LBnP XIX - Cztery pory roku - Zima

Zmył ostatnie, zaschnięte plamy z twarzy. W wiszącym nad umywalką lustrze ujrzał dziwnie znajomą osobę. Była bardzo mu podobna, ale nie identyczna. Blizny na jej twarzy były czyste, wręcz zamaskowane. Z trudem odnalazł na lewym policzku charakterystyczne znamię w kształcie nieokreślonej bryły geometrycznej. Zamarł. Lodowate dłonie ścisnęły kurczono brzegi porcelanowej umywalki. Musiał to zrobić. Zawsze, kiedy szedł spokojnym krokiem z udawaną elegancją dla zwiększenia niepoznaki, powtarzał w duchu oklepaną już formułkę. Słowa klucz: „obowiązek”, „przyszłość”. Tym razem było nie inaczej.

Było tak jak zwykle. Rutyna wdarła się do jego życia wiele twarzy temu. O wiele za dużo by mógł sobie przypomnieć, kiedy to było dokładnie. Ile już słodkich ust zdążył posmakować? Ile przerażonych głosików utulił do snu, wiecznego. Nieważne. Zdążył już przywyknąć do tej monotonności. Czuł, że coraz bardziej przypomina dobrze naoliwiony automat. Człowieka miał w sobie mało, ale wystarczająco by pani Tereska z osiedlowego warzywniaka co dzień rano częstowała go jedną słodką bułeczką w gratisie. Dlaczego? Miał pewną teorię. Najwidoczniej większość tego „człowieczeństwa” skumulowała się w oczach. A przecież jak ci z oczu dobrze patrzy, to ludzie, niczym zahipnotyzowane małpiszony, będą gapić się w nie z zachwytem i dawać ci ponadprogramowe prezenciki. „Bo ty dobry chłopak jesteś” – słyszał na odchodne. Udawał, że wcale go to nie dziwi. Dobra mina wesołego chłoptasia. Tereska to może i była naiwna, ale te bułeczki to jej zawsze wychodziły zajebiste. Jak ona je robiła? Myślał czasami o tym, gdy nie mógł zasnąć. Potem jeszcze pięć godzin walki o sen i kolejna bitwa, tym razem w świetle dnia.

Otrząsnął się z dziwnego stanu, który dręczył go od czasu, gdy, no właśnie. Co w tym było innego? Normalka jak zawsze. I znowu to samo. Normalka. Nie potrzebował widoku krat z rana, gęby współwięźnia z niekompletną klawiaturą żółtych zębów. Wiedział, że to wszystko, z jednej strony niezbędne dla jego egzystencji jest jednocześnie najsurowszą karą, jaka tylko istnieje. A teraz tak na poważnie, nigdy specjalnie nie czuł brzemienia, jakie dane jest mu nosić. Jak się bawić to na całego. Najlepiej z uśmiechem na ustach. Fakt, wszystko działało jak z automatu, ale twarz nie była obojętna. Nie udawał bezdusznej maszyny. Nadal tkwił w ludzkiej powłoce i odczuwał chore podniecenie, gdy usłyszał desperackie przełknięcie śliny. Potem tylko dokrętka.

Wyszedł z toalety. Przez powybijane szyby z okien do środka wdzierał się lodowaty wicher. Zima na wszelkie możliwe sposoby chciała udowodnić, że tym razem zostanie na znacznie dłużej. Wydawało się, że ma chrapkę na wieczne panowanie. Śnieżne zaspy tworzyły po obu stronach ulic podwaliny pod lodowe tunele. Wydawało mu się przez moment, że dłonie sinieją. Zupełnie jak rok temu jego szyja. Dotknął miejsca, gdzie siny pręg odcisnął się, ozdabiając i tak szkaradnie okaleczone ciało niczym spierdolony tatuaż od przyjaznego gościa w zaułku. Jedynie za paczkę ruskich fajek.

Dlaczego się nie udało? Plan był przecież idealny. Analizował wszystko z matematyczną dokładnością. Teraz wiedział, że to była tylko dobra gra. Tak naprawdę lepił kulki ze starej plasteliny i ozdabiał nimi plakat jakiejś gołej babki. Swoją droga fajna dupcia. Ale za bardzo „czysta”. Z tą plasteliną było jej nawet do twarzy, albo raczej do maski z kilogramów makijażu.

Tak. Obliczył wszystko dokładnie. Nie pamiętał zbyt wiele, jedynie momenty, gdy dusił się, mimowolnie łapiąc w panice tyle powietrza, ile tylko się da i chwile po przebudzeniu pod pierzyną z kawałów tynku z sufitu. Nie spróbował ponownie. „Koniec” – wrzasnął w duchu. Odepchnął natłok myśli i skierował się do salonu. Warstewka śniegu otulała meble i dwie leżące na podłodze osoby. Wyglądały jak egipskie sarkofagi. Nie planował takiego ułożenia. Ale pogratulował sobie artystycznego kunsztu.

Wieczna zima. W radiu trąbili o tym, co chwila. To zgrane hasełko wybrzmiewało w salonie ogłuszane rozpaczliwym błaganiem zatroskanej matki. Jej zapłakane oczy tonęły gdzieś w czeluściach bezwzględnej powinności, obowiązku. Nie umiał odpowiedzieć. Spojrzał jeszcze raz na wtulone w ramię pięcioletnie dziecko. Oboje klęczeli przed nim, oddając pokłon panu życia i śmierci. Na upartego to on wcale nie decydował, ich los był przesądzony. Ale zawsze warto poryczeć, poprosić, a może zmięknie i oszczędzi. Może tylko zgwałci, okaleczy, oślepi i zostawi w spokoju, znikając jak zjawa.

Otarł śnieżną pierzynkę z ich twarzy. Leżały równiutko, równolegle do siebie z obojętnym ułożeniem ust. To wystarczy na jakiś czas. Czuł satysfakcję i ulgę. Zdążył posmakować ust matki. Gdy były ciepłe, smakowały truskawką. W pewnej chwili naszła go ochota na ponowną degustację. Tym razem byłoby znacznie łatwiej. Bez żadnego oporu. Nagle lodowy wicher powiał mocniej. Śnieżny puch w salonie uniósł się i zawirował. Instynktownie odsunął się od ciał. Zrozumiał, że tyle musi mu wystarczyć. Płacz dziecka, agonistyczne jęki matki. Wyczerpał limit. Wstał powoli i skierował się w stronę wyjścia. Jego dłonie nadal były zimne. Może dlatego wszystko zawsze się udaje?

Średnia ocena: 4.4  Głosów: 8

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • sensol 3 miesiące temu
    o rany! straszne! świetny motyw z człowieczeństwem w oczach i z nieudanym samobójstwem (niebanalnie opisane) ta pierzyna z tynku! krótkie ale wciskające. brava!
  • marok 3 miesiące temu
    Kiedy nie można spać, to się w głowie dziwne rzeczy dzieją ;)
    Dzięki
  • fanthomas 3 miesiące temu
    marok wtedy się najlepiej tworzy zwłaszcza horrory
  • sensol 3 miesiące temu
    Nie ważne. - powinno być "Nieważne"
  • Canulas 3 miesiące temu
    " Tym razem nie było nie inaczej." - nie rozumiem.

    "Nie ważne." - razem

    "Zima na wszelkie możliwe sposoby chciał udowodnić, że tym razem zostanie na znacznie dłużej. " - chciała

    "Wydawało mu się przez moment, że jego dłonie sinieją. Zupełnie jak rok temu jego szyja. Dotknął miejsca, gdzie siny pręg odcisnął się, ozdabiając jego i tak szkaradnie okaleczone ciało" - 3x jego

    Ogólnie, pomimo tego wyżej, dość ciekawy tekst, napisały całkiem konkretnym językiem. Widać że pukasz po drzwiach dobrego stylu. Trochę kwiecistości, trochę sprawnie polaego sou z luzem. Konjkretna treść.
    Bydom z Ciebie ludzie.
  • marok 3 miesiące temu
    Dzięki. Jestem usatysfakcjonowany. Bezsenność pomogła w dużym stopniu
  • pkropka 3 miesiące temu
    Dobrze się czytało, wciągające opowiadanie. Szkoda, że tak szybko się kończy ;)
  • marok 3 miesiące temu
    Wszystko kiedyś się skończy ;)
  • Literkowa Bitwa na Prozę 3 miesiące temu
    Witamy kolejne opowiadanie w Bitwie. Brawo!
  • Maurycy Lesniewski 3 miesiące temu
    Ciekawy tekst. Robisz duże postępy jeśli porównać ten tekst do tych sprzed roku czy wcześniej, a to bardzo dobrze. Pozdrawiam
  • Literkowa Bitwa na Prozę 3 miesiące temu
    Witamy
    Dziękujemy Autorowi za udział i zapraszamy do zagłosowania na najlepszy tekst. Forum otwarte całodobowo.
  • Dekaos Dondi 3 miesiące temu
    Ciekawy tekst. Człowiek w zamotaniu psychicznym. Jakby ostatnia chwila muchy, przed pająkiem. Przeważnie mam dziwne skojarzenia.
    Poza tym wiele ciekawych sformułowań. Pozdrawiam→5
  • Literkowa Bitwa na Prozę 2 miesiące temu
    Witam
    Limit człowieka i zawirowania w umyśle.... coś niedokończone, niedomówione a jednak stało się rutyną w życiu bohatera.
    Pozdrawiam
  • pasja 2 miesiące temu
    przepraszam nie wypróbowałam się:)
  • pasja 2 miesiące temu
    pasja wylogowałam*
  • @utor 2 miesiące temu
    Nieco trudniejszy tekst. Tak mi się wydaje. Chyba muszę sobie dać trochę czasu, aby go przetrawić ;-)
    Niemniej ze względu na treść, zatrzymuje na trochę i daje do myślenia.
    Czwóreczka.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania