. Spakojna. Una też dojrzy.
  • Agnieszka Gu 3 miesiące temu
    " fanatycznie rozkochana A.Gu." - dobre hehe i jakże prawdziwe :D

    ok, to lecim :)

    "Karmili się strachem, odczuwając wyższość, szufladkując wszystkich do grona „słabych”, w każdej chwili mogących stać się „ofiarami”." - taaak ... mmm... rozmarzyłam się... być "ofiarą" takiego diablokrwistego.... ehhh
    (jestem chora ? ;p)

    "Arella świetnie to rozumiała, a jednocześnie wiedziała, że Rosher jest przy tym nieco inny." - oczywiście, że ON jest inny :D

    Pięknie, obaczymy potem co dalej :))
    Pozdrowionka
  • Canulas 3 miesiące temu
    Agnieszka Gu, oj tam chora. Może małozdrowa
  • Agnieszka Gu 3 miesiące temu
    Kuźwa, spodziewałam się już raczej dżentelmeńskiego zaprzeczenia w stylu: "nie no spoko, to normalne, nie przejmuj się kobito" ehh faceci ;)))))
  • Kim 3 miesiące temu
    Agnieszka Gu Hahaha spoko nie jesteś inna znam jeszcze jedna taka co się rozkochuje w czarnych charakterach. To 'normalne' ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania