Poprzednie częściMemuarion (I)  Memuarion (II.)  

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Memuarion (III.)

IV. Życie, roztwór przesycony

 

Niemal za każdym razem, gdy przejeżdżam obok opuszczonego, pogeesowskiego kiosku w Romanowie, mam tę samą myśli: kupić ową ruinę. Gdybym był bogaty jak cała armia skrzypków na dachach przedwojennych kamienic, jak sto tysięcy mleczarzy, jak sam Sheldon Harnick, gdybym był tak obrzydliwie bogaty, daidle deedle daidle, a wspomniany pokiosk - wystawiony na sprzedaż - nie wahałbym się ani minuty i zanabył truchło.

Po co mi taki - zawilgocona jak mniemam, stęchłą i spleśniała (nie byłem nigdy w środku tego przybytku, ale domyślam się, że tak jest, wnioskuję po widoku ogólnym, że dach nie należy do najszczelniejszych, poza tym lata nieogrzewania i braku remontów zrobiły swoje, podziałały in minus na kondycję budyneczku) ruina? Potrzebna jako rekwizyt do nonsensownego żartu.

Odmalowałoby się kiosczynę nienajdroższymi farbami, w zasadzie - jedynie elewację frontowej ściany, przewietrzyło z grubsza. Na świeżo wytartych z pleśni półkach ustawiłbym atrapy towarów: puste pudełka po herbacie, kawie, opróżnione z piwa i oranżady flaszencje, na ladzie pojawiłaby się kupiona za grosze, niesprawna kasa fiskalna.

I baba, obowiązkowo musi być babsztyl. Im starszy, bardziej krzykliwy i mniej sympatyczny - tym oczywiście lepiej. Hiperhetera, zwyciężczyni kastingu na atrapę (sic!) sprzedawczyni, zajmie miejsce za ladą, rozsiądzie się na krzesłotronie i czujnym wzrokiem będzie wypatrywać klientów-ofiar.

Ktokolwiek z miejscowych, bądź wycieczkowiczów odwiedzających muzeum Bogdana Bolesławity (jeden z pseudonimów używanych przez Kraszewskiego) wstąpi do przybytku blagi, przekroczy próg fejkowego kiosku, w jednej chwili zostanie przez babiszcze zmieszany z błotem, obrzucony dziesiątkami inwektyw, uraczony wiązankami bluzgów. Że czego pan/ pani włazi, nie widzi, że to teren prywatny, nie czytał wywieszki, że wstęp wzbroniony, nic tu nie kupi, bo to nie żaden kiosk, ani sklep, wywieszka jak wół, czarno na białym mówi przecież, że to teren prywatny, jak najprywatniejszy, prywatniuśki; won, powtarzać trzeci raz pyskaczka nie będzie, co się pan/ pani patrzy jak cielę na malowane wrota, zamalować to ona może, ale z pięści w nos, gapie pierdzieleni pozłazili się nie wiadomo po co, czas tylko swój i jej tracą na czcze dyskusje, zamiast się czymś konkretnym, twórczymi pożytecznym zająć, to tylko zawracają głowę i tyłek, stójkowi cholerni, no i co ją obchodzi, że pa/ pani myślał, że to sklep, że jest otwarte, można tu coś kupić? Indyk przysłowiowy też rozmyślał - o niedzieli - i wiadomo, jak to się dla niego skończyło.

Wywieszka, skryta w niewykarczowanych chaszczach, jest prawodawczynią, pseudosklepowa - tępą i ślepą siepaczką, bez szemrania wypełniająca wolę słów "TEREN PRYWATNY, WSTĘP WZBRONIONY".

Po co to-to, kilogramy pustych opakowań, towar rzekomy, po co ona, co tu robi, czemu bawi się w sklepikarkę, udaje ją, po cholerę ta całą maskarada?

A co to was, niedoszli klienci, frajerzy, którzy dali się zwieść, uwierzyli w reinkarnację kiosku spożywczo-przemysłowego obchodzi? Ona może tu być, właściciel terenu i budynku wyraził zgodę, upoważnił wręcz do codziennego odgrywania roli ekspedientki. Nie macie tu czego szukać, pracownicy sanepidu, kontrolerzy ze służb wszelakich, mili- i policjanci; nie znajduję się w miejscu publicznym i nigdzie nie jest napisane, że tu są świadczone jakiekolwiek usługi (wyblakły szyld został zdjęty w dniu poprzedzającym "otwarcie" odnowionej budy). A u siebie każdy może wcielać się w kogo chce: być strażakiem, kamieniarzem, czy właśnie sklepową.

Zaświadczenia, atesty? Jakie i po co? Nie zamierzam się nawet o nie ubiegać, przecież nie prowadzę tu żadnego interesu; siedzę tylko pośród pustych opakowań. A co - nie mogę, potrzeba specjalnej zgody z Państwowej Inspekcji Pracy, aby posadzić dupsko na krześle? Nie? To w czym problem? A ci państwo, zamiast mnie nachodzić, mogliby odświeżyć umiejętność czytania ze zrozumieniem. Dokonują wtargnięcia na cudzy teren i jeszcze się szarogęszą, pyszczą, że mi pokażą, zgrywają święcie oburzonych, jakbym zrobiła, im cokolwiek złego. Ubrdali sobie, naruszacze miru, że to placówka handlowa i włażą jak do siebie, nic a nic nie licząc się ze świętym prawem własności. Tak w ogóle to proszę wyjść, nie zakłócać mi... siedzenia.

Po co to wszystko? Cicho, nie zdradzę tego przed śmiercią. Moją, albo babiny. Sklepik umarł stojąc, jego butwiejące truchło gapi się na przejeżdżające samochody szklanym, brudnym okiem witryny. Pająki i roztocza sprzedają kilogramy stęchlizny duchom dawno zmarłych, romanowskich moczymord.

Ta opowieść nigdy nie będzie miała stricte końca, bo i po co dopowiadać, nakrywać budowany dom dachem? Czyż nie lepiej dać mu zgnić, rozpaść się, pokruszyć?

Moje palce to robaki. Wbijam je , wślizguję w szczeliny pomiędzy żużlowymi pustakami.

Odejdź tam, gdzie twoje miejsce - w niebyłą przeszłość, stań się w pełni mitem. Płacę dwa pięćdziesiąt trzy plus VAT. Poproszę paragon. Reszty nie trzeba. Wiem, że ustaliłaś najwyższą z możliwych marżę, masz ceny z kosmosu, sekutnico. Przepisy prawa handlowego nie pozwalają ci bardziej się drożyć, raszplo.

A, byłbym zapomniał - poproszę jeszcze kilof, tasak, obrzemek noży, siekierę, ze dwie solidne maczety. Zburzę tę historyjkę, nim jej akcja dobiegnie końca, wyrwę z korzeniami świeżo zasadzoną brzózkę, by - nie daj bogowie - nie roztrzaskał się o nią jakiś, pilotowany przez ślepego samobójcę tupolew. Obrócę w gruzy sklepik,w którym od upadku komuny bywały jedynie myszy (biedne, bo kościelne), robaki i inne łazikurwiątka.

Wstańcie z siedzeń, dostojni widzowie, podnieście otłuszczone zady w lożach szyderców. Ostatniego aktu nie będzie, operetka pozostanie niedograna. Maestro właśnie połamał skrzypce, rozbił bezcennego stradivariusa na głowie wyjątkowo tępej uczennicy, zatem koncert skończy się przed czasem. Reżyser zjadł taśmę filmową, zakąsił szczątkami kamery. Kompozytor podtarł się partyturą.

Wszystko to zgryw, śmichy-chichy i pogoń za wiatrem.

Gdybym był niemożliwie bogaty - robiłbym takie i inne, gorsze nawet błazeństwa, przecząc swemu wiekowi metrykalnemu zniżał się do poziomu gimbusostwa, odnajdywał siebie w mentalnych żłobkach podczas błogich chwil leżakowania.

Zatrudniałbym ghost-writerów, by układali ghost-menu do opuszczonych restauracji, pisali recenzje filmów, które nie miały prawa powstać, gdyż przekupieni aktorzy torpedowaliby prace, partaczyliby niemal każdą scenę.

Lwią część fortuny przeznaczyłbym na walkę z logiką i rozsądkiem, angażował leciwe seksbomby i emerytowanych klaunów, by wraz ze mną szli do boju o nowe, jeszcze głupsze jutro.

Ja- jeden z najbardziej ekscentrycznych multimilionerów, przechrzaniałbym bajońskie sumy na bezsensowy blef. I byłyby to najlepiej spożytkowane pieniądze w dziejach.

Odrywam głowę noworodkowi, synek, który ledwie wczoraj się urodził, umiera niemal bezboleśnie, jednym szybkim ruchem pozbawiam go przyszłych radości, jak i czekającego bólu i cierpienia. Przyszedł na świat zbyt wcześnie, do tego niezapowiedziany, nieproszony. Takich gości wita się z marsową miną, bez uśmiechu.

Dziecko powinno się począć w podeszłym wieku, tylko w ten sposób można przedłużyć mu i sobie życie. Nie patrzeć jak dorasta, osiąga wiek dojrzały, wreszcie: jak się starzeje.

Dziecko ma być kwiatem, które posadzimy na właśnie sprzedanym, już nie należącym do nas ogrodzie. Odchodzimy bez oglądania się, za naszymi plecami zostaje ono i jego przyszły los. Wybraliśmy najżyźniejszą przyszłość i tyle, dalej musi radzić sobie samo. Nasz czas dobiegł końca, umierający florysta nie będzie doglądać młodej frezji, ani hiacynta. Idę w ciemność, a ziarenko w kształcie serca miarowo pulsuje w glebie. Będziesz kimś, nie masz wyboru. Jeśli dobry los da - niedługo nadejdzie noc - czarna pora roku. Rozkwitniesz w mdłym świetle księżyca.

Nie zaprzątaj sobie mną głowy, dziecko. Po co pamiętać inicjatora, pierwszego murarza, ojca-założyciela? Jego miejsce jest w niewypełnionym proroctwie, micie, który nie ma końca. Odchodzę nie zamknąwszy sklepiku. Kradnijcie, drogie dzieci, bierzcie, co tylko chcecie.

Ten sklep to zbiór luźnych myśli, gorączkowy zapis snu mojego kota. Elektryczne myszy biegną nadspodziewanie szybko.

Zaraz je też przeskaluję, zmienię w potwory wielkości Godzilli.

 

V. Hiporeaktywna

 

To poemat prozą, przywłaszczony z poprzedniej nocy. Uwierz w niego, a zniknie.

 

Przedwieczne pióro wbite w mój rytm, dość brutalnie zanurzone w drgający obraz. Może - plakat. Chcę płakać. Rymuję, by dodać sobie otuchy, choćby spróbować obłaskawić piaskowego demona.

Przychodzi mi się bowiem zmierzyć z twoją śmiercią, ledwie naszkicowaną na serwetce, albo tekturowej podstawce pod piwo, jakie kradnie się z barów; więc - zdawałoby się - niegroźną, całkiem łagodną, wytresowaną.

Z żartem wręcz, może nie najśmieszniejszym, bo niewulgarnym, ale i nie wywołującym w odbiorcy uczucia zażenowania, chęci popukania się z wymowną miną w czoło.

I choć z pozoru jest to ledwie śmierć muszki owocówki, wydarzenie mniej istotne niż notatka, jaką sporządziłem na marginesie zeszytu z liceum, bazgroł na odwrocie okładki od lat nieistniejącego podręcznika do nauki egotyzmu (do dziś się dziwię, że mnie tego uczono; co jak co, ale ten przedmiot miałem opanowany na szóstkę z plusem już w życiu płodowym), to jednak czuję, że w rzeczywistości jest ona dziką bestią w skórze myszy; jej śliskie i obleśne, grube jak ramiona kulturysty macki przebijają sen. Dotyka rzeczywistości, potwór. Jeszcze nie kaleczy. Bada ofiarę, delikatnie muska chcąc wyczuć, jak gruba ma ona skórę. Kolec jadowy czeka w pogotowiu, pięciometrowy i błyszczący.

Gardzę i brzydzę się, ale też smuci mnie fakt istnienia szkarady, śmiertki nawet nie tyle pozornej, fantasmagorycznej, śmieci-atrapy owocu leżącego w koszyku na wystawie sklepowej, ile nieśmierci, próby przedgeneralnej, po której aktorzy rozejdą się do domów, zapomną kwestie, ba - w ogóle porzucą zawód, wyemigrują za oceany, by na dzikich i gorących wyspach wieść życie ascetów, do końca do końca swych dni starając się wyprzeć z pamięci fakt brania udziału w próbie, dostania angażu, zmażą przeszłe losy szarą gumką.

Ohydna jesteś, straszysz na niby, nie mając jakiejkolwiek realnej władzy nad nami. Burzysz spokój, białe miasto w jednej chwili obraca się w gruzy. Choć było iluzoryczne, pełne domów wzniesionych z gorącego powietrza i śliny, bywały w nim miejsca nieco trwalsze: z piór i krzemyków.

Mikrobezpieczeństwo pod gradem bomb, dotąd - cienkie jak ostrze brzytwy przecinające oko andaluzyjskiej świni, teraz - zmienione w okruchy.

Nienawidzę cię, ośmiorniczko.

"Dzień zaczął się późnymm wieczorem - piszę paradoks na ździebełkach traw, które zaczynają porastać gruzowisko.

Jedziemy twoim gruchociejącym autem. Oczywiście - prowadzisz. Moje nasiąknięte gorzałą, rozgadane zwłoki zajmują siedzenie pasażera (a przecież takie cuchnące wyziewami graty najlepiej przewozić w bagażniku, na dodatek w szczelnie zamkniętych workach!).

Zapada zmrok, słońce drży na horyzoncie. Drzewa falują do taktu, kiwają się w rytm tango notturno.

- Zatrzymaj się, proszę. Co to jest? Kiedy postawili? - wskazuję bliżej nieokreślony obiekt w stanie zaawansowanej dekompozycji.

W cegielni, jak Armalnowiczanie, włącznie ze mną mawiają na bagnomoczary leżące za opuszczonym gospodarstwem Stefanowej, z pocegielnianego bagniska wyrastają dwie - trzy ściany. Czarne, jak wszystko wokół, ewidentnie drewniane. Jakby osmolone.

Zjeżdżasz na pobocze i zatrzymujesz opelczynę. Jdziemy przyjrzeć sie z bliska dziwowisku.

Ruiny domostwa. Popożarowe, stare jak diabli. Zbutwiała, zielona czerń. Drewniane bale, które ledwie przeżyły karę stosu. To, czego nie pożarły płomienie, jest właśnie pochłaniane przez zgniliznę.

- Ze sto lat miała...

- Coś ty, przecież jeszcze rano tego nie było! Sama widzisz to po raz pierwszy. Całe życie tu mieszkam i co jak co, ale ruiny domu trudno przeoczyć. Nie tylko wiedziałbym że stoją, bo mam oczy, nie powyłaziły mi, ale i znał historię tego miejsca.

- Sama nie wiem, nie zwracam uwagi na takie szczegóły, jak jadę do ciebie.

- To oszustwo, zwykła atrapa miejsca, którego nie było. Sfałszowany artefakt, plastikowa kość diplodoka, którą jakiś cwany gapa próbuje nam ożenić za grube miliony baksów. Nie wiem, co jest grane, może film tu gdzieś kręcą, albo właśnie kręcili, ale mówię ci, że na środku bagna nie stał nigdy żaden dom. Ani obora. Ani stodoła, czy spichrz.

- Zrób zdjęcia.

Schodzimy do piwnicy. Wymurowany z bielonych wapnem cegieł, ponury bunkier wewnątrz pseudopogorzeliska. Bez stropu.

Patrzymy w gwiezdniejące niebo. Świetliste robaczki powoli wypełzają na czarny, wysoko nad nami rozpięty materiał.

Robi się nawet romantycznie, poddajemy się klimatowi. Bliskość. Namiętny pocałunek. Nieco zbyt teatralny, jakbyśmy przed stadami żab, chmarami komarów i meszek odgrywali scenę z gotyckiego melodramatu.

Jak tak dalej pójdzie, odurzeni nastrojową ciszą, zauroczeni okolicznościami przyrody rozwyjemy się, pod blady księżyc wzleci pompatyczna pieśń chwaląca najpiękniejsze z uczuć: pragnienie.

Pan Stasiek D., jeden z najbardziej aroganckich ludzi jakich znam, przyplątuje się właściwie znikąd. Wychodzi z mroku, wypada z nocy, jest wyrzygany przez ropuchę. Mniejsza o to.

Przychodzi w samą porę, by zburzyć nieznośnie sielankowy klimat, uwolnić mnie-Julię i ciebie-Romea od obciachu.

Ledwie przedstawiwszy się nawija coś w swym cwaniackim dialekcie. Sprawia, że więdną nenufary, księżyc w kształcie serduszka urywa się z haczyka, na którym był zawieszony, spada i roztrzaskuje się o dach armalnowickiej podstawówki.

Chwali się, Stacho, czym popadnie, od kupionej za psi grosz kilkunastoletniej komórki, po fakt, ze w dziewięćdziesiątym piątym przeszmuglował do czy od Ruskich... nieważne.

Od tej jego nawijki, chyba z zażenowania zaczynam mieć mdłości. Nuży mnie wysłuchiwanie bajek o pędzeniu koni do Czeczenii, czy kolegiumm za kłusownictwo, jakie ma do zapłaty.

Piwnica ruiny staje się piwnica mojego domu. Kompletnie nie zwracamy na to uwagi, jakby była to najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Znaczy... pod księżycem.

Znużony i niemalże torsjując idę na górę. Zostawiam cię, ukochaną dziewczynę w towarzystwie podstarzałego lowelasa, w dodatku moczymordy. Co mi odbija? Ciężko określić, w końcu to tylko sonata księżycowa, opera cieni.

Kładę się spać. Sen we śnie, jak opaczna matrioszka - większa lalka jest ukryta w mniejszej.

Śni mi się skała, wielka i szara, pozornie - zwyczajna, ot - starsza siostra-bliźniaczka kamulca z mojego ogrodu.

Ale jest to przedmiot niezwykły: potrafi myśleć, marzy i tęskni, choć do końca nie wie, za czym; w swym kamiennym, utajonym życiu przecierpiał więcej niż niejeden człowiek. Zamknięty w formie, z której nie ma ucieczki, infrawięzieniu, zżerany przez ciężką (jak on sam) deprechę, przypomina skazańca przykutego łańcuchami do ściany lochu. Nikt nigdy go nie oswobodzi, nie istnieje petroamnestia, możliwość zdjęcia zaklęcia.

On tak po prostu musi trwać, został stworzony, by odbywać pokutę za grzechy, które nie miały miejsca, okrutna matka natura stworzyła go jako wiecznego pątnika, powierzyła mu rolę więźnia będącego jednocześnie własną celą śmierci.

Gdy na owej skale siada motyl - potrafi ona słyszeć, skrzydła przybysza pełnią rolę rejestratorów (nie pytaj, jak to działa - to przecież sen podwójny, prawa fizyki, dynamiki, czy innej akupresury zwyczajnie mogą nie obowiązywać).

Kiedy przysiada ptak - nasz nieszczęśnik, nieszczęśnica, nasze ciężkie, pozapłciowe siedem nieszczęść widzi jego oczami. Za każdym razem bacznie lustruje okolicę, choć zna przecież każde drzewo, kępkę mchu, krzew.

Jeśli na skałę wejdzie gromadka, albo i cała dywizja mrówek - układają się one, poddając się jej woli, w litery. Krzyczy bezgłośnie, niemy cierpiętnik, we wszystkich językach świata. Nie ma komu tego czytać, wokół - jedynie nieuleczalnie niepiśmienne zwierzęta.

Nieco poetycki obrazek nakreśliłem, nieprawdaż? Bajuszkę bez morału, harcerską piosneczkę o prowadzącym do samobójstwa niespełnieniu, pastorałkę country.

Budzę się we śnie. Idę do piwnicy. Pan Stacho się zmył. Leżysz, niczym zezwłok, nakryta płachtą. Słysząc kroki mówisz, żebym się nie zbliżał, broń Boże nie odsłaniał. Zakazujesz patrzeć. Temu - jak się okazuje - bydlakowi coś odbiło i cię podpalił.

Nie wierząc do końca własnym uszom, uznając to za nie najmądrzejsze żarty, ściągam narzutę. Zamieram. Jesteś zwęglona, skarbie, na żużel. Zjarałaś się doszczętnie. Szkielet leżący na betonowej podłodze.

Wzdrygam się ze zgrozy i szoku.

Odwracasz ku mnie czaszkę. Ta - kruszy się. I jesteś skorupami przedwiecznej amfory, którą jakiś bezrozumny profan wyrzucił do śmieci wraz z obierkami kartofli.

Mechanicznie, jak w transie, kompletnie zdruzgotany wychodzę na dwór. A tam - spodzianka, u furtki stoi bus, z którego wysiadają dawno zapowiedziani goście (z jakiej okazji?): twoi synowie-dryblasy, pyzate córki, tabuny otyłych ciotek i pyzatych wujków. Wysypują się z osobowego volkswagena transportera pradziadkowie wraz ze swoimi pięćdziesiąt lat młodszymi żonkami, pryszczate kuzyniątka.

Mijam ich, wesołych uczestników przyszłej stypy. Brzydzę się uśmiechów, wywołują we mnie uczucie pogardy, odruch wymiotny, ponadto - potęgują rozpacz, najcięższą z możliwych. Wwiercają się tym chichotem, nie wiedząc co zaszło, w głąb ropiejącej rany. Jątrzą, bezwiednie. Nie są niczemu winni, jednak patrzę na nich jak na rozdęte i sine, wielodniowe trupy leżące w pełnym słońcu.

Zaraz wam zrzedną miny.

- Nie idźcie tam! Ona nie żyje, jej już nie ma... Koniec zombie party. Won, won... - szepczę przezroczystym głosem. Ledwie jestem w stanie mówić.

Mijam hałaśliwą gromadkę żałobników in spe. Idę przed siebie krokiem cyborga. Nieczłekokształtny już robot popsuł się pod wpływem traumy, zbyt ciężkiej do udźwignięcia nawet dla żyjących osób, deewoluował. Człapie powoli. Sam nie wie, dokąd. W jego przepalonej głowie nie działa żaden układ scalony. Nie świeci nawet dioda sygnalizująca poważną awarię.

Robię olbrzymie koło: okrążam rodzinną wieś, powiat, województwo. W milczeniu. Stąpam ostrożnie, jakbym szedł po szkle, albo rozżarzonych węglach. Uciekam od egzaltacji, księżyca, miłości, romantycznych spacerów. Wyrzyguję rdzewiejące metafory. Poezja skończyła się na Kill'em all, spłonęła w ognisku, przy którym siedzą kamienni Armalnowiczanie. Śpiewają nostalgiczne szanty o morzu, którego fale są zdolne ukoić każdy popiół, na powrót przeobrazić go w materię ożywioną.

Wierzcie w bajki, a dobrze na tym wyjdziecie - uda wam się odkryć piękno manowców.

Nie wiem, ile czasu zajmuje mi peregrynacja po kraju: czterdzieści lat, dziesięć, jak Odysowi, czy może za sprawą czarów udaje mi się przemierzyć Rzplitą w zaledwie kwadrans.

Podwórze - opuszczony plac zabaw. Miejsce tragedii. Brakuje tylko taśm policyjnych i kredowego obrysu zwłok. Choć może jest? Nie mam odwagi sprawdzić.

Przy schodach - świeży kopczyk. Złoci się piasek, uśmiecha kłamliwy bożek-bredziciel. W zanadrzu trzyma nóż-motylek, by wbić mi go w myśli. Poszatkować je. Niech będą pokruszone jak... Jezu. Tu ją pochowaliście? Choć w zasadzie rodziny się nie wybiera, ale... czemu ci z wyglądu prostoduszni wariaci zrobili coś tak nieludzkiego, okazali ci tak kosmicznie wielki brak szacunku? Nie spodziewałem się po nich mściwości (z resztą - za co? Byłaś przecież chodzącym dobrem, bezskrzydłą anielicą), lub barbarzyńskich drwin. I to w takiej sytuacji...

Głupota biła od każdego z nich, ale bycie poczciwe, pospolicie durnym to przecież żadna zbrodnia. Ale takie coś? Bywa, że najgorsi kryminaliści, zwyrodnialcy, seryjni mordercy, ludobójcy szanują swoje rodziny, nie dadzą skrzywdzić najbliższych. Gangusy meksykańskie, czy filipińskie, członkowie karteli, Braci Sołncewskiej... potwory z zimną krwią torturujące porwanych nowych Ruskich... szczycące się wydziaranymi na piersiach podobiznami żon i dzieci... zakapiory bez cienia skrupułów, za dolara czy rubla gotowe wybrać człowiekowi oczy, albo poderżnąć gardło... ściskające pociechy... A tu? A tu? - bredzę wchodząc do domu. Chyba tylko po to, aby go podpalić. Niech będzie taki, jak na początku bestialskiej bajki. Czuję, że chce tego, rosi, wręcz domaga się, abym doprowadził go do stanu, jaki objawił się podczas iluminacji, zwidział się dwojgu zakochanym poszukiwaczom wrażeń, którzy niechcący zapuścili się za daleko, poniosła ich wypraw, niczym spłoszony koń; wyszli poza mapę i znaleźli się na nieznanym kartografom terenie: w głębi resztek twojej czaszki. To terra incognita, ale natychmiast orientuję się, że to miejsce nieprzyjazne ludziom; dobrze czuć tu się jedynie białe wrony, osiwiałe kruki i świeżo zlazłe ze skały karawany mrówek. Ktokolwiek zamieszka w tej śmierci, osiedli się w sercu bagna, nie będzie mógł otrząsnąć się z traumy, pochowa się za życia w szarej, okopconej czarce.

Ktoś będzie z niej pić płonąca benzynę. Diabeł? Bez przesady, może po prostu sąsiad-alkoholik, najlepszy kolega pana Staśka-piromana.

Papierową dłonią naciskam klamkę. Jestem na tyle bezwolny i skuklały (skukłowaciały?), że w zasadzie nie wchodzę, to dom mnie wsysa. Przekraczam róg kapliczki położonej na jednoosobowym cmentarzu.

Siedzisz, kochanie, w dawnym pokoju moich dziadków. Zabandażowana aż po szyję. Masz krótkie włosy. Brzydko ci w tej fryzurze, przecież wiesz, że nie podoba mi się uczesanie "na chłopaka". Ani tym bardziej "na jeża". Skinówom mówimy zdecydowane nie, irokeziarom - dziękujemy.

Pielęgniarka w białym kitlu, usłużna siostra miłosierdzia karmi cię z miski cienką zupiną.

- Cześć... - rzucam w przestrzeń. Nie witam się z nikim. To wywołane szokiem halucynacje?

Masz zmienioną twarz. Bije od niej smutek. E tam, fuszerka, nie zwidy, garażowa replika lamborghini.

- Cześć, Flo - odpowiadasz. Głos chyba ten sam. W szoku trudno ocenić, ledwo wiem, jak sam się nazywam.

Rozmawiamy krótką chwilę, niejako przez szybę. Twierdzisz, że będzie dobrze, co prawda masz znaczny procent poparzonego ciała, ale pan doktor przepisał cudowna maść, ekstrakt z oczu susła, czy świstaka; specjalnie dla ciebie regionalny oddział NFZ sprowadza ją z Kambodży. Po kosztach, pełna refundacja, płaci się jedynie trzy osiemdziesiąt sześć za przesyłkę.

- Widzisz? Nawet Poczta Polska poszła na rękę choremu. I jak tu mówić, że w ludziach nie ma empatii? Taryfiarze sami z siebie zaoferowali, że będą podwozić na rehabilitację, korporacja grosza nie weźmie.

- O, patrz jakie fajne kule dostałam. Oryginalne, Givenchy. Też nie wiedziałam, ze to nie tylko marka modowa, że robią teżż sprzęt rehabilitacyjny. Wózka nie potrzebuję, z resztą - był za dopłatą - dwie stówy. Ale super - pozłacany, jak u Larry'ego Flynta.

Nie słucham dalej. Wychodzę na schody. I oto stoję na pomoście. Pode mną... a, co będę streszczać? Hop! - zeskakuję w szarą czeluść (biedawersja czerni, prawdziwej głębi w której jak grzyby po deszczu wyrastają szkielety. Ludzi i budynków.).

Spadam po przeciwnej stronie globu, gdzieś w Poliaustralii Nordyckiej, prosto na głowę pana Staśka. Myślał, tknięty wyrzutami sumienia cwaniaczysko, że uciekając najdalej, jak to tylko możliwe ukryje się przede mną, nie dosięgnie go zemsta?

I widzisz, wyniosły frajerze, znalazłem cię nawet tutaj.

Łoskot, jaki rozlega się, gdy nasze ciała uderzają o ziemię, budzi smoki. Wyłażą zaspane z pieczar, najniższych poziomów parkingu pod Flor Tower. Rozklejają pazurami ślepia.

Tymczasem ja budzę się na dobre. Nieco oszołomiony przeżytą właśnie przygodą. Zostawiam cię na pastwę nowych bajek. Bądź grzeczna, kochanie, niech śnią cię jedynie poczciwe bestie, aseksualni pisarze, cieśle stawiający wyłącznie spalone budynki.

Unikaj biednego w sumie pana Staśka. który w niczym mi nie zawinił, jest niejako ofiarą tego snu; został wplątany w zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Doprawiłem mu gębę, posądziłem o czyn najgorszy z możliwych.

Nie powinienem był, wiem, ale przecież trudno jest okiełznać sen, zwłaszcza taki wielopłaszczyznowy, nakazać mu cokolwiek.

To zwierzę. Jedna głowa wyrasta z drugiej. Obie, kamienne, mówią to samo: abym nie przestawał być wierny. Syczą poematy o przywiązaniu.

Drobny armalnowicki cwaniaczek wypala wszystkie twoje choroby. Odradzasz się odporna na najgorsze france, w tym szczególną: pewnego somnambulika, który szukając miłości gotów jest zaśnić się na wielokrotną śmierć.

Nie wierz w niego, a wyprowadzi się z Armalnowic.

Wiesz? Chyba już zaczął się pakować.

Następne częściMemuarion (IV.- OST.)  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Canulas 4 miesiące temu
    W profilu mam pocztę. Wyślij maila z danymi i nr. konta w wolnej chwili.
  • Florian Konrad 4 miesiące temu
    okej, już wysyłam, akurat mam wolne... pół roku :)
  • yanko wojownik 4 miesiące temu
    Dziś w nie jestem w świadomościowym stanie na dłuższe treści - nie widziałem zastrzeżeń, więc skopiuję i przeczytam offline.
  • yanko wojownik 4 miesiące temu
    PS
    Jedynka - był tu Boguś?
  • Florian Konrad 4 miesiące temu
    yanko wojownik - a ciul wie, co za pajac myśli, że wystawiając mi jedynki bez słowa komentarza mnie zgnoi... co za mentalny przedszkolak...
  • Nachszon 4 miesiące temu
    yanko wojownik stawianie anonimowych jedynek to chamstwo, ale posądzanie o to kogokolwiek bez dowodów to też chamstwo.
  • yanko wojownik 4 miesiące temu
    Ciągle czytam, ocenię przy następnym wejściu - każdy part, ale po przeczytaniu całości.
  • Florian Konrad 4 miesiące temu
    dziękuję
  • yanko wojownik 4 miesiące temu
    Lubię filmy, choć telewizji nie oglądam chciałbym je tworzyć, ale też nie umiem.

    Jeszcze nie powieść - długością, ale dzieło na bardzo wysokim poziomie. Stuka mi tu jakiś styl, ale nie chcę cwaniakować laikiem będąc, więc napiszę, że na mnie oddziałuje, ale jedno przeczytanie to za mało - potrzebne z dwa, ze względu na niezły, ale (- zmienny?) język. Trochę to styl w jakim marzyłoby mi się pisać, ale mi doń daleko, niemniej poczytanie … zapewne przybliża możliwość napisania kiedyś czegoś, zainspirowanego w efekcie, czyli może spełnienie się na poziomie niższym, ale zadowalającym.
    Gdyby mniej poetycko momentami to jakby m.i. Joyce, J.L.Borges, i nie tylko, i ktoś też z Polski (m.i. Żuławski?), twórcy których, niektóre dzieła pochłaniałem. Pod moją kopułą tak to odnajduję - taki podobny odlot w czasie użytkowania. Treść się toczy, przerywanie niewskazane, bo można wypaść.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania