Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Kres Bogów: Jean

Minęła druga noc od zamachu na samolot. Jean leżała na metalowym łóżku które było w celi. Za oknem było ciemno. Gwiazdy pomrugiwały do ogromnego księżyca w pełni. Czasz dłużył się nieubłaganie. Nie można było czekać, ale Jean była sama. Przetarła ranę na głowie. Za każdym razem jak zbyt gwałtownie się poruszała ból doprowadzał ją do szału.

W drzwiach celi pojawił się żołnierz Syndykatu. Jean siadła na końcu pryczy. Mężczyzna był wysoki, umięśniony i miał króciutkie blond włosy. Podszedł do Jean i położył jej miskę z jedzeniem na łóżku. W jego oczach było widać wielką ochotę na seks. Zbliżył się do niej i złapał ja z włosy. Nie mogła się bronić. Na rękach miała kajdanki. Żołnierz podniósł dziewczynę do góry. Gdy zbliżyli się twarzami gwałciciel polizał ją po policzku. Wiedziała że nie może się bronić, ale może spróbować. Kopnęła go w kroczę. Facet padł na kolana, a Jean założyła mu łańcuch od kajdanek do szyi. Zaparła go o swoje kolano i pociągnęła kajdanki do tyłu. Żołnierz padł martwy. Jean nie wierzyła w to co się stało. W jednej chwili zorganizowała sobie możliwość ucieczki. Wtem pojawił się jeszcze jeden problem. Do celi wszedł kolejny żołdak. Widząc martwego kolegę chwycił za uwieszoną u boku pałkę teleskopową. Rozłożył ją i ruszył do ataku. Jean uniknęła pierwszego ciosu uskakując w bok. Żołnierz był zdezorientowany. Kobieta prędko złapała mężczyznę za głowę i kopnęła go kolanem w twarz. Kolejny padł. Jean zaczęła zastanawiać się czy na pewno nie śni. Dla pewności uszczypnęła sie w rękę. Nie spała. Przy drugim z mężczyzn znalazła klucze do kajdanek. Rozkuła sie i zabrała broń jednego z nich. Gdy wychodziła zdała sobie sprawę że lepiej nie zostawiać ich tak. Mogło by to sprowadzić więcej kłopotów. Zaciągnęła ich w róg pomieszczenia i skuła kajdankami które mieli przy sobie. Usta zakneblowała im kawałkami szmat które leżały na jej łóżku. Upewniła się czy na pewno wszystko zrobiła dobrze i wyszła z celi. Zamknęła ją szczelnie i zabrała klucz. Wiedziała że nie przedostanie się tak łatwo. W odróżnieniu od więzień ruchu oporu, Syndykat miał kamery. Miała fart że trafiła do celi bez czegokolwiek co mogło nagrać jej wyjście. Była gotowa do ucieczki, ale nie mogła zapomnieć że Perun jest tutaj z nią.

Na korytarzu nie było żywego ducha. Jean nie chciała jednak kusić losu. Znalazła wejście do wentylacji. Walczyła ze śrubami dobre parę minut, a dodatkowym utrudnieniem był brak klucza oraz to że kanał był dość wysoko. Szczęście jej nie opuściło. Nikt nie szedł w jej stronę, a kamery jakoś nie były nią zainteresowane. Kobieta wspięła się i weszła do wentylacji. Było tam brudno, ciemno, klaustrofobicznie, a z każdego możliwego miejsca wystawały jakieś ostre części blachy. Mimo to Jean niezłomnie kierowała się naprzód.

W końcu dotarła do celu. No prawię. Zatrzymała się nad jednym z pomieszczeń. Nie było prawie nic widać, ale słychać było że w pomieszczeniu znajdowała się dwójka mężczyzn.

- Szkoda że Szef zginął - rzekł jeden z nich.

- Może ten Slade będzie równie dobry, a właśnie kojarzysz go? - odrzekł drugi.

- Nie, podobno jest dobrym wojownikiem - Jean zdziwiła się. Jak to Neyer nie żyje. Kto wykonał wyrok śmierci? Kto mu pozwolił? Miliony myśli błądziły po jej głowie. Kobieta jednak otrząsnęła się i ruszyła dalej.

Po kilku minutach dotarła do celi Peruna. Wiedziała że to jego cela bo wentylacja była cała rozgrzana, a w całych Stanach Zjednoczonych tylko on miał tego rodzaju moce. Zajrzała do środka przez cienki otwór. Cela była pusta. Dziewczyna postanowiła znaleźć centrum monitoringu.

***

Po pół godziny znalazła upragnione miejsce. W drodze tu podarła sobie spodnie i zraniła się dwa razy w dłoń. Ale w końcu dotarła. Znów miała szczęście. W pokoju był tylko jeden żołnierz, w dodatku spał. Okazało się że kratka nad pomieszczeniem jest obluzowana więc Jean nie miała problemu z jej wyjęciem. Zsunęła się z góry tuż nad głową strażnika. Nie chciała żeby się zbudził więc wzięła nożyczki z biurka przed nim i wbiła mężczyźnie w gardło. Krew plusnęła na podłogę. Martwy żołnierz zaczął drgać, ale dość szybko przestał. Dziewczyna zbliżyła sie do monitorów. Po minucie szukania, znalazła Peruna. Przeprowadzali na nim jakieś badania. Był przywiązany do łóżka i ubrany w pomarańczowy strój więzienny. Ciągle strzelał piorunami co peszyło oprawców. Jean nie mogła na to patrzeć. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Jej wzrok przykuł przyczepiony do ściany przyciska alarmu. Odruchowo podeszła i nacisnęła go.

Jak się okazało ten przycisk wyłączył cały prąd w bazie.

- Po co komu taki przycisk - pomyślała Jean. Ale to nie było teraz ważne. Rebeliantka ruszyła na pomoc przyjacielowi. Wybiegła z pokoju. Było ciemno jak cholera, jednak to jej nie przeszkodziło dotrzeć w miejsce w którym przetrzymywali Peruna. Poznała je po tym że strzelały z niego błyskawice. Poczekała chwilę aż trochę się uspokoi i wbiegła do pokoju. Każdy pocisk był dostatecznie celny by zabić trzech oprawców. Podeszła do łóżka i odpięła przyjaciela.

- Perun obudź się, Perun proszę - powiedziała dziewczyna trzymając nieprzytomnego kompana. Wyglądał okropnie. Przez te dwa dni musieli go katować.

- Jean - Perun odezwał się pół głosem.

- Tak, to ja, chodź musimy uciekać - Jean była przerażona i szczęśliwa jednocześnie.

- Dobrze że jesteś, ci psychole kazali mi jeść włosy i ludzkie oczy - mutant uśmiechnął się lekko.

- Nie bój się, jestem przy tobie - Jean przytuliła się do rebelianta. W tym samym momencie do pomieszczenia weszło kilku zbrojnych. Wycelowali w nich broń. Nie było już drogi ucieczki.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania