Legowisko nocy (całość)

Nie sposób określić, ile trwa dotarcie na samą krawędź człowieczeństwa i kiedy powolny proces upadku przybiera najgorszą formę. Mówimy beztrosko, że przyszłość zależy od przypadku. I to poniekąd prawda. Wystarczy jedno wydarzenie, które jak się zwykło mówić, zmienia nasze losy. Pół biedy jeśli na gorsze, ale udaje nam się z tego wykaraskać. Gorzej, gdy trafimy na nieprzerwany łańcuch lawinowych zdarzeń, z których każde następne śmieje się na widok poprzedniego.

*

Kartma ciągnął druciany wózek, wypełniony po brzegi żelastwem, rupieciami, gałganami i dużą skrzynką jabłek. Muchy siadały mu na ramieniu, a kiedy próbował je odgonić, przeniosły się na ekskrementy i zaczęły ucztę. Smród, który wydobywał się z otwartego pojemnika na odchody był nie do zniesienia. Sprawa wyglądała jeszcze gorzej, gdy doszedł do tego zapach odświeżacza. Wiedział, że to ten brązowy, w końcu używał jednego rodzaju od kilku lat. Odkręcił korek i nacisnął pompkę dokładnie trzy razy. Usiadł — starczyło miejsca między kartonami i sypem złożonym z kamieni. Próbował wstrzymać powietrze, ale jego sześdziesięcioletnie płuca były już słabe, więc puścił parę z ust, a zaraz później zwymiotował między walające się strzępy papieru. Muchy na moment odleciały, by już po chwili znów zatoczyć krąg i dać nura w blaszaną miednicę. Poczuł się lepiej. To były dziwne, złożone prawie z samej żółci, ale nader pomocne wymioty. Piekło go na twarzy, w przełyku, brzuchu. Wszystko, co znajdowało się na placu, a właściwie maleńkim placyku, który służył za legowisko, cuchnęło teraz niemiłosiernie. Mężczyzna spojrzał na wózek i wygrzebał z niego skrawki gazet. Wytarł twarz. Niedawna rana po goleniu zaszczypała, trącona ostrym rogiem papieru.

— Muszę bardziej uważać — skwitował, z przeświadczeniem, że poharatana facjata nie będzie najlepszą wizytówką.

Odkopał z kartonów podręczne lusterko i przykleił plaster, znaleziony niegdyś w pobliskim śmietniku. Mruknął, widząc, że zostało go niewiele. Może na opatrzenie skaleczonego palca. Może nawet nie.

Zabezpieczył graty dużym sznurem, upychając gałgany na wierzch. Przykrył papierami, gładko wyrównując na tyle, na ile się dało i chwycił za wajchę wózka. Zabrzęczały koła, zaskrzypiały druty i kiedy już miał ruszyć, jedno jabłko potoczyło się po kamienistej drodze.

— Ubite — zaskrzeczał, drapiąc się w głowę, ale koniec końców włożył je między inne, bardziej kształtne, zdrowe. — Nie zauważą, jak będę szybko pakować. Nie zobaczą...

W drodze na targ minął siwiuteńkiego, starego murzyna, z którym zawarł rok temu niepisaną umowę. Brzmiała mniej więcej tak: "Możesz tu spać, wzamian za dopilnowanie rzeczy". Tamten  się zgodził. Czasem wychodzili razem po złom. Żałowali wtedy, że mają tylko jeden sprzęt na kołach, bo starych blach, rur, części od samochodów było pełno przy wielkich kontenerach. Bogacze nie segregowali śmieci. Nie pomyśleli nawet o tym , żeby wywieźć rupiecie do lasu, jak to robią ci bardziej przemyślni.

Ruszył przed siebie. Bazar tętnił od kolorowych barw, rozmów ludzi, okrzyków i popiskiwań zwierząt. Kartma stanął w pobliżu klatek z papugami, licząc na to, że nikt nie wyczuje jego zapachu, a jeśli nawet, pomyśli, że to robota ptactwa. Robił tak od początku. Czasem trafiał na dzień, w którym nie było kur, ptaków, ani nawet maleńkich piskląt. Siadał wtedy na samym początku, tuż przy wejściu, i proponował jabłka w nadziei, że wyprzedzi konkurencję.

Jesień była dla niego najprzyjemniejszą porą roku. Za kilogram owoców miał cztery pękate bułki, choć rzadko ktoś kupował aż tyle. West, mężczyzna mieszkający na nowym osiedlu, usytuowanym blisko lasku, udostępniał mu przydomowy sad, zaznaczając jednak, że może zbierać tylke te owoce, które spadną z drzewa. Tym sposobem Kartma, żeby napełnić skrzynkę musiał pracować  przez kilka dni, a nierzadko cały tydzień. Dobre i niezbrukane jabłka ładował do wózka, ubite zjadał, albo dzielił się z ciemnoskórym.

— Jesteś dobrym człowiekiem, West — powtarzał, wychodząc z sadu, choć właściciel od dawna nie podał mu ręki. Nie pozwolił napić się choćby łyka wody. Nie zaproponował prysznica. Przestał traktować go tak, jak wymagała tego kultura. Młody sadownik wyparł się żebrzącego ojca, a Kartma nie miał innego wyjścia niż się z tym pogodzić.

Jesienny poranek był chłodny. Mężczyzna trzymał kurczowo żelazny wózek i roglądał się, próbując nawiązać kontakt wzrokowy z przechodniami. Większość pędziła tam, gdzie stragany załadowano najobfitszymi towarami, mało kto spoglądał na zawartość skrzynki. Starał się nie wychwytywać w ich oczach pogardy, ale wylewała się ona tak jawnie, że o pomyłkę było ciężko. Zakaszlał. Z wysiłku i zmęczenia. Brakowało mu już sił, żeby wstawać co rano. Czuł się apatyczny i żałosny. Nie miał nikogo, kto by go poklepał po plecach i zachęcił do kontynuowania żmudnej pracy. Żadnej osoby, która wysłuchałaby utyskiwań, obaw, strachów. Zamknął oczy tylko na kilka sekund, powracając myślami do beztroskiej przeszłości, kiedy nagle usłyszał trzask. Gdzieś blisko, w zasięgu wzroku.

— Nieee! — krzyknął, widząc jak skrzynka przewraca się z impetem, a jabłka lądują pod stopami ludzi. Zerwał się, zostawiając wózek i zaczął je pośpiesznie zbierać do zmechaconego swetra. Par butów było jednak zbyt wiele, plątał się między nimi i w efekcie udało się zebrać tylko kilka owoców. Skrzynkę rozbito. Nikt nie pomógł. Kartma nie wiedział nawet, kto jest sprawcą całego zamieszania. Chwilę później do jego uszu doleciał śmiech. Znajomy, dziewczęcy głos. Głos, którego nie słyszał już od bardzo dawna, ale zachował wspomnienie w głębi serca. Spojrzał to na wózek, to na trzymane w ubraniu owoce i zapłakał. Pierwszy raz od czterech lat. Wyciągnął podręczne lusterko z kieszeni i zerknął na twarz. Była bladoszara, przybyło mu kilkanaście zmarszczek, kilka zadrapań. Ubyło sporo kilogramów. Ręce trzęsły się tak mocno, że z trudem utrzymywał przedmiot w dłoniach. Nie pił. Od wielu lat nie wziął do ust żadnego alkoholu, ale w tamtym momencie żałował, że nie miał przy sobie choćby łyka wódki.

— Sue! Sue! — zachrypiał, ale dziewczynka zginęła gdzieś w tłumie.

— Sue... — Zaczął biec. W spodniach ściskał jedno czerwone jabłko. Jego kaszel rozległ się po całym targowisku. Biegł, popychany przez ludzi, niczym szmaciana, leciutka kukła, ale mimo to nie przestał. Nawet wtedy, gdy żółć znów podeszła mu do gardła.

— Sue! — Włożył w ten krzyk cały ból, który gromadził w trzewiach. Stanęła. Ich oczy spotkały się w momencie, kiedy upadał.

Chciał coś powiedzieć, unosząc dłoń, jak gdyby słowa wymagały podkreślenia, za każdym razem jednak kaszel zwyciężał, ręka chwytała za gardło. Po chwili zaczął się śmiać, z radością i uznaniem, jakby po tych wszystkich latach zobaczył przed sobą jakąś bajeczną istotę.

Dziewczynka miała piętnaście, może szesnaście lat. Nie więcej. Włosy związane w koński ogon i kolorową, długą sukienkę z delikatnego materiału. Przez chwilę patrzyła na mężczyznę, marszcząc brwi i zastanawiając się, czy to właśnie on wywołał ją z tłumu. Podeszła kilka kroków. Ich spojrzenia znów się skrzyżowały, a dziewczęce tęczówki zaszły mgłą. Kartma dzwignął ciało, poprawiając ubranie na tyle, na ile mógł, by wyglądało choć trochę lepiej i spuścił głowę. Siłą powstrzymał wymioty.

— To ty. To Ty! — Jęknęła, zakrywając usta dłonią. Nic więcej nie przychodziło jej do głowy. Na dźwięk tego głosu poczuł ogromny ucisk w mostku. Nigdzie nie było znajomych klatek z ptactwem, wiedział więc, że Sue lada chwila poczuje zapach, smród, którego sam nie znosił, ale nie mógł się pozbyć. Palący wstyd, zaszyty w zakamarkach duszy, zaczął wychodzić powoli na powierzchnię.

— Co ze sobą zrobiłeś? Jak... — znów jęk chrapliwego zawodu przeszedł przez gardło — jak ttt-y wyglądasz? Mówili, że najpewniej nie żyjesz — oznajmiła, jakby referowała wczorajszą prognozę pogody.

— Tak? Tak ci powiedzieli? — Wypluł zalegającą flegmę, modląc się w duchu, by nie uciekła. — To dobrze. Może to dobrze.

W jej spojrzeniu odnalazł tę samą pogardę, którą widział codziennie w oczach przechodniów. Zabolało.

— Mieszkasz z matką? — Zapytał. — Bałem się zapytać Westa co u was.

— Wiedział, że nie umarłeś? Widzisz się z nim?

— Tak. Pomaga mi w...

— Mama jest u czubków. Zrobili z niej wariatkę — znów zreferowała, siląc się na spokój, ale już po chwili oczy zaszły łzami. — Znalazłam ciało w pokoju, wisiała na pasku od spodni. Uratowali ją, ale zamknęli. Zwariowała, rozumiesz? Nigdy nie powiedziałam o naszej sprawie. — Ukryła ręce za siebie.

Kartma złapał głęboki oddech. Zaczął się trząść. Zbyt wiele emocji i obrazów skumulowało się w jednym punkcie.

— Tak mi...

— Przykro? Gdybyś nie uciekł, to byłaby ze mną. Ale ty wolałeś zniknąć. Jak jakiś szczur! Ukryłeś się, a ona cię szukała. Boże...nawet nie wiesz, gdzie za tobą chodziłyśmy! Nie powiedziałam o tamtym... To by ją zniszczyło. Ale i tak jesteś winny. Szczur! Tchórz! — zaczęła krzyczeć, nie zwracając uwagi, że nadal stoją pomiędzy ludźmi. Gestykulowała dynamicznie, jakby chciała uderzyć mężczyznę w twarz, ale wszystkie gesty kończyły się w pół drogi.

Kartma skulił się, jak przed kolejnym ciosem ojcowskiego pasa. Czekał, aż krzyk ustanie. Miał ochotę zrobić to samo, ale nie ze złości, nie z nerwów — z bólu. Trzymał kurczowo rękę w kieszeni i dotykał owocu. Zacisnął pięść.

— Nie chciałem cię wtedy dotknąć, Sue. Nie w taki sposób. Wiem, że to było obrzydliwe.

— Ona zwariowała, wiesz? — powtórzyła mechanicznie, w amoku, a policzki nabrały purpurowego wyrazu. — Dają jej jakieś leki, pastylki. Trzymają w czterech ścianach, a kiedy wychodzi na zewnątrz, ciągle rozgląda się na boki, jakby czegoś szukała. Może gdybym powiedziała, że próbowałeś się do mnie dobierać, byłoby inaczej.

— Dlaczego tak właśnie jest? — szepnęła. — Dlaczego ona?

Złożyła dłonie w zapłakaną twarz.

— Gdzie mieszkasz? Masz kogoś? — rzuciła, ciągle łkając.

Poczuł, że chce ją przytulić. Powiedzieć tak, jak mówi się do dziecka; że będzie dobrze, że nic złego już nie czeka za rogiem. Podszedł tak blisko, jak tylko mógł i rzucił się do stóp. Ścisnął je mocno przez krótką chwilę, bojąc się odrzucenia. Kopnięcia. Ucieczki.

— Mam jeden kąt. — Teraz płakali oboje. — Myślisz, że odszedłem, żeby sobie kogoś znaleźć? Sue... Czułem się jak dupek. Nie wiem, co we mnie wtedy wstąpiło. Alkohol, trochę tabletek i ty taka... — Zakaszlał. — Uciekłem, bo nie mógłem znieść twojego spojrzenia. Tu jest moje miejsce. Na ulicy.

— Wybaczyłam ci. Z czasem. Z resztą nie zrobiłeś mi nic złego. Próbowałeś, to wszystko.

— To dużo! To...

Kucnęła przed nim i zmierzyła zmarszczoną szyję wzrokiem. Dotknęła ramienia, a Kartma wzdrygnął się natychmiast, jak trącony kijem wąż. Od kilku lat nigdy go nie dotykał. Nie tak.

— Pokażesz mi, gdzie mieszkasz? — zapytała sucho.

— To nienajlepsze miejsce na spotkania.

— Chcę zobaczyć. Jak mieszkasz, co robisz.

— Sue... To jest róg za dużym śmietniskiem. Nie mam mieszkania. Przychodzę tu sprzedawać jabłka. West pozwala mi zrywać. Powiedziałaś mu, prawda? Dlatego nie wita się ze mną. Dlatego pozwala zbierać tylko takie owoce, które spadną? Nie mam ci za złe, nie...

— Mieszkam tam. Nigdy cię nie widziałam.

— Przychodzę tylko do sadu. W wyznaczonych godzinach.

— Cztery lata... Nawet przez chwilę nie chciałeś wrócić?

— Nie. Nie mam prawa. Muszę już iść, wózek tam został — zawahał się.

— Wróć. Może mama wyzdrowieje.

— Muszę pozbierać jabłka. Dziś już niczego nie sprzedam. Będą na jutro. Gdzieś wypadły — zignorował prośbę, wiedząc, że tylko tak nie rozklei się ponownie. W głębi duszy nie marzył o niczym innym, jak wrócić do domu. Wziąć prysznic. Zjeść. Nie śmierdzieć. Nie odstraszać. — Moje życie jest tutaj. Dbaj o nią. Na pewno z tego wyjdzie. — Odwrócił się, zapamiętując w głowie wszystkie szczegóły dziewczęcego wyglądu. Oczy, kolorową sukienkę. Włosy luźno związane w kucyk.

— Po wózek. Nie patrz tam. Idź po wózek, Kartma — szeptał do siebie. — Trzeba zbierać jabłka.

Czuł za sobą kroki. Delikatna dłoń powędrowała na ramię.

— Odprowadze cię. Jeśli to niedaleko. Pozwól mi.

Skinął głową. Kiedy doszli do początku targowiska, po drucianych kołach nie było śladu. Pusta skrzynka po owocach leżała do góry dnem, a wokół walało się kilka sztuk towaru. Zaczął go znów zbierać.

— Wszystkie ubite, rozumiesz?

Nie rozumiała. Podniosła jedno i ugryzła. Sok spłynął po brodzie.

— Nie jedz, to na jutro! — krzyknął tak głośno, że upuściła je od razu. — Przepraszam. Chciałem powiedzieć, że jutro może bym sprzedał...

— Zapłacę ci za całą skrzynkę. Dostałam pieniądze. A teraz chodźmy, zanim nie zrobi się późno. West będzie zły.

Ruszyli. Droga była krótka, ale z każdym mijanym zakrętem Kartma czuł rosnące zażenowanie. Kiedy smród ekskrementów dotarł do ich nosów, przystanęli. Murzyn siedział po turecku, wyprostowany, jakby pilnował największego skarbu.

— Tu?

Pokiwał głową, nie wiedząc, co ma robić.

— A tamten?

— Przyjaciel. Pilnuje... rzeczy, kiedy idę na targ. Jest dobry.

— Jak możesz tak żyć? Mając wybór.

— Desperacja. Desperaci nie mają wyboru.

Poczuł, że uginają mu się kolana. Wszystkie skrywane emocje znów wzięły górę. Szarosiny murzyn obserwował Sue z daleka, uważnie badając całą sytuację. Zerkał to na nią, to na Kartmę, niewiele rozumiejąc. Patrzył, jak dziewczyna wyciąga z torebki portfel i obraca nim w dłoniach. Srebrny zegarek na nadgarstku błyszczał, odbijając promienie w przygasłym słońcu. Rozmawiali długo. Nie było wózka i złomu, który zbierali przez kilka dni. Nie było też jabłek, a mężczyzna nie trzymał w dłoniach siatki z bułkami. Twarz miał załzawioną, purpurową. Im dłużej patrzył na kobietę, tym mocniej płakał. Odwrócił się w stronę ciemnoskórego i pokręcił głową, dając znak ręką, że może iść. Tak się jednak nie stało.

Czerwony portfel upadł, kiedy nóż zagłębiał się w szyi dziewczyny. Dwa kolejne cięcia były niemal natychmiastowe. Zdążyła jedynie przeraźliwie wrzasnąć, wbijając wzrok w niebo i rozkładając smukłe ręce na boki. Murzyn uśmiechnął się. Zerwał torebkę i dosięgnął portfela, przeliczając zawartość.

— Jedzenie — rzucił. — Jedzenie, Kartma.

Ale mężczyzna już nie słyszał. W głowie pulsowało mu tylko jedno – czas jest chorym skurwysynem. Zapętla się, a wszystkie minione zdarzenia, chowają się pod natłokiem przyszłych. Nikomu nie można ufać. Nawet sobie.

— Sueee! — wyjął nóż z jej ciała i wępchnął prosto w brzuch kościstego przyjaciela.

Muchy zabzyczały, zatoczyły krąg i dały nura w świeżą krew. Nikt nie pomógł. Nie miał już nikogo.

Chichot losu brzmiał w jego umyśle, gdy zdał sobie sprawę, że trzyma oba ostrza.

Średnia ocena: 3.5  Głosów: 11

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • TrzeciaRano tydzień temu
    Chwytiliwy tytuł to nie wszystko kiedy treść poniżej oczekiwań. Zastanawia mnie jaki widzisz sens wstawiania krótkiej części. Czy nie lepiej dopracować tekst i skończyć i wstawic całość
  • jolka_ka tydzień temu
    Tak to już ze mną jest. Nadrabiam tytułem.
  • betti tydzień temu
    . Dlaczego nie można wstawiać tekstów podzielonych na dwie części, bo co? Treść wciąga i chciałoby się przeczytać więcej?
    Fakt, ciekawy temat, ciężki, bo nie o tych ze świecznika, tylko tych ze śmietnika - no cóż, ja czekam na kolejną część. Zaciekawiłaś.
  • jolka_ka tydzień temu
    Dzięki za komentarz :)
  • Cofftee tydzień temu
    , udostępniał mu przydomowy sąd, zaznaczając jednak - "sad", chyba literoweczka

    Bardzo fajna lektura. Pierwsze wrażenie dobre, chociaż nie wiem, czy to słowo jest adekwatne akurat w tym przypadku. Przejęłam się losami bohatera, a to chyba najważniejsze, co pisarz chce osiągnąć (pewnie nie każdy, oczywiście). Niemniej widziałam to wszystko: biedę, targ, jego smutne oczy okalane zmarszczkami. Domyślam się, że wstęp będzie miał znaczenie później, także o fabule się na razie nie wypowiem.
    Brakło mi troszkę akapitów, dałabym ich nieco więcej, bo tak wygodniej się czyta moim zdaniem.
    Nie do końca zrozumiałam fragment z Westem, gdzie jest powiedziane, że odtrąca zebrajacego ojca. Z tego konkrwtnego akapitu wynika, że chodzi tu o naszego bohatera, ale z całości już nie bardzo.
    Zawierasz w opisach szczegóły będące pożywka dla wyobraźni, nie przedłużacz akcji, wtrącenia są krótkie. Zabrakło mi troszkę tego elementu, który wciąga bez reszty, ale to pierwsza część, więc na razie wstrzymuje się od ostatecznego glosu.

    Pozdrowienia,
    Kawka.
  • jolka_ka tydzień temu
    Kurcze, akapitów jest chyba sporo i to takie dosyć krótkie, ale może masz rację. Co do akcji - to miało być raczej skondensowane i niezbyt rozwekłe, chociaż biorę pod uwagę, że może faktycznie mogłam w paru miejscach przedłużyć. Co do bohatera, tak to chodziło o niego, wydawało mi się, że raczej później temu nie zaprzeczyłam. Może później nieco więcej się wyjaśni. Dzięki.
  • Dekaos Dondi tydzień temu
    Jolka_ka→Już chyba kiedyś Ciebie odrabiałem. Tekst skondensowany, ale gładko się czyta. Wyobrazić sobie można.
    Ja bym jeszcze zrobił przerwy między częściami. Nie ma ''ściany tekstu'' Co innego - książka. Ale to taka moja odchyłka, bo tak przeważnie piszę:)
    Nie za dużo wyjaśniłaś o co biega i tak ma być. Czasmi dobrze, gdy główny bohater nie ''cały widoczny'' na poczatku i co jego dotyczy. Pozdrawiam:)→5
    P.S.→Póki co u mnie nr:1 ''Leszczynowi Ludzie"
  • jolka_ka tydzień temu
    Ale ja mam tu sporo akapitów. Na tak mały tekst 8. Kurcze, nie widać tego, czy jak? Za resztę dziękuję.
  • Dekaos Dondi tydzień temu
    Jolka→Akapity widać!! Jak najbardziej!! Po prostu przeważnie piszę luźno i dlatego odruchowo się wtryniłem w temacie:))
  • Ritha 6 dni temu
    „Kartma ciągnął druciany wózek, wypełniony po brzegi żelastwem, rupieciami, gałganami i dużą skrzynką jabłek” – dlaczego mi się to spodobało? Nie wiem. Być może dlatego, że mam ochotę czytać dalej. Ty jesteś taki pewnik. Jak się do Ciebie włazi w opko, wiadomo, że będzie co poczytać.

    „Usiadł — starczyło miejsca między kartonami” – tu by trza półpauzę zamiast pauzy

    „Mężczyzna spojrzał na wózek i wygrzebał z niego skrawki gazet. Wytarł twarz. Niedawna rana po goleniu zaszczypała, trącona ostrym rogiem papieru” – tu fajne, niby nic takiego, ale ta narracja, świadome pisanie


    "Możesz tu spać, wzamian za dopilnowanie rzeczy" – w zamian

    Świetnie przedstawiony bohater. Szkoda mi go. Klimat zbudowany, wszystko gra i buczy. Wkurwia mnie jedynie jak jesteś tu oceniana tymi z dupy gwiazdkami.

    Co mi się jeszcze podoba – znam Cię z pewnego typu opowiadań i w pewnym momencie miałam wrażenie, że zamknęłaś się w pewnym kole tematycznym (czy też sposobu przedstawiania historii). A to jest nowe, świeże, inne. Podoba mi się. Lecę do dwójki.
  • Ritha 6 dni temu
    Aaaa, tu całość. Oks.
  • jesień2018 6 dni temu
    Jolka, byłam cała w tej opowieści, czułam dyskomfort, wstyd, żal, wszystko. I tego Ci gratuluję:)
    Zakończenie mnie nie zachwyciło, ale i tak jestem pod wrażeniem. I wiadomo, 5.
  • jolka_ka 6 dni temu
    Hej Jesień, no z końcówkami widocznie mam problem, bo już któras osoba mi zwraca uwagę ;d Dziękuje.
  • Cofftee 6 dni temu
    Dałam się łatwo wciągnąć w perypetie tej rodziny. Jej chore układy i tajemnice są apetycznie trudne do rozwiązania. Tekst zostawia wiele pytań - co tak naprawdę wydarzyło się między głównym bohaterem a Sue? Czy odejście ojca było jedynym powodem wariactwa matki? Czy West zachowuje się tak, jak się zachowuje, bo odziedziczył skłonności do 'swirowania' po matce, czy wie o 'zajsciu' i to jego świadoma decyzja? Zaciekawiły mnie te labirynty, skłaniają do dłubania w tekście, a ten napisany jest naprawdę płynnie i barwnie.
    Co natomiast tutaj mi nie siadło to chyba to, że nie rozumiem chyba zbyt wielu rzeczy na raz. Tak jak zagadki są świetne w trakcie czytania, tak na przykład na końcu nie potrafię zrozumieć śmierci Sue. Umarła w wyniku wielu strasznych wydarzeń splecionych razem, ale dlaczego akurat teraz? I dlaczego jej morderca był tym, kim był? Cóż, może wyjaśni to mały re-reading.
    Lubię sposób, w jaki operujesz słowami. Sprawiasz, że odkrywanie świata przedstawionego staje się zajmujące.
    Pozdrawiam,
    Kawa.
  • jolka_ka 6 dni temu
    Hej. Wiesz, gdybym chciała wszystko wyłożyć na ławę, to chyba tekst byłby zbyt obszerny, a może się mylę. Sue padła "ofiarą" wybryku ojca, próby molestowania i w tym przypadku dałam wzmiankę o dotyku. Później, że nikomu nie powiedziała (oprócz Westa), więc matka nie miała pojęcia dlaczego mąż uciekł. Stąd wariactwo. Kurcze, myślałam że w miarę przejrzyscie, ale popracuje nad tym. A końcówka miała być na zasadzie, że "wszystko w imię jedzenia i pieniędzy". Nawet zabójstwo. Dziękuje ślicznie.
  • Dekaos Dondi 5 dni temu
    Jolka→Przeczytałem całość. Tym razem nie marudzę. Poprze dialogi właśnie takie, tekst jest bardziej ''człowieczy''.
    Bardzo wizualnie i prawdziwei napisane. No i zakończenie raczej zaskakujące.
    Jestem na Tak!!→, chociaż sam raczej wolę pisać bardziej...no wiesz...dziwnie.
    Muszę kiedyś spróbować normalnie.
    Gdyby to filmowo przedstawić... Pozdrawiam:)→5
  • jolka_ka 5 dni temu
    Hej, DD. Fajnie, że zaglądasz. No właśnie czasem piszę "normalniej" po ludzku :D A czy Tobie to wyjdzie? Hmmm.. Zawsze takie teksty pokręcone, kto wie. Próbuj!
  • Lamb 3 dni temu
    Co Ty za głupoty pleciesz, ze większość tego, co teraz piszesz, jest slaba. To tez jest dobre opowiadanie. Mnie co prawda podoba siw mniej niż tamta piekna miniatura, ale to tylko dlatego, ze tam tematem i lekko poetycką konstrukcją, trafiłaś w dziesiątkę mego gustu.

    Tutaj jest więcej akcji, wydarzeń. Końcówka bardzo mnie zaskoczyla, nawet wzruszyla. Ładnie poprowadzone, naturalne, udane dialogi. Gorzka rzecz w wydzwieku, jak te jabłka.
    Zazdroszczę, ze masz ostatnio taki napęd.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania