Poprzednie częściLunatyk cz.1  Lunatyk - prolog  

Lunatyk cz.2

Podszedł do drzwi spokojnie, nie oglądając się za siebie. Zniknął za nimi szybko i gładko. Nareszcie. Niezbyt duży gabinet, prawdę mówiąc poniżej standardów był jedynym pewnym schronieniem. Kiedy ryglował wzmocnione drzwi na cztery spusty, spuszczał zalegające w płucach powietrze, pozwalając, by postresowa senność w końcu go dopadła. Nawet jednostronnie satysfakcjonujący akt przed kilkoma minutami teraz wydawał się pustym, jedynie chwilowym odejściem od nieubłaganego świata, w jakim przyszło mu żyć. Dwie różne osoby zamknięte w ciasnym kościstym ciele co chwila pragnące zająć czołowe miejsce w jego kontroli. Kiedyś było dla niego wyzwaniem pogodzenie tych odrębnym bytów. Kiedy czuł, że zaczyna się walka, odchodził jak najdalej od ludzi, w ciemne zakamarki i tam pozwalał walczyć. Ale to były stare dzieje. Mgliste wspomnienia z kategorii schizofrenicznych koszmarów, od których nie da się uciec. Nawet jeśli niewyraźne i nieostre, nadal błąkały się w pamięci i szukały drogi na wolność. W końcu jednak odnalazł sposób. Zaczął działać na dwa fronty, dwa światy. Dobry i zły pan Filemon. Oni znali tylko złego. Ciemną stronę.

Wstał z nieostrym widzeniem, rozmytą plamą i pogłosem rozmów przechodzących obok. Nie zwracali na niego uwagi. Cieknąca z nosa krzew zdążyła już zaschnąć. Szybko pobiegł do swojego pokoju. Zwykle wszyscy dobierani byli parami. Po dwie osoby do jednego pokoju. Nie inaczej było z Zigonem. Mieszkał z młodszym o dwa lata chłopakiem bez imienia. Mówili na niego Szczur. Dlaczego? Tak jakoś się przyjęło. Zresztą pojęcie ''szczur ''znała tylko garstka. Zdecydowana większość dorównywała poziomem inteligencji czterolatkowi. Byli inni, tak bardzo znienawidzeni przez swojego ''tatusia''. Po cichutku dziecięcym szeptem tak nazywali Filemona. Tatuś był dobry. Umiał zadbać o każdego.

Szczur zniknął kilka dni po swoich niby dziesiątych urodzinach. A to było dawno. Zigon nie wiedział ile. Nie wiedział ile sam ma lat. Ale więcej niż Szczur, kiedy zniknął. Więc teraz ma jeszcze więcej. A tamten? Po prostu był i go nie ma. Z dnia na dzień przepadł i nigdy nie wrócił.

Pora obiadu zbliżała się coraz szybciej. Powoli kolejni mieszkańcy schodzili, czując już zapach tej samej zupy. Przygotowywała ją kucharka, której imię było również dużą tajemnicą. Mieszkała w jednym z pokoi na parterze. Czasami podczas śniadania z jej pokoju dobiegały dziwne dźwięki. Ni to wzdychanie, ni krzyczenie. Coś pomiędzy. Zigon był jednym z niewielu których one zaciekawiły. Nie raz próbowali sprawdzić, co je wydaje. Zawsze z negatywnym skutkiem.

Chłopak usiadł obok dziewczyny, którą widział rano przed dotkliwą reprymendą Pana Filemona. Pierwszy raz jadł zupę obok dziewczyny. Pomyślał, że to fajne uczucie. Bardzo nowe. Nie ufał mu jeszcze, ale czuł, że narasta.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania