Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Miłość u fryzjera

Pierwszy i być może ostatni kryminał w moim wykonaniu.

 

* * *

 

Aspirant Rogalski siedział w swoim pokoju w budynku komendy we Wrocławiu przy ulicy Sołtysowickiej. Był specjalistą od spraw kryminalnych. Od dawna nie zdarzyło się nic, co by go wciągnęło, tylko błahe sprawy, niewymagające ani logiki, ani większych umiejętności śledczych. Było lato dwa tysiące osiemnastego roku i lada moment miał pojechać z żoną na urlop do Zakopanego. Ostatnią sprawę zamknął, czyli pobicie miejscowego pijaczka przez kilku młodych, żądnych wrażeń małolatów. Właśnie układał papiery na biurku, gdy wszedł inspektor Kornacki.

– Nie spiesz się z tym układaniem, bo mamy morderstwo w Parku Staromiejskim – ostro rzucił wchodzący.

– Ale ja za cztery dni wyjeżdżam, nie mieli kiedy? – zafalował głosem Rogalski.

– Sprawa jest poważna, bo to wygląda na dzieło jakiegoś psychopaty.

– Dlaczego? – zaciekawił się aspirant.

– Ma poderżnięte gardło i prawdopodobnie po śmierci został cały wysmarowany gównem.

– Że też teraz takie coś się trafia. Nie zdążę przed wyjazdem. – Aspirant rozłożył ręce.

– Nie chcę cię martwić, ale nie puszczę cię, jeśli nie znajdziemy sprawcy.

– Ale inspektorze, przecież w ciągu trzech ostatnich lat nigdzie nie byłem na urlopie.

– Gdybyś wyjeżdżał za granicę, to co innego, ale do Zakopca możesz przełożyć. Dobra, zbieraj się i jedź na miejsce, może coś nowego ustalisz.

Rogalski, wychodząc z komendy, spotkał znajomego policjanta. Ilekroć go widział, zastanawiał się, co to za człowiek, bo zawsze trzymał się nieco z boku. Nawet pracować wolał sam. Tym razem szedł z lekko opuszczoną głową i tylko spode łba spoglądał. Rogalskiemu wydało się, że zachowanie kolegi jest inne niż zwykle. Podszedł i spytał:

– Franek, wszystko w porządku?

– O, Jasiu! – prawie wykrzyknął kolega i zaczął po swojemu zacierać dłonie. – Tak, wszystko ok.

– Wyglądasz jakoś nieswojo.

– Nie! – znów Franek podniósł głos. – Wydaje ci się.

– Już słyszałeś? Mamy morderstwo w parku.

– W Staromiejskim? – Kolega nabrał nerwowo powietrza i spojrzał w oczy Rogalskiemu, jeszcze bardziej zacierając dłonie.

– Widzę, że już do ciebie dotarło. – Aspirant westchnął. – Przez to pewnie nie wyjadę na urlop.

– Sorry, muszę lecieć – powiedział jakoś dziwnie Franek.

– Ok, trzymaj się.

Ten drugi nie odpowiedział.

 

Rogalski przyjechał do parku miejskiego około dziewiątej przed południem. Na tyłach Teatru Komedia stało kilku policjantów wokół odgrodzonego policyjną taśmą skrawka trawnika, na którym rosło parę krzaków. Podszedł do ciała. Denatem był mężczyzna w średnim wieku z poderżniętym gardłem, cały wysmarowany kałem, a obok leżała miotła także nim umazana. Na dodatek wokół czerniała już zaschnięta spora kałuża krwi. Ciało leżało zaraz przy deptaku, tylko nieco osłonięte sporym krzakiem. Od razu pomyślał, że ktoś nie starał się go za wszelką cenę ukryć. Denat miał otwarte usta, jakby rozpaczliwie chciał zaczerpnąć jeszcze jeden, zbawienny haust powietrza.

– Wiadomo kto to? – spytał policjanta dotychczas dowodzącego.

– Stefan Kuflik, lat czterdzieści trzy.

– Kto znalazł ciało?

– Mała dziewczynka spacerująca z psem. Jest teraz z psychologiem.

– A wiadomo co z narzędziem zbrodni?

– Dotychczas nie znaleziono, ale sądząc po ranie...

– Jesteś lekarzem, że się na ten temat wypowiadasz? – Rogalski podniósł głos.

– Nie, ale...

– Czyli nic nie mamy oprócz tej miotły...

Przy zwłokach pracowała młoda lekarka.

– Kiedy doszło do morderstwa? – spytał aspirant.

– Jakieś osiem godzin temu, ale więcej po sekcji.

– Naturalnie. A przyczyna? To, co widać? – Skrzywił się.

– Na to wygląda. Nie ma innych obrażeń ani śladów walki. – Spojrzała aspirantowi w twarz.

– To czekam na więcej szczegółów. – Aspirant nabrał powietrza, jakby już się spodziewał, że nici z wyjazdu.

Obejrzał wszystkie podejrzane przedmioty zabezpieczone wokół i uznawszy, że prawdopodobnie nie mają nic wspólnego ze sprawą, wziął do odzianej w rękawiczkę ręki miotłę. Kto używa takich rzeczy, aby wysmarować kałem ofiarę? Na dodatek na miotle nie ma jak zabezpieczyć linii papilarnych.

Po powrocie na komendę ustalił, że denat był przeciętną osobą, na rencie, nie miał rodziny. Pojechał z dwoma policjantami do jego domu. Zabezpieczono komputer i kilka drobiazgów. Wkrótce jednak ustalono, że na komputerze brak jakichkolwiek śladów, które mogłyby mieć związek ze sprawą. Jedyną dziwną rzeczą była cała masa prezerwatyw w szufladzie komody. Przecież normalnie mężczyzna trzyma najwyżej kilka paczek, a tu kilkadziesiąt. I wszystkie z napisem „extra safe”, co oznaczało, że są naprawdę grube. Po powrocie na komendę potwierdzono, że przyczyną śmierci było poderżnięcie gardła, a narzędziem najprawdopodobniej ostry nóż. Natomiast kał zwierzęcy, a konkretnie psi.

 

* * *

 

Adam Wierzych to wyjątkowo przystojny młodzieniec. Prawie metr dziewięćdziesiąt, do tego pociągła twarz z wyraźnie zarysowaną szczęką i oczy, które podobno mówiły o jego wrażliwości. Rok wcześniej skończył liceum z wyróżnieniem, chciał zostać wokalistą, ale nie dostał się do szkoły wokalnej w Poznaniu. Jego rodzice to bardzo zamożni ludzie; ojciec prowadził dużą firmę w centrum, a matka była dyrektorką jednej ze szkół. Toteż Adam nie martwił się o pieniądze, miał ich pod dostatkiem. Aktualnie przebywał na otwartej terapii psychiatrycznej w Dolnośląskim Centrum Zdrowia Psychicznego przy ulicy Konrada-Korzeniowskiego. Przychodził do ośrodka co rano, a opuszczał go po południu.

Tego dnia Adam wyszedł około szesnastej i udał się prosto do fryzjera, bo już dawno nie ścinał włosów. Wszedł do zakładu znajdującego się kilkaset metrów od ośrodka. Ponieważ nie było klientów, od razu zasiadł na fotelu. Obsługiwała go dziewczyna okryta białym fartuchem z długim rękawem.

– Tylko niech mi pani nie zrobi krzywdy – zażartował.

– Coś się panu nie podoba? – Skrzywiła się.

– Wręcz odwrotnie – rzucił dwuznacznie i mrugnął okiem.

– To, jak strzyżemy? – zmieniła temat.

– A wie pani co? – zareagował ostro. – Niech pani coś sama wymyśli. Zdaję się na panią. Tylko tak, żeby to się pani podobało. Bo takiej kobiecie chcę się podobać. – Uśmiechnął się zalotnie.

– Posłuchaj. – Zmieniła sposób mówienia z „pan na ty”. – Jesteś za młody dla mnie. Wolę starszych mężczyzn.

– A ja już dawno marzyłem o starszej. A nie chciałabyś mieć prawiczka? – Zaśmiał się na głos.

– Ty, prawiczek? Bo pęknę! Z taką facjatą to musiałby być cud.

– A jaka jest?

– Dobra, bierzemy się za strzyżenie, bo szkoda języka – odcięła się.

– Racja, może się przydać w innych celach. – Przekrzywił usta w ironicznym uśmieszku.

– A może na Pazdana ostrzyc? – zapytała złośliwie.

– Jeśli ci się to spodoba?... – rzucił retorycznie nadal z uśmiechem.

– Przynajmniej będziesz wyglądał na starszego.

– To – zastanowił się – dawaj, do odważnych świat należy.

– Na pewno?

– Tak, tak. – Pokiwał głową.

Wzięła maszynkę i ruch po ruchu ścięła mu włosy do gołego. Potem wyjęła z kieszeni brzytwę, uważnie się jej przyjrzała, pociągnęła kilkanaście razy po skórzanym pasie, opłukała w jakimś roztworze i zaczęła golić resztki zarostu.

– A ile masz lat? – w końcu spytał.

– Kobiety się o wiek nie pyta – odpowiedziała pogardliwie.

– Muszę zanotować w swoim notesie zdobyczy. – Ponownie na jego ustach zakwitł ironiczny uśmiech.

– Twoje niedoczekanie! – Pociągnęła mocniej brzytwą.

– Jak masz na imię?

Chwilę się zastanawiała, spuściła oczy i odparła:

– Gośka.

– Adam jestem. O której kończysz?

– O dziewiętnastej – odpowiedziała niezbyt chętnie.

– To będę czekał.

Gdy wyszedł z salonu, udał się na długi spacer. Szedł, gładząc się po łysej łepetynie. Niecałą godzinę później dotarł w okolice Parku Staromiejskiego. Wszedł na jego teren. Gdy był w pobliżu teatru, usiadł na ławce, zaraz obok terenu odgrodzonego policyjną taśmą. Wstał, podszedł do taśmy, wyciągnął telefon i zaczął robić zdjęcia miejsca zbrodni. Ponownie usiadł na ławce, pogładził się po łysinie i zaśmiał na głos.

O dziewiętnastej czekał pod salonem fryzjerskim. Chwilę później wyszła Małgorzata. Poszli w kierunku jej domu.

– To ile masz lat? – spytał.

– Ok, dwadzieścia siedem, a ty?

– Ja dwadzieścia, ale mi to nie przeszkadza.

– Co ci nie przeszkadza? Twój wiek? – Zaśmiała się.

– Masz kogoś? – zmienił temat.

– Nie! – rzuciła bardzo ostro.

– Ja też nie, ale jest mały problem.

– Jaki znowu?

– Leczę się w ośrodku psychiatrycznym – przyznał odważnie.

Zaniemówiła. Przyspieszyła kroku i tylko kątem oka go obserwowała.

– Czemu mi to mówisz? – w końcu spytała.

– Bo chcę być uczciwy, przynajmniej z tobą. – Pokiwał głową, jakby tymi ruchami chciał coś powiedzieć.

Dziewczyna zwolniła nagle kroku i popłynęło jej kilka łez. Podszedł i pogładził ją po ramieniu. Zaczął coś mówić, ale nie odpowiadała.

W końcu gdy byli pod jej domem, spytał:

– Jutro kończysz o tej samej porze?

Westchnęła, gorzko się uśmiechnęła i odpowiedziała:

– Tak, miło mi będzie.

– To do jutra.

– Do jutra.

Odszedł.

 

* * *

 

W tym samym czasie Aspirant Rogalski poszedł po cywilnemu na teren parku, aby jeszcze raz przyjrzeć się miejscu zbrodni. W zasadzie chciał obejść pobliskie krzaki w poszukiwaniu czegoś, co byłoby punktem zaczepienia, bo do tej pory nie miał nic; ani sąsiedzi zamordowanego nic nie byli w stanie powiedzieć, ani nikt inny. Dowiedział się jedynie, że denat był samotnikiem, większość czasu spędzał w domu i rzadko wychodził. Gdy szedł w kierunku miejsca zbrodni, zobaczył młodego, śmiejącego się chłopaka ostrzyżonego na łyso siedzącego na pobliskiej ławce, a później robiącego zdjęcia ogrodzonego terenu. Usiadł kilka ławek dalej. Normalnie nie zwróciłby większej uwagi na młodzieńca, gdyby nie jego zachowanie. Już chciał podejść, wylegitymować się i przesłuchać, ale coś go tknęło i postanowił obserwować. Wielokrotnie intuicja go nie zawodziła. Choćby rok wcześniej, gdy szukali mordercy młodej kobiety znalezionej nad Odrą. Wszystkie poszlaki wskazywały na jednego mężczyznę, a on sam czuł, że to ktoś inny. I się nie pomylił, bo mordercą okazała się dawna przyjaciółka ofiary. I tym razem ten dziwny śmiech chłopaka zwrócił uwagę aspiranta. Nie to, że robił zdjęcia, ale właśnie ten śmiech.

„Kto normalny śmieje się sam do siebie? I jeszcze robi zdjęcia miejsca zbrodni?” – powiedział bezgłośnie.

W końcu chłopak wstał i ruszył. Rogalski poszedł za nim. Pomyślał, że to musi być ten łysy chłopak, bo w końcu przestępcy często wracają na miejsce zbrodni. Ale gdy wychodzili z parku, zobaczył Franka stojącego za sporym krzakiem. W zasadzie nie widział twarzy, ale poznał go po charakterystycznym zacieraniu dłoni. Przez chwilę chciał podejść do kolegi, ale za bardzo mu zależało na schwytaniu sprawcy.

Szedł za ogolonym na łyso i zobaczył, że ów młodzieniec spotyka się z jakąś dziewczyną i idą na północny-zachód. Gdy młodzi się rozstali, śledził go dalej, aż chłopak wszedł do domu. Natychmiast wrócił na komendę, aby sprawdzić, kto mieszka pod tym adresem. Najpierw wziął pod lupę jego ojca. Ten jednak nie miał żadnych zatargów z prawem, nic podejrzanego, jedynie kilka punktów karnych za nieprzepisowe parkowanie. Z matką było podobnie. Ale Rogalski wiedział, że tu musi chodzić o ich syna, bo ten z parku był zbyt młody. I w jego przypadku natrafił na wpisy, że leczy się psychiatrycznie. Pasowało idealnie – młody, wysoki, silny, chory psychicznie chłopak śmiejący się na miejscu zbrodni. To musi być to. Ale na dobrą sprawę nie miał na niego nic. Bo niby co? Że był uśmiechnięty? Że ciekawski robił zdjęcia?

– Jeszcze by tego brakowało, aby wsadzać ludzi za śmiech – zażartował do siebie na głos.

Od tego momentu postanowił go śledzić dzień i noc. Normalnie zleciłby to komuś innemu, niższemu stopniem, ale za bardzo mu zależało, aby sprawę jak najszybciej rozwiązać i wyjechać na te długo wyczekiwany urlop.

* * *

 

Następnego dnia Adam, po wyjściu około siedemnastej z ośrodka, poszedł prosto do Parku Staromiejskiego. Ponownie usiadł na tej samej ławce. Potem wstał i tak jak dnia poprzedniego podszedł do policyjnej taśmy. Zaglądał z daleka, obchodząc zagrodzony teren ze wszystkich stron. Kilkanaście minut przed siódmą ruszył pod salon fryzjerski, gdzie był umówiony.

Gdy wyszła Gośka, ucałował ją w policzek, na co zareagowała wzdrygnięciem.

– To, co dziś robimy? – spytał.

– Przejdźmy się gdzieś, bo jest ładna pogo... – urwała nagle.

– A gdzie byś chciała?

– A masz czas? – Patrzyła na niego jakoś dziwnie.

– Pewnie, że tak. Dopiero rano muszę być w ośrodku.

– To ten ośrodek, o którym wspominałeś wczoraj?

– Tak.

Spuściła głowę, musnęła go palcami po dłoni i zaproponowała cicho:

– To, chodźmy nad Odrę.

Ruszyli. Gdy byli w połowie drogi, Adam ostro rzucił:

– Albo mi się wydaje, albo ktoś nas śledzi. – Obejrzał się za siebie.

Małgorzata zareagowała nerwowo, widać było, że wstrzymała oddech i również się obejrzała.

– A skąd taki pomysł? – spytała niepewnie.

– Nie wiem, takie mam wrażenie.

Adam zatrzymał się, schylił, aby udać, że wiąże buta i cichutko dodał:

– Nie, to chyba moja paranoja. Zresztą właśnie na to się leczę.

– A często tak ci się wydaje?

– Nie... Ale potem nawet nie mogę spać. – Wyprostował się i ruszyli dalej.

– A co mówią lekarze?

– Zdiagnozowali tak zwane F Dwadzieścia Dwa, w nomenklaturze lekarskiej.

– Brzmi to jak jakiś samolot.

– Tak, wiem. Tak samo się nazywa właśnie najnowszy niewykrywalny myśliwiec. Ale to, co mi dolega, to zaburzenia urojeniowe.

– Brzmi strasznie. Ale mnie nie zamordujesz? – wycedziła przez zaciśnięte gardło.

– To zależy, co masz na sumieniu. – Zaśmiał się demonicznie.

Nie odpowiedziała. Szła obok niego w ciszy ze spuszczoną głową.

– Dlaczego mi to wszystko mówisz na początku znajomości? Nie boisz się, że mnie wystraszysz?

– Moja psycholog powiedziała, żeby być szczery od początku, to pozwoli uniknąć późniejszych rozczarowań. A... – zawiesił głos, rozejrzał się ponownie i widać było, jak zacisnął pięści.

Szli dalej w milczeniu, Adam od czasu do czasu kopał napotkane kamienie.

– Zostawmy to! – nagle stwierdziła.

– Szukam starszej, bo starsza wie, czego chce. Te młode to nie zawsze – odparł niespodziewanie. Małgorzata zaniemówiła na dłuższą chwilę, po czym spytała:

– A ty wiesz, czego chcesz?

– Chyba tak. Chcę kobiety, z którą będę na dobre i na złe.

– I na złe też? – spytała cichutko.

– Też.

– Tylko że ja nie wiem, czy jestem... – zawiesiła głos – gotowa na związek. – Spuściła głowę.

W końcu doszli nad Odrę, a że było po dziewiętnastej, to byli sami. Usiedli, a po chwili Adam zaproponował, aby ściągnąć buty, podwinąć spodnie i pobrodzić w rzece. Pierwsza wskoczyła Gośka, bo miała spodenki do pół łydki. Na wszelki wypadek tylko zostawiła wszystkie cenne rzeczy w krzakach. Po chwili to samo zrobił Adam. Podszedł do niej dość blisko i zaczął ochlapywać. Najpierw zareagowała piskiem, ale po chwili odwzajemniła zabawę. Opryskiwali się nawzajem, ganiali po płytkiej wodzie na płyciźnie, aż złapał ją wpół i oboje runęli.

– Ty wariacie! – wrzasnęła, próbując się podnieść z chłodnej wody.

Adam leżał prawie na niej, był mniej zmoczony. Podniósł się, chwycił ją za rękę, żeby wstała, ale tym razem to ona go pociągnęła i znów wpadli do wody.

– I co teraz zrobisz? – spytał namiętnie.

Spojrzeli sobie w oczy i zaczęli się całować, leżąc w płytkiej wodzie. Wstali kilka minut później. Oboje byli kompletnie mokrzy.

– I jak teraz wrócimy? – zapytała.

– Cóż, będzie miss mokrego podkoszulka. – Zaśmiał się.

I faktycznie wyglądała bardzo seksownie. Jej jędrne piersi opięte były mokrym ciuchem ściśle przylegającym niemal do każdego kawałka ciała. W końcu wyszli z wody, usiedli na brzegu, przytulili do siebie, zatapiając się w prawie całkowitą ciszę.

– Kiedy tak ostatnio posiedziałaś?

– Już dawno. Pamiętam, jak miałam dziewiętnaście lat, to siedziałam podobnie wieczorem na Śnieżce... – nagle zamilkła, spuściła głowę. – Wracaliśmy na dół po ciemku, ale to był ostatni dzień...

Siedzieli w ten sposób bez słów około godziny, zaczęło się robić ciemno i czas było wracać.

Gdy szli z powrotem, podjechał radiowóz. Policjanci poprosili o dokumenty i spytali, co się dzieje. W końcu widok dwoje kompletnie mokrych, obejmujących się ludzi jest dość nietypowy i zastanawiający.

 

* * *

 

W tym czasie aspirant Rogalski śledził ich, utrzymując znaczną odległość, ale gdy zobaczył zatrzymujący się radiowóz, rzekł do siebie:

– Jeszcze tego brakowało. Spieprzą mi całą akcję.

Już chciał wykonać telefon do dyspozytora, aby ich puścili, lecz pomyślał, że może to i dobrze się stało. Przynajmniej policjanci odciągną ich uwagę, więc może go nadal nie zauważą.

Po kilku minutach radiowóz odjechał, a młodzi ruszyli dalej w stronę centrum. Rogalski był niemal pewien, że oboje trafią do tego samego domu na noc. Skrył się w zaułku i obserwował, jak przeszli niedaleko. Ruszył za nimi, ponownie utrzymując odpowiedni dystans. I zaczął się martwić o los dziewczyny. A co, jeśli Adam zamorduje ją w nocy? To całkiem prawdopodobne. To, że zabił mężczyznę, wcale nie musi oznaczać, że ogranicza się tylko do tej płci.

Gdy byli już blisko miejsca, gdzie młodzi rozstali się dnia poprzedniego, pomyślał, że trzeba wkroczyć do akcji, bo prawdopodobnie jest to jej dom i zaraz oboje tam wejdą. Już chciał podejść do młodych, gdy zobaczył kątem oka, jak ulicą przejechał samochód, a za kierownicą był ktoś podobny do Franka. Czyżby kolega tu gdzieś mieszkał? W końcu aspirant przyspieszył kroku i jakieś dwadzieścia metrów przed wejściem podszedł i się wylegitymował.

– Aspirant Rogalski, Miejska Komenda Policji we Wrocławiu. Pan pozwoli ze mną.

– Ale o co chodzi? – spytał zaskoczony Adam.

– Pani niech idzie do domu, a pan ze mną na komendę.

– Coś z moimi rodzicami? – wycedził cicho chłopak.

– Wszystkiego się pan dowie.

 

Kilka minut później byli na komendzie. Zaprowadził podejrzanego do pokoju przesłuchań i zaczął:

– Co robiłeś poprzedniej nocy?

– Spałem, a co miałem robić?

– A może to ktoś potwierdzić?

– Rodzice. Oboje byli w domu. Czego pan ode mnie chce?

– A mogło być tak, że się niepostrzeżenie wymknąłeś? Chyba rodzice by tego nie zauważyli.

– Rany. Śpię sam, ale nigdzie się nie ruszałem.

– A czy znałeś Stefana Kuflika?

– Kogo? – jęknął Adam.

– Stefana Kuflika.

– A skąd! O co chodzi?

– Kuflik został zamordowany około drugiej w nocy w Staromiejskim Parku, a byłeś tam później widziany. Co tam robiłeś?

– Bo chodziłem na warsztaty wokalne do tego teatru, co jest obok! – wykrzyknął Adam.

– Czyli znałeś to miejsce i wiedziałeś, gdzie się zaczaić.

– Coś pan, zwariował? Nikogo nie zamordowałem!

– A po co robiłeś zdjęcia miejsca zbrodni?

– Bo to blisko teatru i nie co dzień dzieje się tam coś kryminalnego.

– A skąd wiesz, że kryminalnego?

– Przecież taśmą policyjną oznacza się tylko takie miejsca!

– Synku, albo się przyznasz, albo posiedzisz dłużej. – Rogalski pokiwał głową.

– Ale nie mam do czego!

– To posiedzisz na dołku i zmiękniesz.

Zawołał podwładnego, a ten zaprowadził Adama do celi.

Po chwili wszedł Franek i spytał:

– I co, to on?

– Na początku tak myślałem, ale chyba nie. A ty jeszcze w pracy? Chyba dziś miałeś na rano?

– Tak, ale jakoś zostałem dłużej. – Po swojemu zacierał dłonie.

– I jeśli to nie on, to w zasadzie nie mam punktu zaczepienia. Ani odcisków, ani narzędzia, ani nic konkretnego.

– Jakbyś na coś wpadł, to daj znać – prawie wyszeptał kolega.

– Ok, i tak będzie głośno, bo nieczęsto mamy takie morderstwa.

– Dobra, idę do domu, do zobaczenia. – Franek wyszedł.

 

Następnego dnia rano Rogalski postanowił udać się do salonu fryzjerskiego i podpytać dziewczynę, może ta coś wie albo słyszała od Adama. Wszedł tam około jedenastej przed południem.

– Pani mnie kojarzy z wczoraj, ale dziś na razie przyszedłem się ostrzyc.

– Proszę... – dziewczyna się zawahała – siadać.

– Po prostu proszę skrócić to, co mam – zaordynował.

– Z moczeniem czy bez?

– Obojętne.

Wzięła się do roboty. Zwrócił uwagę na jej dłonie. Były drobne, ale wyjątkowo żylaste.

– A co panią łączy z Adamem Wierzychem?

– Poznałam go dwa dni temu, był klientem tak jak pan.

– A te romanse nad Odrą to tak szybko?

– To nie pańska sprawa – wycedziła cicho przez zaciśnięte zęby.

– Teraz już moja. Co pani o nim sądzi?

– To bardzo wrażliwy, młody mężczyzna.

– Wrażliwy... – powtórzył z przekąsem.

– Tak, wrażliwy! A co on zrobił?

– Wszystkiego się pani dowie. Mówił coś, co by panią poruszyło?

– Inaczej bym z nim nie flirtowała. – Wyciągnęła z kieszeni rozkładaną brzytwę, pociągnęła nią kilkakrotnie po skórzanym pasie, zamoczyła w jakimś roztworze i zaczęła golić Rogalskiemu zarost na szyi.

– Czy według pani mógł się posunąć do morderstwa? – spytał.

– On?! – wrzasnęła i odłożyła brzytwę na blat. – Nigdy! Niech sobie pan to wybije z głowy!

– Chciałem tylko znać pani opinię.

– Skończyłam! Trzydzieści złotych się należy i żegnam! – nie spuszczała z tonu.

– A mogę znać pani nazwisko? – nie odpuszczał.

– Małgorzata Wielicka.

Wstał, dokładnie się obejrzał w lustrze i wychodząc, usłyszał jej pytanie:

– Wypuści go pan? – Jej ton był wręcz błagalny, a zarazem przeraźliwie rozpaczliwy.

– Nie mam wyjścia, nic na niego nie mam. – Zamknął za sobą drzwi.

Gdy wrócił na komendę, zaczął się zastanawiać, co dalej. Potrzyma chłopaka jeszcze parę godzin, ale będzie musiał go puścić. A sprawcy jak nie było, tak nie ma. Intuicja tym razem go najprawdopodobniej myliła. I nici z wyjazdu do Zakopanego. Że teraz musiało się przytrafić coś takiego. W zasadzie nic nie było wiadomo. Ani motywu, ani narzędzia, ani żadnych poszlak. Włączył komputer i chciał uzupełnić raport dotyczący minionego miesiąca, gdy coś mu strzeliło do głowy, bo przypomniał sobie silne, żylaste dłonie fryzjerki.

Już chciał włączyć program z danymi osobowymi, gdy do jego pokoju wszedł Franek.

– Muszę ci coś powiedzieć – zaczął wchodzący.

– Cześć, Franek, co jest?

– To naprawdę nie moja wina – kolega wykrztusił, zakrył dłońmi twarz, zrobił krok w stronę wolnego krzesła i osunął się na nie bezsilnie.

– Jezu, Franek, coś ty zrobił. – Rogalskiego przeszedł dreszcz.

– To było, zanim jeszcze wstąpiłem do policji… – mówił policjant przez łzy.

– A to wczoraj? – spytał nieśmiało aspirant.

– Za bardzo mi to przypominało…

– Jezu, co ci przypominało?

– Wtedy, piętnaście lat temu byłem świadkiem, jak poderżnął mu gardło.

– Piętnaście lat temu? Komu?

– Byłem pijany, w dodatku zostawiła mnie narzeczona. Siedziałem ledwo żywy w krzakach, gdy ten psychol podszedł i go zarżnął jak prosiaka! A ja nic nie zrobiłem! Rozumiesz?! – Charczał przez zaciśnięte gardło.

– Czyli tym razem to nie ty zabiłeś?

– Jasne, że nie. Chciałem znaleźć mordercę tak samo jak ty.

– Już myślałem… – Aspirant wypuścił powietrze z ulgą. – Ale wiesz co? Mam podejrzaną.

– Kogo?

– Poczekaj, zaraz się okaże, czy się mylę.

Natychmiast włączył program, w którym były kartoteki osobowe. Wpisał jej imię i nazwisko. To, co ujrzał, przeraziło go. Pięć lat wcześniej przywieziono ją bardzo ciężko pobitą do szpitala. Lekarz szybko ustalił, że została zgwałcona i to nie tylko w klasyczny sposób, ale również analnie. Sprawcy nie odnaleziono. Spędziła tam prawie trzy tygodnie. I Rogalskiego olśniło. Przecież brzytwę wyciągnęła z kieszeni i prawdopodobnie nie rozstaje się z nią nawet na chwilę, więc narzędziem zbrodni nie był nóż, ale właśnie brzytwa. Do tego te żylaste, niezwykle silne ręce. Ktoś taki mógł bez trudu obezwładnić mężczyznę przy odrobinie zaskoczenia. To Stefan Kuflik musiał być tym gwałcicielem sprzed lat! Czyli to fryzjerka jest morderczynią!

Wziął ze sobą Franka i pojechali do salonu. Gdy tylko otworzył drzwi, Małgorzata wyciągnęła ręce przygotowane do zakucia w kajdanki i rzekła:

– To był przypadek. Wracałam od przyjaciółki przez ten park i w tych ciemnościach go poznałam. Byłam pewna, że to on. Rzuciłam się na niego, sama nie wiem po co. Chwycił mnie i zaczął mówić, że znów mnie zerżnie, więc się broniłam... A że zawsze noszę przy sobie brzytwę dla samoobrony, to z niej skorzystałam. Wystarczyło raz dobrze przycelować w szyję... – Rozpłakała się.

– A ten kał na ciele?

– Sama nie wiem... Już po wszystkim jakby coś mnie napadło. Znalazłam za krzakiem starą miotłę, otworzyłam pobliski pojemnik na psie kupy i go wysmarowałam... To kara i znak po tym, co mi zrobił... – Usiadła bezsilnie na fotelu, zakryła twarz dłońmi i nie przestawała płakać.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 4 miesiące temu
    Paranoik strzelający foty na wagę urlopowego spełnienia:)
    Widać dopracowanie, przemyślenie, trudno się doczepić do metody rozwiązania zagadki - tak być mogło. Wykorzystanie pojemnika na psie odchody - perełka.
    Tylko te żylaste ręce jakoś haczą - narzędzie zbrodni byłoby skuteczne w rękach nawet dzieciaka. I miotła cudem tkwiąca w krzakach, no ale... wszystko zdarzyć się może.
    Całkiem niezłe opko kryminalne. Wymagało pracy.
    Pozdrawiam.
  • Antoni Grycuk 4 miesiące temu
    Wrotyczko,
    dość długo poprawiałem ten tekst, aby był taki, jak jest. Jest więc popieszczony, co nie znaczy, że dopieszczony. Postać kolegi z komendy dopisałem po kilku miesiącach, aby odwrócić uwagę od Adama.

    Jesteś już kolejna osoba, która zwraca uwagę na te żylaste ręce. Może pomyślę, aby to zmienić.
    Muszę się też zastanowić nad tą miotłą, choć osobiście uważam, że nie ma w tym nic dziwnego.

    Bardzo dziękuję za czytanie i kilka nietuzinkowych słów.

    Pozdrówka.
  • yanko wojownik 4 miesiące temu
    Dobrze się zaczyna, ale za długi mi na teraz - po prostu wrócę by skończyć (jeśli przetrwam do tego czasu w rzeczywistości wokół).
  • Antoni Grycuk 4 miesiące temu
    Dzięki za chęci i za kilka słów.
  • yanko wojownik 4 miesiące temu
    Dobrze się zaczyna, ale za długi mi na teraz - po prostu wrócę by skończyć (jeśli przetrwam do tego czasu w rzeczywistości wokół).
  • jesień2018 4 miesiące temu
    Przeczytałam:)
    Najpierw kilka uwag: myślę, że szczegóły zabójstwa (poderżnięte gardło, odchody) podane są zbyt szybko, tym bardziej, że za chwilę są powtórzone. Wystarczy ten drugi raz, a za pierwszym możesz napisać coś bardziej ogólnikowego, typu: opowiem ci po drodze. Z drugiej strony, brakowało mi na samym początku wyjaśnienia, dlaczego Adam leczy się psychiatrycznie. I chyba nie ma powodu, by zwlekać ze zdradzeniem tego (to może dodatkowo sugerować jego winę). Trochę po łebkach traktujesz początki związku Adama i Gosi, najpierw oboje się zgrywają, potem nagle są szczerzy, czegoś tu brakuje.
    Ogólnie: czytało się dobrze i zaciekawiłeś. Naprawdę chciałam się dowiedzieć, co się stało. Oczywiście podejrzewałam Franka:) Ten gatunek wydaje mi się bardzo trudny, szczególnie w opowiadaniu, a Tobie udało się to spiąć w spójną historię. Pozdrowienia!
  • Antoni Grycuk 4 miesiące temu
    Opowiadanie było napisane na konkurs i limit znaków był ograniczony, więc nie mogłem rozpisać całej historii ich znajomości. Druga sprawa, że ludzie "z przeszłością" często zbyt szybko angażują się w związki. Ale masz dużo racji, że kilka słów więcej mogłem zamieścić, aby to przebiegło płynnie. Pomyślę. A co do zbyt szybko podanych faktów, to masz rację. Muszę przyjrzeć się, jak to robią zawodowcy.
    Fajnie, że Ci się ogólnie podobało, a jeszcze fajniej, że podejrzewałaś Franka :-)

    Pozdrawiam!
  • A. Hope.S 4 miesiące temu
    Hejka.:) przepraszam że tak z Nienacka :)
    choć nie jestem żadna wybitna w pisaniu, ale jak to się powie człowiek człowiekowi pomaga itp. oczywiście uznasz jak chcesz, ale tu...
    "na te długo wyczekiwane wakacje." przynajmniej z mojego punktu widzenia, nie wiem jak inni to widzą, proszę się mną nie sugerować, ale bym napisał ' na ten długo oczekiwany urlop' w końcu Rogalski pracuje, ale tak jak mówię, nie wiem.
    Pozdrawiam serdecznie. :)
  • A. Hope.S 4 miesiące temu
    zostawiłam po sobie pięć... z dwóch powodów. pierwszy się domyślisz, a drugi wróć do momentu " natychmiast włączył " :)
  • Antoni Grycuk 4 miesiące temu
    A. Hope.S,

    bardzo Ci dziękuję za czytanie i opinię. I oczywiście poprawkę wprowadzam. Ja czasem używam zamiennie słów wakacje i urlop, ale rzeczywiście poprawnie jest urlop.
    Do poczytania pod tekstami.

    Pozdrawiam.
  • A. Hope.S 4 miesiące temu
    Antoni Grycuk :) z przyjemnością. :)
  • yanko wojownik 4 miesiące temu
    Pożyczę sobie na noc, do przeczytania offline, bo online zawsze mnie coś rozprasza przy dłuższej treści.
  • A. Hope.S 4 miesiące temu
    polecam przeczytać.
  • yanko wojownik 4 miesiące temu
    A. Hope.S, po to pożyczam.
  • pkropka 4 miesiące temu
    Już przeczytałam, że miałeś narzuconą długość, a szkoda. Myślę, że miałeś spore pole, żeby rozwinąć historię.
    Mimo to ładnie sobie poradziłeś. Do końca się zastanawiałam kto mógł zabić, przy okazji dałeś dobry motyw.
    Krótko - podobało mi się, ale za krótko ;)
  • Antoni Grycuk 4 miesiące temu
    Pkropko,
    dziękuję za odwiedziny i za opinię. Kryminał to jednak nie mój styl, więc potem nawet mi się nie chciało tego rozwijać. Zresztą chyba łatwiej napisać coś od zera niż rozwijać istniejące. Może w przyszłości jeszcze naskrobię coś kryminalnego, zobaczymy.

    Pozdrawiam.
  • yanko wojownik 4 miesiące temu
    Bardzo płynnie - profesjonalnie, jak z wydanej książki.
    Styl wydał mi się znajomy, ale jak to w sensacji - jakiś tam styl.
    Kondomy, psie kupy itd. Wciąga. Nie jestem typowym czytaczem kryminałów, tak samo jak romansów, ale kilka (dosłownie) w życiu przeczytałem. O ile gatunek mnie tak po całości nie bierze, to zapodany w ten sposób jest mi ciekawym.
    Kawałek dobrej lektury z akcentem nawet też erotycznym.

    „Kto normalny śmieje się sam do siebie” – mam niedopracowany tekst o takiej sytuacji, z tym, że długi.

    Łatwo by się promowało, jako po prostu książka, chwytliwe jest. Może np. w zbiorze mogłoby wyjść.

    Przesłuchanie w salonie poszło za łatwo, ale ludzie mogą tak reagować na zapytania władz. Nie było żadnych podstaw, by bohaterka miała na cokolwiek odpowiadać Rogalskiemu, ale ją podszedł - dała się łatwo podejść. Tak się może zdarzać.

    „Silne żylaste dłonie fryzjerki” już kiedy się golił można było się domyśleć, ale zważywszy na długość, to akurat spoko.

    No na błędach się nie znam - poza tym wg. mnie profeska - o jedna stronę można by akcję rozciągnąć.

    Pozdra!

    .
  • Antoni Grycuk 4 miesiące temu
    Yanko,
    dzięki za czytanie tego niekrótkiego tekstu.
    Cieszę się, że odbierasz to w dobry sposób. Też nie jestem fanem kryminałów (tym bardziej romansów), a to napisałem, jak wspomniałem, na konkurs. Może jeszcze podrasuje ten tekst i wyślę na kolejny, zobaczymy, czy będzie mi się chciało.
    Co do przyznania się bohaterki do zbrodni bez nacisku policji. Skoro zamknęli Adama, to ona miała wzmożone wyrzuty sumienia i już ostatnie pytanie, jakie zadała, gdy strzygła Rogalskiego, było bliskie przyznania się.

    Także jeszcze raz dzięki i pozdrawiam.
  • Ozar 3 miesiące temu
    Kurde długie, ale dałem rade na raz co jest niewątpliwie oznaką, że tekst jest ciekawy i wciąga. Troszkę jednak wygląda to jakoś tak zbyt prosto, zbyt łatwo i zbyt szybko. To nie zarzut, ale jak się nieraz ogląda czy czyta jak długo potrafi trwać śledztwo, to pewnie nie jeden policjant z wydziału kryminalnego chciałby tak szybko kończyć i łapać winnych. Jednak jak piszesz w jednym z komentarzy byłeś ograniczony długością i pewnie dlatego tak to się skończyło. Kolejny ciekawy i dobrze napisany kawałek tekstu. Generalnie ciesze się, że trafiłem na twoje podwórko, choć to przypadek bo spojrzałem na tytuł "Sierżant" i wszedłem (wojna itd. to moje klimaty). Choć jak twierdzą co niektórzy mądrzy ludzie nic się nie dzieje przypadkowo... 5
  • Antoni Grycuk 3 miesiące temu
    Wiesz, chyba nawet gdybym miał wolne pole, to nie rozwinąłbym tekstu, bo to nie mój klimat, nie mój styl. Ot incydent. Nie mówię, że nigdy nie napiszę już kryminału, może coś się zmieni, ale jak na razie to tyle, co miałem do powiedzenia w kryminale.
    Staram się, aby moje teksty były dobrze napisane. Czasem aż za bardzo i wychodzi z tego szkolne pisanie, wiem o tym.
    A co do przypadkowości wszystkiego to się nie wypowiem, bo mam na ten temat swoje zdanie, z którym się nie zgadzam :-) (To prawie cytat.)
    Dzięki za wizytę i kilka słów.

    Pozdrawiam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania