Poprzednie częściBól i kwiat  Spłoszony kwiat  

Kwiat Wielu Dróg

Wchodzę na wysoką górę. Nie wiem czy słońce skryło się za chmurami, czy to po prostu zwyczajny zachód. Dla mnie to nie istotne. Wiem, że muszę wejść na sam wierzchołek. Zmęczenie daje znać o sobie. Ile drogi z tyłu a ile przed? Nie mam bladego pojęcia. Spoglądam do tyłu. Wszystko spowite dziwnym rodzajem mgły. Droga przede mną, wygląda podobnie. Nie potrafię określić, na czym ta inność polega. Tak samo jak mój umysł. Póki co, zapakowanym prezentem. Staram się go odpakować. Przecinam sznurki. Szarpię. Słyszę darcie papieru. To dobry znak. Dociera do mnie, po co tu jestem. Nie mam pewności, czy ma to jakiś sens. Na dodatek zaczyna padać deszcz. Woda spływa z góry, po ostrych kamieniach. Idę boso. Dlaczego? Chyba stopy mi krwawią. Ale nie czuję bólu. Jeszcze nie teraz. Za bardzo jestem skołowany. Droga jest cholernie wąska. Po obu stronach rosną krzaki. Ciemność coraz szczelniejszym całunem, zakrywa mi drogę. Lecz nie na tyle, żebym nic nie widział. Mokre, błyszczące gałęzie, ocierają się o mnie, jak pokrzywione ręce śmierci. Czuję ich wilgotny szelest, gdy przesuwają swoje wstrętne łapska, po materiale kurtki. Ale cóż. Będę musiał pokochać tę drogę, bo nie wiem, ile mam jej przed sobą.

~~~

– Nie martw się kochanie. Na pewno wyzdrowiejesz.

– Chcę w to wierzyć, ale sam widzisz jak jest.

– Cholera! Muszę wyjść na chwilę. Nie wiem dlaczego. Jakiś wewnętrzny głos mi każe.

– Zgłupiałeś. Nie wiadomo, ile mi czasu zostało. Czy tobie zupełnie odbiło?

– Właśnie dlatego chce wyjść. To znaczy... coś mi mówi, że istnieje jeszcze szansa...

– Nie zostawiaj mnie dupku. Proszę.

– Słyszę, że idzie Tobie ku lepszemu... moja kochana żono.

– Przestań. Nie odchodź.

– Zaraz wrócę.

~~~

Stoję na ulicy, patrzę w niebo i wrzeszczę jak opętany: czy istnieje szansa na ratunek?

Doznaje szoku, bo prawie natychmiast, krople deszczu wystukują słowa:

– ''Musisz wejść na wysoką górę. Znajdziesz tam Bezimienny Kwiat. On zmieni waszą sytuację''

– Jak to zmieni sytuację? Na jaką? Moja ukochana wyzdrowieje? Powiedz coś więcej głupi palancie. Tylko tyle masz mi do powiedzenia? Przepraszam... to z nerwów. Nie gniewasz się? Dopowiedz coś więcej. Gdzie mam jej szukać? Chcesz, żebym zostawił ja samą, a ja w tym czasie, będę odgrywać jakąś skoczną kozicę

 

Niestety. Głos milknie na zawsze. Ale i tak jestem uradowany. Jakaś szansa istnieje. Co z tego, że zwariowana. Muszę poszukać tej góry. Tylko gdzie? Nie przypominam sobie, żeby w okolicach, było jakiekolwiek wzniesienie. Mimo wszystko wracam uradowany do żony. Powiem jej, że nie wszystko jeszcze stracone. Wchodzę do naszego domu i prawie biegnę po schodach. Nagle doznaje kolejnego szoku. Stopnie jakby zanikają. Odczuwam dotkliwy chłód. Kto powrzucał drobnych kamieni do naszego domu? Biegnę dalej. Schody zdają się nie mieć końca. Tak je w myślach nadal nazywam. Nie chcę uwierzyć, że już ich nie ma. Przecież na górze, w pokoju, leży moja żona. To mnie dopinguje do tego, żeby nie tracić sił na myślenie, tylko zwyczajnie zaufać usłyszanym słowom. Może rzeczywiście, ma to jakiś sens, którego nie pojmuję. Robi się cholernie ślisko. Mam wrażenie, że upadam do tyłu. W ostatniej chwili, chwytam poręcz...

 

...trzymam w ręce gałąź. Nie upadłem. Czyżby mnie na chwilę zamroczyło? Nagle mnie olśniło zupełnie. Wiem już, jaki jest cel mojej wędrówki. Mam odnaleźć Bezimienny Kwiat. Czeka tam na mnie. U celu podróży. Droga ciągle taka sama. Jedyną zmianą jest coraz silniejszy wiatr. Słyszę wyraźnie, ocierające się o siebie, pokraczne szpony krzaków. Idę cały czas przed siebie. Nie zawracam. Choć nie mam już tyle sił, co przed początkiem wędrówki. Ale podpieram się laską, wyciosaną z nadziei. Wierzę, że to wszystko nie jest na próżno. Wiem... zostawiłem ją samą. Gnębi mnie to cholernie. Sumienie szarpie moje myśli, jak drapieżnik wnętrzności. Nie ustaje jednak w drodze. Mimo wszystko uważam, że słusznie czynię.

Nagle ni stąd ni zowąd, zdaję sobie sprawę, że coś jest: nie tak. Nie z drogą, tylko ze mną. Nie chodzi o to, że wspinam się jak jakiś wariat, na jeszcze bardziej zwariowaną górę, tylko o poczucie mojego... ciała. W pierwszej chwili nie chcę wierzyć, w to co widzę. Wszakże nie dokładnie, bo ciemność nie ustępuje, ale jednocześnie nie jest tak gęsta, żeby nic nie dostrzec.

 

Moje ręce są... starsze. Z lekka pomarszczone. Przecież mam dwadzieścia dwa lata. Coś mi tu nie pasuje. I to bardzo. Dotykam rękami twarzy. Tu także czuję zmarszczki. Jak długo już idę? - pytam samego siebie. Czyżby czas płynął tu inaczej? A może po prostu, starszy jestem, z każdym następnym krokiem. Nie chcę o tym za bardzo rozmyślać, bo zupełnie sfiksuję. A mam przecież zadanie do wykonania. Tylko sił zaczyna brakować. Już nie te lata, co kiedyś. Ile ich mam w tej chwili? Szkoda, że nie zabrałem lusterka. A może dobrze, że go nie mam.

 

Wtem, kilkanaście metrów przede mną, widzę jakąś postać. Jest niewielka i ubrana na biało. Już naprawdę ledwo idę. Odczuwam skutki starości. Ona czeka na mnie. To mała dziewczynka. Trzyma na apsia misia. Podchodzę bliżej. Pyta się mnie zupełnie niespodziewanie:

– Naprawisz mojego misia?

– Czy naprawię... kim ty jesteś i co tutaj robisz?

 

Sytuacja jest... jakby nie z tej ziemi.

 

– Napraw. Proszę. Łapka mu odpada.

Biorę pluszaka do ręki. Rzeczywiście. Misiowa ręka, wisi ledwo ledwo. Gdybym miał buty, to też sznurowadła. Wtedy mógłbym nimi przywiązać jak trzeba.

– No co, da się?

– Nie wiem jak. A poza tym, spieszę się na górę. Nie mogę tracić czasu, na naprawianie głupich misiów. Po co mi w ogóle głowę zawracasz. Przepraszam, ale sama widzisz, jak wyglądam.

– Jak fajny stary dziadek.

– No cóż... właśnie... przynajmniej mam pewność.

– Naprawisz?

Męczę się z tą całą naprawą paskudnie... aż w końcu... za pomocą cienkich gałązek... tyle o ile... mi się udało.

– Ojej! Dziękuję.

– Daleko jeszcze do wierzchołka? Może wiesz dziewczynko.

– Niedaleko. No to cześć.

 

Rozglądam się na boki, lecz nikogo nie ma. Myślę sobie, że halucynacje w mojej sytuacji, chyba nie mogą być złudzeniem. Tylko jak rozróżnić, co na prawdę a co nie.

Dostrzegam wierzchołek. Cel podróży. Po jakimś nieokreślonym czasie, wlekąc moje starcze ciało, docieram do niewielkiego płaskowyżu. Szczytu góry. Jest jako tako oświetlony... tylko nie wiem czym... i pełno na nim kwiatów. To muszą być te. Tylko który jest: Ten?

 

Słyszę z tyłu znany głosik:

– Pokażę który.

– Skąd się tu wzięłaś. I co tutaj robisz?

– Nie jestem z... tutaj.

– A skąd?

– Dziadki nie powinny być takie ciekawe.

 

Niby mi wesoło, ale nagle przypominam sobie, po co tu przyszedłem. Może potwornie źle zrobiłem. Zamiast być z nią, to idę jak czubek na pieprzoną górę, tracąc czas, który powinienem jej poświęcić. Stopy okrwawiłem, naprawiałem głupiego misia, a na dodatek, stałem się starym dziadem. Nawet jak wyzdrowieje, czy będzie takiego chciała? Wątpię.

– Nie możesz wątpić. Twój wiek nie upoważnia ciebie, do gadania takich bzdur.

– Wiek? Raczej wieko. Jak masz na imię?

– Jestem Bezimienna. To ten Kwiat.

– A niby skąd wiesz?

– Bo go Misiu wskazuje łapką. Tą naprawioną. Pamiętasz?

–Jakbym mógł nie pamiętać. Staruszek na górskim zboczu, przywiązujący pluszakowi rączkę, trudno określić czym.

– Przestań marudzić, tylko bierz Kwiatka i zmykaj stąd. Tak musi być!

– Łatwo powiedzieć. A z tobą co będzie?

– Mną się nie przejmuj.

– Krzyż mi dokucza, sflaczałe policzki, a w zmarszczkach chodzi mucha...

– Weź się w garść.

– Raczej w skórę i kości.

– Podołasz. Nie biadol!

– Ale...

– Bo się naprawdę wkurzę. No złaź z tej góry, do jasnej cholery!

– W ustach dziecka takie słowa... nie mam sił. Do dupy wszystko.

– Spadaj! Bo tupnę nóżką!

 

Zaczynam schodzić. Tą samą trasą, którą przyszedłem. Przestało padać jakiś czas temu. Mniej się ślizgam po kamieniach. Nadal nie wiem, ile mam lat. Na pewno nie mało, biorąc pod uwagę swoje samopoczucie. Trzymam w ręce kwiat. Wierzę, że to ten właściwy. Tam, na szczycie, trochę w pewnym sensie odreagowałem. Pyskata to sprawiła. Kim ona jest? Wątpię, żebym się dowiedział.

 

Idę już jakiś czas i tak samo jak przy wchodzeniu, z moim ciałem, zaczyna coś się dziać dziwnego. Jednym słowem: młodnieje. Za każdym krokiem, lat mi ubywa. Ręce robią się gładkie. Na twarzy nie czuję zmarszczek. Tylko Kwiat, który niosę, pomału więdnie. A byłem przekonany, że taki Niezwykły, nigdy nie straci swojego blasku. Będzie wciąż taki sam. Życia nie straci. Nie wiem, czy go zdążę zanieść żonie. Na dodatek, kapie z niego krew. A ja jestem młodszy z każdą sekundą. Nie widzę siebie, ale wiem to na pewno. Dostrzegam charakterystyczną gałąź. Miejsce z którego wyszedłem. A poza tym, jest prawie jasno. Znikła ciemność. Ścieżka jest nadal wąska, lecz krzewy po bokach zakwitły.

 

Widzę przed sobą jakby jasność. To znaczna polana. A właściwie pusta łąka.

Nagle dostrzegam moją żonę. To musi być ona. Nie mam wątpliwości. Kiwa do mnie ręką. Podchodzę bliżej. To żadna halucynacja. Na pewno ona. Z dłoni lecą mi zwiędnięte strzępki. Widocznie spełniły swoje zadanie. Oddały swoją żywotność.

Stoję blisko niej. Mówi do mnie:

 

– Na drugi raz bądź tak miły i się nie spóźniaj. W końcu jestem twoją narzeczoną. Mamy się pobrać. Chyba nie zapomniałeś? Masz zamiar całe życie być takim spóźnialskim?

– Narzeczoną? Co ty chrzanisz? Przecież jesteśmy małżeństwem od kilku lat!

– Doprawdy kochanie? Traktuj mnie poważnie. Czyżbyś bredził po próżnicy?

– Ale przecież... jesteś ciężko chora! Leżałaś w łóżku.

– Mniemam najdroższy, że ktoś inny jest tutaj... jakby chory. Bardzo cię kocham... ale do prawdy nie rozumiem, o czym mówisz. Ja nigdy nie chorowałam. I oby tak dalej.

 

Ta sytuacja mnie przerasta. To wszystko, co było, jest... i co będzie... o to jest pytanie. Chyba jej nie powiem o tym, jak od niej uciekłem, co przeżyłem, że byłem starym dziadem, a teraz jestem powtórnie młodym... a może jednak. Nie. To by nie miało żadnego sensu. I tak mi nie uwierzy. Słyszę jej głos:

– Chyba widzisz tamtą drogę?

– Widzę kochanie.

– Tam jest przystanek autobusowy. Poczekamy trochę i pojedziemy.

– Oczywiście. Jak sobie życzysz.

Przestaje mnie cokolwiek dziwić. Nawet przystanek autobusowy na środku łąki. Stoimy i czekamy. Sceneria wokół normalna, lecz zarazem... dziwna. A poza tym, gdzie się podziała góra?

– Kochanie. Widzisz? Autobus jedzie.

– Widzę.

– Jak przystanie, to do tego wsiadamy.

– Trudno do innego, skoro będzie jeden.

 

Wiem, że nie powinienem być taki... dowcipny, zważywszy na sytuacje, ale chcę zachować resztki świata, którego znam. Ona jest niewątpliwie moją żoną. Wiem, że ją kocham, ale...

– Przygotuj się. Za chwilę wsiadamy.

– Kochanie! Coś mi tu nie pasi. Jest coraz bliżej, a większy wcale. A zatem się zmniejsza. Czy aby się zmieścimy?

– Zobaczymy.

 

Podjeżdża autobus. Rzeczywiście jest mały, ale na tyle duży, że możemy wejść. Nachodzi mnie dziwaczna myśl, że inni nie mieli takiego szczęścia. A może czegoś wręcz przeciwnego? W środku jest pusto. Tylko kierowca. Moja żona jest trochę zdenerwowana. Nie wiem czemu. Popatruje po całym wnętrzu, jakby czegoś szukała. O co w tym wszystkim chodzi? Nagle słyszę zamykanie drzwi i pojazd rusza. Ukochana siedzi na siedzeniu i milczy. Jest dziwne nieobecna. Czyżby to wszystko było jeszcze bardziej pogmatwane, niż by się mogło wydawać?

 

Czas upływa na podróży. Świat wokół, wygląda zupełnie normalnie. Zwyczajny autobus i zwyczajna łąka na zewnątrz. Niby wszystko pasuje. Oprócz ciszy. Coś powinienem słyszeć. Chociażby szum silnika. Cokolwiek. Nagle na przednim siedzeniu, coś zauważam. Siedzę trochę z tyłu, dlatego widzę jedynie część. Dopiero po jakimś czasie, dociera do mnie, na co patrzę. To widoczny fragment pluszowego misia. Ma łapkę przywiązaną sznurowadłem. Odruchowo spoglądam na swoje nogi. Jeden but ma puste dziurki.

Co tu jest grane, do diabła? Przecież byłem... i o co chodzi z tym pluszakiem? Czyżbym nie pamiętał wszystkiego? Albo inaczej, niż być powinno.

Postanawiam zrobić coś, co w takiej sytuacji jest w moim mniemaniu, bardzo zasadne.

Idę do przodu i grzecznie pytam;

 

– Przepraszam... ale dokąd my właściwie jedziemy?

– A skąd mam wiedzieć. Jestem tylko kierowcą.

 

**************************************

Bonus - Lustro - 29.11.2017

 

nie wiem czy zdołam wybaczyć

zwierciadła tafli srebrzystej

obrazem fałszu mnie zwiodła

miłości twojej tak czystej

 

przytul mnie swoimi łzami

na łące gdzie lustro jest inne

tam zapach kwiatów powrócił

w odbiciu twe serce niewinne

 

przytul mnie swoim uśmiechem

gdzie serce serca nie rani

cierpienie w nas pozostanie

lecz nie jesteśmy tu sami

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • kalaallisut 2 tygodnie temu
    Hmm ciekawa ta podróż... w czasie...Z refleksją, wzruszeniem w niektórych momentach i z zastanowieniem odchodzę i pozdrawiam. Pięć. Kolejny raz miś u Ciebie :)
  • Dekaos Dondi 2 tygodnie temu
    Dzięki Kalilka Pozdrawiam
  • pasja 2 tygodnie temu
    Witam
    Ciekawe rozważania o istnieniu, o drodze życia i podróży w nieznane dla nas tereny. Całość jak sen, poszatkowałeś przemijanie i powrót do... właśnie czego?
    Zakończenie dla każdego będzie inne.

    Pozdrawiam serdecznie
  • Dekaos Dondi 2 tygodnie temu
    Pasjo Dzięki Pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania