Logika raka

Prolog

Możesz przeżyć całe swoje życie wmawiając sobie, że jest zupełnie racjonalne, a wszystkim rządzi logika. Myślisz, więc jesteś. Pada deszcz, zatem zabierasz parasol. Ktoś z twojej rodziny został ciężko ranny w wypadku, więc się modlisz. To wszystko wydaje się być rozsądne.

Czasami jednak umysł chowa się za jakąś twarzą, która nigdy nie słyszała o modlitwach, parasolach, albo o logice wszechświata. Obróć lustro z boku na bok, a ujrzysz siebie w niesamowitym odbiciu, na wpół oczywistym, na wpół szalonym. Tę granicę podziału między światłem, a ciemnością astronomowie nazywają terminatorem.

Ta druga strona oznajmia nam, że wszechświat ma rozum małego chłopca, który wskoczył za piłką pod ciężarówkę, a jego wnętrzności leżą teraz rozwleczone na kilometr po ulicy. To pojmowanie paranoiczne, logika przypadkowego raka. Pożera samą siebie. Mówi nam, że życie to tylko małpa na kiju, że kręci się tak obłędnie i histerycznie jak moneta, którą rzucasz, żeby przekonać się kto tym razem wyniesie śmieci, albo pozmywa.

Nikt nie patrzy na tamtą stronę, chyba, że jest do tego zmuszony. Spoglądasz na nią wtedy, kiedy udaje ci się złapać okazję, a taksówkarz, który cię podwozi zaczyna nagle wyć, że żona go zdradziła; kiedy twój brat mówi "Idę pograć w piłkę" i zostaje zastrzelony przez zupełnie przypadkowego przechodnia. Spoglądasz też na nią, kiedy słyszysz swojego tatę mówiącego o uduszeniu mamy za spotkanie z sąsiadem.

To wszystko jest w tobie. Właśnie teraz rośnie w mroku jak grzyby po deszczu, kwitnie jak pryszcze na delikatnej skórze. Od niedawna jest też we mnie. A może zawsze tam było, tylko patrzyłem w złą stronę.

 

Rozdział 1

 

Kiedy miałem czternaście lat mama kupiła mi bordowy, sztruksowy garnitur. Nosiłem go do kościoła i na spotkania biblijne w piątkowe wieczory. Do wyboru miałem też kilka kolorowych muszek. Kompletne kretyństwo.

Ale nawet do głowy by mi nie przyszło, że spróbuje mnie tak ubrać na przyjęcie urodzinowe u Suzzy. Próbowałem wszystkiego. Począwszy od gróźb, że nigdzie nie pójdę, a skończywszy na kłamstwie, że żadnego przyjęcia nie będzie. Nic nie skutkowało. Przez większość czasu mogłem się ubierać w to co chcę, ale kiedy wbiła sobie do głowy jakiś pomysł, miałem marne szanse na jakąkolwiek dyskusję.

Posłuchajcie tego: któregoś roku, na Gwiazdkę, brat mojego ojca podarował jej dziwaczne puzzle. Mama bardzo lubiła układanki, twierdziła, że to ją uspokaja. Tak więc, wujek Tom wysłał puzzle składające się z ośmiuset elementów, z których wszystkie miały pojedyńczą kropkę, w dolnym prawym rogu. Reszta była idealnie biała, pozbawiona jakiegokolwiek odcienia. Ojciec o mało nie spadł z krzesła, kiedy to ujrzał. Mówił "Zobaczymy jak sobie z tym poradzisz, Stara". Zawsze nazywał ją tak, kiedy czuł się górą, a ją nieodmiennie to irytowało. Tamtego bożonarodzeniowego wieczoru usiadła i rozłożyła starannie wszystkie elementy wokół siebie. Przez dwa kolejne dni musieliśmy zjeść obiad z mrożonek, za to rankiem dwudziestego ósmego – puzzle były gotowe. Mama zrobiła nawet zdjęcie i wysłała wujkowi. Później rozrzuciła układankę i wyniosła ją na strych. To było trzy lata temu.

Moja matka jest pełną humoru, oczytaną osobą, ale kiedy będziesz się jej sprzeciwiać zacznie kopać wokół siebie rowy obronne. Ja próbowałem. Prawdę mówiąc to zaczynałem po raz któryś tego dnia przytaczać te same argumenty, ale mój czas najwyraźniej się kończył. Różowa muszka idealnie ściskała kołnierzyk, marynarka była za ciasna, a w dodatku matka zmusiła mnie bym założył swoje najlepsze, niedzielne pantofle ze spiczastymi noskami.

— Mamo, posłuchaj...

— Nie, Eddi. Nie chcę słyszeć ani jednego słowa więcej. Zero sprzeciwu. — Ja też nie chciałem już o tym słyszeć, ale ponieważ to ja byłem osobą, która pretendowała do Debila Roku, nie ona, czułem się w obowiązku nieco pomarudzić.

— Próbuje ci tylko wytłumaczyć, że tam nikt nie będzie ubrany w garnitur. Sam i Alex mówili, że zamierzają założyć koszulki.

— Po prostu zamknij buzię na ten temat — powiedziała bardzo łagodnie mama, i posłuchałem.

Kiedy mówiła w ten sposób, oznaczało to, że jest naprawdę wściekła.

— Dobra — powiedziałem opryskliwie.

— Nie wymądrzaj się, Ed. Twój ojciec nadal może spuścić ci lanie.

Wzruszyłem ramionami.

— Jakbym o tym nie wiedział. Przypomina mi o tym za każdym razem, kiedy jesteśmy w jednym pokoju.

— Eddie...

— Muszę lecieć — uciąłem — trzymaj się mamo.

— Nie pobrudź koszuli — zawołała za mną, kiedy byłem już za drzwiami. — I uważaj na colę i lody! Podziękuj za przyjęcie! A i pamiętaj, żeby być dżentelmenem — dodała po chwili namysłu.

Jezu.

— I nie jedz dopóki Suzzy nie zaprosi wszystkich do stołu!

Jezu kochany.

Przyśpieszyłem, żeby jak najszybciej zejść jej z oczu, zanim zdecyduje się polecieć za mną i wręczyć mi szczoteczkę do zębów i pampersa.

Niebo było niebieskie, słońce grzało odpowiednio mocno, a lekki powiew wiatru muskał mi twarz. Było lato, wakacje, a ja szedłem na przyjęcie do dziewczyny, w której nieco się podkochiwałem. Liczyłem na to, że da mi buziaka – może pozwoliłbym jej zrobić kilka okrążeń na moim rowerze. Wtedy zobaczyłem Alexa i mina mi zrzedła. Miał na sobie biały t-shirt i Adidasy. Odruchowo chwyciłem za muszkę i schowałem ją do kieszeni.

— Wyglądasz jak ten facet z cyrku, co...

— Co tańczył z kołem, wiem. Ani słowa więcej i tak czuję się jak ostatni idiota. Masz tic-taca?

— Zdejmij chociaż marynarkę. Mam, mam.

— To pomysł mojej matki. — Wpakowałem cukierka do ust.

Alex był moim jedynym, dobrym przyjacielem. Nigdy nie sprawiał wrażenia, że się mnie wstydzi, mimo, że był bogatszy i z łatwością zdobywał przyjaciół. Ktoś inny z jego kręgu nie zwróciłby na mnie nawet uwagi, większość dzieciaków ni cholery nie przejmuje się biedniejszymi mózgowcami: idą po najmniejszej linii oporu, a osoba która nie potrafi grać w piłkę, albo przynajmniej nie zajęła drugiego miejsca w lokalnym konkursie walenia konia, dla wszystkich jest piątym kołem u wozu. Ale on był inny, a ponieważ większość go lubiła, musieli tolerować też i mnie.

Tak czy inaczej, szliśmy we dwójkę, z tic-tacami w buzi, kiedy nagle poczułem jak czyjaś zimna ręka pacnęła mnie w ramię. Poleciałem lekko do przodu i o mało nie udławiłem się cukierkiem. Za mną stał Ray. Wysoki chłopak, chyba najwyższy jaki był w naszej klasie, miał kwadratowy uśmiech i równie kwadratowe zęby, które zachodziły na siebie w taki sposób, że w czasie uśmiechu pokazywał zarówno górne jak i dolne.

— Ej, wyglądasz jak gówno, taki lśniący i wymuskany! — Łypnął okiem.

— Daj mu spokój — warknął Alex.

— No dosłownie, jak ptasie odchody — zaśmiał się szyderczo, prezentując niebotyczny zgryz.

Dokuczał mi przez całą drogę do domu Suzzy. Żałowałem, że nie zdjąłem choćby marynarki. Dotarliśmy. Tam czekało na mnie coś znacznie gorszego.

Następne częściLogika raka (2)  Logika raka (3)  

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Justyska 3 miesiące temu
    Prolog bardzo intrygujący. Wciągnął mnie od razu.
    Później też ciekawie. Biedny w tym garniturze.
    Podobało mi się, czytało się gładko i z zainteresowaniem. Ode mnie pięć gwiazdek:)
    "Obróć lustro z boku na bok, a ujrzysz siebie w niesamowitym odbiciu, na wpół oczywistym, na wpół szalonym. " to bardzo ładne. Coś w tym jest.
    " może pozwoliłbym jej wtedy zrobić kilka okrążeń na moim rowerze. Wtedy zobaczyłem Alexa i mina mi zrzedła" 2x wtedy

    Pozdrawiam serdecznie!
  • inkarnacja 3 miesiące temu
    Dziękuję!
  • e make i ka pololi 3 miesiące temu
    O, początek przypadł mi do gustu. Wrócę później.
  • inkarnacja 3 miesiące temu
    Zapraszam
  • Canulas 3 miesiące temu
    Przyznam, że tytuł taki trcochę clicbajtowy. Zadziałał. Poza tym juzerka Emi napisałam, że git, a jakimś tam kompasem gustu jest.

    Prolog. - Kompletny rozpierdol w tym pozytywnym sensie. Lubię, gdy mnie ktoś wodzi za nos, kierując uwagę na różne, teoretyczne drobiazgi, ale będące podwalinami pod klimat. Bardzo, bardzo me gusta.

    Rozdział I
    Również zacnie, choć to prolog mnie uwiódł. Dobrze skrojony dialog (z jednym wyjątkiem). Całkiem zmyślne przerywniki narracyjne.
    Całosć zaciekawia i pewnie w wolnej chwili obadam drugą część.
    Urwane też w dobrym momencie.

    Wątpliwości.
    "Możesz przeżyć całe swoje życie wmawiając sobie, że jest zupełnie racjonalne, a wszystkim rządzi logika. " - wypieprzyłbym "swoje", bo robotę z dookreśleniem i tak załatwia "sobie".

    "To wszystko wydaje się być rozsądne. " - nieprawidłowy zapis, choć często stosowany. Wydaje się.

    "Ja też nie chciałem już o tym słyszeć, ale ponieważ to ja byłem osobą, która pretendowała do Debila Roku, nie ona, czułem się w obowiązku nieco pomarudzić. " - nie do końća znajduję uzasadnienie dla takiego wywindowania w zapisie. Czemu debil roku ma wielkei litery. Uzasadnij wybór?

    I na koniec dygresja. Po imionach widać, że akcja dzieje się gdzieś. Teraz pytanie gdzie. Chwilowo to jeszcze nie zarzut, ale jeśli na przykład za miejsce akcji wybrałeś/aś np. Amerykę, to już błąd.
    Zostawiam Cię z zagadką – czemu.
    Pozdrox.
  • inkarnacja 3 miesiące temu
    Z pierwszym się zgadzam. Co do drugiego: zapis jest prawidłowy, obie formy są dopuszczalne, jednak w połączeniu z przymiotnikami pierwszeństwo ma forma krótsza. "Nie zawsze jednak "wydaje się być" można zredukować do samego "wydaje się". Możliwość taka dotyczy połączeń z przymiotnikiem – por. wydaje się być najlepszym i wydaje się najlepszy – i tu należy dawać pierwszeństwo formie krótszej". Racja połowiczna, ale zamienię.
    Debil Roku z wielkiej, gdyż to coś w rodzaju Miss World, jako tytuł, nie określenie.

    Zapraszam dalej.
  • Canulas 3 miesiące temu
    Spoko. Bardzo podoba mi się Twe odniesienie. Mam Twój tekst z tyłu głowy. Przybędą bez zapowiedzi.
  • inkarnacja 3 miesiące temu
    I oczywiście dziękuję.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania