Moje Bieszczady

I. Park Ujazdowski

Dziwnie się czuję. Idę na spotkanie, na które umówiliśmy się z Adrianem mając szesnaście lat. Datę i godzinę naszej schadzki zapisałam w dzienniczku ucznia na ostatniej stronie jeszcze w ósmej klasie szkoły podstawowej, ma to być drugi stycznia 2000 roku godzina 17.15 Park Ujazdowski przy kamieniach. Targają mną sprzeczne uczucia, rozum mówi, że popełniam kolejną głupotę w swoim życiu, a serce podpowiada, że powinnam tam się stawić, gdyż umów należy dotrzymywać. Mój tok rozumowania nie ma w sobie nic romantycznego, przypomina raczej savoir-vivre biznesowy. Nie płaczę z radości, nie tęsknię i nawet nie ubrałam się elegancko. Wszelkimi sposobami staram się sama siebie przekonać, że warto znów zobaczyć Adriana. Nie wiem, czy kieruje mną uczucie czy zwykła ciekawość.

Adrian był moją pierwszą miłością i wspaniałym przyjacielem, co dopiero teraz potrafię docenić z perspektywy lat. Nasze relacje nie układały się harmonijnie, widywaliśmy się nieraz codziennie, po czym następowały długie przerwy. Nie stanowiliśmy idealnej pary. Winę przypisywałam Adrianowi i jego nerwowemu usposobieniu. W dzieciństwie przeżył traumę, jego rodzinę opuścił ojciec podając jako przyczynę rozwodu brak porozumienia z małżonką i różnicę charakterów. Jego liczne uzdolnienia nie ułatwiały wzajemnego porozumienia, chętnie przepisywał moje wypracowania, ale nie wykonał za mnie żadnego rysunku na zajęciach plastycznych, chociaż niejednokrotnie o to go prosiłam. Kiedyś napisał mi wierszyk o niewierności kobiet, który ze złości wyrzuciłam do śmietnika. Teraz tego żałuję. Złość nie bywa najlepszym doradcą.

Zwalniam tempo marszu, myślę, aby zawrócić i nie szukać nowych przygód, a zwłaszcza konfrontacji teraźniejszości z przeszłością.

Co ja o nim wiem? Studiował w Wojskowej Akademii Technicznej, specjalizował się w telewizji, a potem znalazł w New Jersey z rodziną. Jako pracownik naukowy w West Point musi posiadać jakiś stopień wojskowy. Wszystkie moje wiadomości o nim pochodzą z portalu Nasza Klasa, który nie jest w stu procentach wiarogodnym źródłem.

Doszłam już do kamieni, mojego ulubionego miejsca w parku Ujazdowskim z dzieciństwa. Panuje lekki mrozek, łatwo się poślizgnąć, a ja założyłam kozaki na wysokich obcasach.

Nagle słyszę wesoły głos:

- Witam markizę de Belcamps!

- Miło mi cię widzieć, hrabio Wroński – odpowiadam żartobliwie. Minęło już tyle lat, odkąd się widzieliśmy ostatni raz.

- Markizo, nie byłaś mi wierną – odparł mój przyjaciel.

- I vice-versa, hrabio – odpowiedziałam dość głośno.

- Lecz wszystko jest Ok., kłócimy się jak za dawnych lat – z zadumą zwrócił się do mnie Adrian.

- Cieszę się, że jesteś w dobrej formie – rzekłam wesoło.

- Na długo przyjechałeś do ojczyzny? – zapytałam.

- Droga markizo, jestem do twojej dyspozycji przez cały tydzień – szarmancko odpowiedział Adrian.

- Czy my już nie mamy imion? Tylko arystokratyczne tytuły? – wypowiadając te słowa potknęłam się i zatrzymałam w ramionach Adriana.

- Bożena, cieszmy się sobą. Życie tak krótkie jest. Patrz, noszę to zdjęcie zawsze przy sobie. To jest ten sam slajd, który mi podarowałaś, kiedy jeszcze byłaś chora, już nie leżałaś w szpitalu, ale w domu. Zrobiłem z niego odbitkę, bo już zacierały się kontury i ledwo odróżniałem twoje rysy. Byłaś wtedy z rodzicami w Bieszczadach? – prawda?

- Nie da się ukryć. Byłeś tam kiedyś? – nie mogłam wstrzymać się od zadania tego pytania.

- Nigdy, ale chętnie odwiedziłbym te okolice, skąd pochodzi to zdjęcie. Pojedziesz ze mną? Jeśli się nie zgodzisz, zostawię cię tam na szczycie wodospadu – odrzekł groźnie.

- Chętnie, ale ja pracuję. Nie wiem, czy szef da mi tydzień urlopu – odpowiedziałam. Zadzwonię dziś wieczorem do niego i zapytam. Pozostaje jedna kwestia. Ja jestem wolna, mogę robić, co zechcę. A ty jesteś żonaty, masz troje dzieci. Ja już raz wplątałam się w romans z żonatym, skutki były opłakane. Nie chciałabym przeżywać tego jeszcze raz – dodałam.

- Tym się nie przejmuj, jesteśmy miesiąc po rozwodzie – wyjaśnił Adrian. Dzieci są ze mną.

- Teraz rozumiem, dlaczego przyjechałeś.

- Bardzo chciałem cię zobaczyć. Byliśmy przecież umówieni.

- Pozostają jeszcze formalności do załatwienia. Proponuję pobyt w schronisku w Lutowiskach i na Połoninie Wetlińskiej. Potem pojedziemy do słynnego motelu w Cisnej, może nie będzie padało. Cisna słynie na całą Polskę z obfitych opadów deszczu, o czym śpiewała Krystyna Prońko, honorowa obywatelka Cisnej.

 

II. W drodze

Jesteśmy w okolicach Ustrzyk Dolnych. Na horyzoncie pojawiają się zarysy gór i rozpoczyna się piękny szlak drewnianych cerkiewek. Wjeżdżamy w bajkowy krajobraz. Te granatowe góry zawsze robiły na mnie wrażenie. Dlaczego one są granatowe, a nie zielone od koloru lasu? Nie wiem. Hrabia Aleksander Fredro postrzegał je podobnie jak ja. Dookoła mnóstwo śniegu. Pięknie wyglądają choinki pokryte białym puchem. Za zakrętem Ustjanowa z piękną drewnianą cerkwią, której wieżyczki pięknie lśnią w tle błękitnego nieba.

- Trudno było załatwić urlop? – pyta mój towarzysz.

- Łatwo nie było, Franek nie lubi pracować, gdy jestem daleko. Zawsze ma tysiące pytań do mnie. Trochę marudził, w końcu moje argumenty przemówiły do niego – wyjaśniam.

- Co mu powiedziałaś? – mogę wiedzieć?

- Prawdę i tylko prawdę. Przyjechał mój ex-narzeczony i chciałabym się trochę cofnąć w czasie i spędzić z nim kilka dni sam na sam w odległej głuszy z dala od cywilizacji. Odpowiedział, że wiele potrafi zrozumieć, bo jest trochę starszy i ma więcej doświadczenia. Życzył udanych wakacji, ale ostrzegł, że wspomnienia mogą być piękniejsze od rzeczywistości. Teraz wszystko zależy od ciebie. Nie zawiedź mnie! – odpowiedziałam.

- Mówicie sobie po imieniu? – zdziwił się Adrian.

- Ależ skąd! To skrót od nazwiska, wszyscy go tak nazywają. Potrafi pięknie opowiadać i czarować. Ale nie martw się! Między nami nie ma chemii. Ostatnio mi oświadczył, że współpracując z nim będę skazana na nieprawdopodobną harówkę. Zadowolony? – zapytałam.

- Ciekawy układ. U nas nie do przyjęcia – odparł mój przyjaciel.

- Panie komandorze, u was są rozkazy, a więc się nie dyskutuje. Lepiej patrz za okno! – ucięłam krótko tę rozmowę.

Dojeżdżamy do Lutowisk. Po prawej stronie stanica w Chreptiowie i piękna panorama Bieszczad z najwyższymi szczytami gór. Za pięć minut jesteśmy na miejscu – wchodzę w rolę przewodnika.

 

III. Bieszczady

Wysiadamy z autobusu i udajemy się do schroniska. Mamy przygotowany pokój, rozpakowujemy się, a potem idziemy na spacer, który będzie trwał aż do zmroku. Gospodarze najpierw podwożą nas saniami pod drewnianą cerkiewkę w Smolniku, która stanie się niedługo jedną z atrakcji okolicy, gdyż zostanie wpisana na listę UNESCO. Praktycznie stoi na odludziu, ponieważ w wyniku zawirowań historii tych ziem, jej mieszkańcy musieli przenieść się w inną część Ukrainy jeszcze przed I Wojną Światową.

Siedzimy przytuleni w saniach, ale zapada noc i wracamy do schroniska. Padam ze zmęczenia. Czeka na nas szczególna atrakcja, nie wiem, jak zareaguje Adrian. Właściciele przygotowali nam sześciometrowe łoże w olbrzymiej sali. Do tej pory nasze relacje nie obejmowały stosunków fizycznych, spędzimy pierwszą wspólną noc.

- Panie Dziejku! Jeszcze nigdy nie widziałem podobnego łóżka. Noc zapowiada się interesująco – zapowiedział nieco oszołomiony Adrian.

- Wszystko przewidziałam. Jak będziesz miał mnie dość, pozostanie ci do wykorzystania około trzy metry powierzchni – odparłam.

- Moja droga zołzo, już mi więcej nie uciekniesz i zapomnij o trzech metrach tylko dla siebie – powiedział pojednawczo Adrian.

- Jak pan hrabia sobie życzy. Chodźmy spać, bo jestem niebywale zmęczona – odpowiadam.

- Nie jesteś, ale rozumiem, damska kokieteria. Dlaczego zgasiłaś światło? – zapytał mój partner.

- Kochanie, nie mamy dwudziestu lat – odrzekłam. Iluminacja nie jest konieczna, potrzeba trochę więcej intymności.

- Cóż, „Taka jest wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba” – wygłosił Adrian swoją ulubioną sentencję pochodzącą z „Zemsty”.

Więcej tajemnic naszej pierwszej nocy nie będę zdradzać. Zasnęłam o świcie, ale nagle obudziło mnie coś, co przypominało błyskawicę. Lekko zdziwiona pomyślałam, że w zimie nie ma burz, ale błysnęło jeszcze kilka razy. Poczułam zimny uścisk.

- Adrian, masz lodowate ręce. Co się stało? – zapytałam lekko przestraszona.

- Przytul się do mnie, śpij spokojnie – Nie ma powodu do obaw – odrzekł mój kochanek.

Obudziłam się koło południa, potrząsnęłam lekko Adrianem, aby wstał. Zupełnie nie miał ochoty opuścić naszego przestronnego łoża.

- Czy nie możemy tu dłużej zostać? – zapytał.

- Przykro mi, o drugiej nas zawiozą na Połoninę Wetlińską. Jest zima, szybko zapada zmierzch. W nocy nie działają wyciągi orczykowe.

- „Taka jest wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba” – sentencjonalnie odpowiedział Adrian i poszedł wziąć prysznic.

Podróż kontynuowaliśmy samochodem i saniami. Padał puszysty biały śnieg. Przyjemnie było patrzeć na tę zaczarowaną krainę i przeżywać cudne chwile z ukochanym. Czekała nas kolejna niespodzianka. Z uwagi na warunki atmosferyczne nie funkcjonował wyciąg. Jazda samochodem również nie wchodziła w grę z uwagi na oblodzenie drogi. Do schroniska można było dostać się jedynie konno. Zaczęłam myśleć o zmianie planów. Nieoczekiwanie odezwał się Adrian, że jazda konna nie jest mu obca, gdyż około dziesięć lat temu przeszedł odpowiednie szkolenie. Wjechaliśmy konno na górę, osiołek wwiózł nasze bagaże. Po drodze nasze twarze smagał wiatr, ale było to przyjemne uczucie. Poczułam się całkowicie uzależniona od Adriana, trzymałam się go kurczowo w pasie. Spodobało mi się to uczucie, że mogę polegać na swoim partnerze i czuć się przy nim bezpiecznie. Czyżbym była jednak zakochana?

W schronisku na połoninie nasz pokoik był maleńki, brakowało wielkiego łoża małżeńskiego. Połączyliśmy dwa piętrowe łóżka, co nam dało więcej miejsca.

- Śpimy na dole czy na górze? – zapytał Adrian.

- Wybieram górę – odrzekłam. Mam nadzieję, że nas kompletnie nie zasypie. Inaczej utkniemy tu na wieki.

- Nie mam nic przeciwko temu. Nie muszę być nieustannie w drodze w przeciwieństwie do ciebie, moja miła. Mogę zostać w tym pokoiku do końca naszego pobytu –poważnie oświadczył Adrian.

- Nie żartuj, jutro pokażę ci miejsce, w którym tata zrobił mi dawno temu to już historyczne zdjęcie. Wtedy po raz pierwszy wsiadłam na końskie siodło, strasznie się bałam, ponieważ zwierzę zaczęło powoli schodzić w dół. Z tobą było inaczej, miałam pełne zaufanie do ciebie i twoich umiejętności jeździeckich.

- I trzęsłaś się jak osika. Cieszę się jednak, że zyskałem wiele w twoich oczach w czasie tej miłej przejażdżki, droga markizo.

- O której jutro wyjeżdżamy? – Dobre pytanie – odpowiedziałam. To nie zależy od nas.

- Panie hrabio, już pora spać – powiedziałam.

- Dobry pomysł, jeszcze kilka godzin do rana. Tu nie ma miejsca na przećwiczenie wszystkich pozycji kamasutry, ale jest nieźle – skomentował moją propozycję Adrian.

Po południu następnego dnia włóczyliśmy się nieco po połoninie. Gdzieniegdzie wystawały spoza warstwy śniegu wysokie ponad metrowe trawy, ale wszystkie jagodowe krzewinki były przykryte śniegiem. Obserwowaliśmy piękny zachód słońca, zwykle granatowe góry przybrały kolor purpury, co wspaniale kontrastowało z bielą śniegu. Zjechaliśmy na dół wyciągiem orczykowym, choć trochę było mi żal, że nie konno. Osiołek był tym razem bardzo uparty i odmówił przyjęcia na swój grzbiet naszych bagaży.

Ostatni etap naszej podróży do Cisnej przebiegał bez zakłóceń saniami i samochodem. Pomyślałam, że w Warszawie będzie mi brakowało tej jazdy saneczkami przy dźwięku dzwoneczków.

Rozgwieżdżone niebo w Cisnej zrobiło wrażenie na Adrianie. Długo przyglądał się księżycowi świecącemu nad Połoniną Caryńską.

- Mógłbyś coś narysować, jest tak pięknie – zaproponowałam.

- Jaki plan mamy na jutro? – zapytał Adrian ignorując moją prośbę.

- Zależy od warunków pogodowych. Może gospodarze zawiozą nas do granicy z Ukrainą, gdzie kończy się szosa. Po drodze miniemy z dala Tarnicę (najwyższy szczyt Bieszczad) i Kamieniec. W okolice Połoniny Caryńskiej dojdziemy w pół godziny piechotą.

- Bożenka, nie zapominajmy jednak o nas. To nasz miesiąc miodowy, ten czas należy do nas. Minęło tyle lat, tyle straconych lat – nie żałujesz? – zapytał.

- Wiesz, staram się żyć chwilą, aby niczego nie utracić. To będzie nasza trzecia noc, uczcijmy to – zaproponowałam nieśmiało.

Nazajutrz pogoda nam sprzyjała, widoczność była wspaniała. Słońce trochę raziło w oczy. Kamienisty stożek Tarnicy prezentował się wspaniale na tle błękitnego nieba. Dwa granatowe pagórki Połoniny Caryńskiej wydawały się jak w zasięgu ręki. Piękno pejzażu odpowiadało naszemu nastrojowi, a zarazem radości i zadumy nad życiem. Czy będzie nam dane jeszcze raz przeżyć to samo, co teraz? Piękno natury i zapomniana pierwsza miłość, która odżyła w nas po latach? Chyba szkoda czasu na podobne refleksje, ważne jest to, co się dzieje tu i teraz.

- Wypijmy jeszcze raz szampana za nas! – powiedział Adrian.

- Idziemy, zatem do „Piekiełka” – poparłam propozycję.

Po powrocie do naszego apartamentu Adrian zadecydował, że jutro nie opuścimy naszego pokoju:

- To nasz ostatni dzień, spędzimy go tutaj we dwoje bez żadnej eskapady – powiedział.

W sobotę od rana bez przerwy padał śnieg. Duże płatki przyklejały się do okien, a wieczorem lekki mrozek stworzył na oknach piękne kompozycje. Czas upływał nieubłaganie. Na środku pokoju postawiłam statyw, a mój półprofesjonalny aparat za pomocą samowyzwalacza zrobił nam około setki zdjęć. Pokoju nie opuściliśmy ani na chwilę. Wpatrywaliśmy się w siebie. Oboje tęskniliśmy za wspaniałym łożem z Lutowisk. Czasami liczba gwiazdek w hotelu nie odpowiada subiektywnym odczuciom gości.

Wkrótce cała sypialnia została pokryta gęsim puchem, ponieważ w trakcie bitwy na poduszki pękła wsypa. Śnieżna sceneria zawitała również do nas, do hotelu.

W dzień odjazdu byliśmy nieprzytomni, gdyż noc minęła bez godziny snu. Nie pamiętam podróży do Warszawy, gdyż cały czas spałam przytulona do Adriana.

 

IV. Na lotnisku

Po powrocie postanowiliśmy, że spotkamy się za dwa dni. Nie chciałam towarzyszyć Adrianowi w rodzinnych uroczystościach. Miał liczną rodzinę i czułabym się nieco skrępowana opowieściami o Bieszczadach. Chciał abym tylko ja odprowadziła go na lotnisko. Tak też się stało.

Tuż przed odprawą celną wręczył mi plastikową teczkę, poprosił abym ją otworzyła dopiero, gdy samolot wystartuje.

- Bożenka, to były wspaniałe chwile, nie zapominaj o mnie. Będę daleko, ale myślami i sercem zawsze z tobą. Przyjedź do mnie, znajdziemy sobie chatkę w Górach Skalistych. Może uda nam się przywołać klimat i zauroczenie naszych ostatnich dni w Bieszczadach. Już nie będę patrzyć na twoje stare zdjęcie, mam nowe, których jeszcze nie widziałaś.

- Nie rozumiem – powiedziałam. Mówisz samymi zagadkami.

- Żegnaj, uściśnij i pocałuj mnie! Kocham cię!

Rozstaliśmy się, długo machałam mu ręką na pożegnanie ze łzami w oczach. Nagle zadzwonił telefon.

- Przesyłam ci twoje i nasze nowe zdjęcia. Zrobiłem je w Lutowiskach rano, gdy jeszcze spałaś. Masz je również w swoim aparacie, ich jakość jest duża lepsza niż tych z telefonu. Miałem kłopoty z przegraniem ich, bo Sony ma specyficzne wtyki – tłumaczył się Adrian.

Nagle przypomniały mi się poranne błyski w Lutowiskach, to nie były zjawiska atmosferyczne, tylko lampa błyskowa mojego aparatu.

- Kochanie, ale te zdjęcia są delikatnie mówiąc lekko nieprzyzwoite, prawie pornografia. Nie chciałabym, aby stały się tematem Polaków nocnych rozmów, zwłaszcza w męskim towarzystwie – odpowiedziałam.

- Nie posądzaj mnie o podobne grubiaństwo! – wykrzyknął Adrian. Dla mnie są świadectwem cudownych i niezapomnianych chwil, które przeżyłem z tobą. Mogę ci złożyć pisemne oświadczenie e-mailem i listownie na ten temat. Czyż artystyczna fotografia nie stanowi dziedziny sztuki? – zagadnął Adrian.

- Komandorze, to jest rozkaz! Nie wolno ci nikomu pokazywać tych zdjęć! – krzyczałam wniebogłosy aż przystanął oficer służby celnej.

- Jak ci się podobają moje rysunki? – zapytał mój zwariowany przyjaciel.

Otworzyłam teczkę, w której znajdowały się moje akty, portrety i pejzaże bieszczadzkie.

- Malarze od dawien dawno malowali akty kobiece, więc nie mam się o co gniewać. Chyba wyglądam ładniej niż w rzeczywistości. Aktów nie powieszę na ścianie, ale umieszczę w specjalnym albumie, który schowam pod poduszką. Widoki górskie oprawię i powieszę w salonie i sypialni – odpowiedziałam. Adrian, jesteś niesamowity, ale cię kocham!

- Ja chyba śnię. Czekałem na te słowa prawie trzydzieści lat! Chyba wypiję szampana – rzekł do mnie Adrian na zakończenie rozmowy.

- „Taka jest wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba”. Pozwól, że przypomnę ci twój ulubiony cytat - powiedziałam na pożegnanie.

 

Bożena Joanna

 

Styczeń 2018

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Agnieszka Gu ponad tydzień temu
    Witam,

    Drobiazgi: "...rodzicami w Bieszczadach? – prawda?" wstawienie pauzy w takim miejscu sugeruje koniec dialogu. A słowo: "prawda?" w moim odczuciu, jest dalszą jego częścią. To trochę mylące.
    "Przytul się do mnie, śpij spokojnie – Nie ma powodu do obaw – odrzekł mój kochanek." - podobnie jest tutaj.
    " tyle straconych lat – nie żałujesz? – zapytał." - jw
    "- O której jutro wyjeżdżamy? – Dobre pytanie – odpowiedziałam. To nie zależy od nas." - a tu się już całkiem pogubiłam. Dwa razy czytałam, żeby dobrze zrozumieć.
    "- Dobre pytanie - odpowiedziałam. - To nie zależy od nas" - od nowej linijki, a przed "To" - spacja, wtedy wiadomo o co chodzi.

    "Komandor" hmmm mężczyźni w mundurach, generalnie wyglądają dużo lepiej . No a komandor - widzę arcyprzystojnego mężczyznę przed oczami :))
    "Moja droga zołzo, " - lubię ;))

    Cudowne, romantyczne spotkanie :) Przyjemna opowieść, z klimatem.
    Masz elegancki styl pisania. Taki przesycony kulturą i klasą. Jestem zachwycona.
    Pozdrawiam serdecznie :)
  • Bożena Joanna ponad tydzień temu
    Dziękuję Agnieszko za poprawki w dialogach. To chyba jest moja pięta achillesowa. Muszę na spokojnie przeanalizować wszystkie poprawki naniesione do moich tekstów, aby postarać się popełniać mniej błędów. Interpunkcja była zawsze moją bardzo słabą stroną.

    Cieszę się, że spodobało Ci się moje opowiadanko. Serdeczne pozdrowienia!
  • Blanka ponad tydzień temu
    Cudowny klimat, takie szczere, prawdziwe emocje, a wszystko napisane pięknym językiem. Bardzo mi się podobało, pzdr:)
  • Bożena Joanna ponad tydzień temu
    Dziękuję za miły komentarz. Pozdrowienia!
  • Dekaos Dondi ponad tydzień temu
    Ciekawie piszesz i gładko się czyta. Nie ''haczy'' przy czytaniu. Chyba unikasz powtórzeń. Dialogi - takie...ludzkie. Pozdrawiam - 4,5
  • Bożena Joanna ponad tydzień temu
    Bardzo dziękuję i pozdrawiam!
  • pasja dzisiaj o 10:42
    A wiesz Bożenko, że wszystkie te miejsca znam jak własną kieszeń. W Lutowiskach u Maryjki jadłam kwaśne mleko, tak jadłam, bo można było je kroić nożem. A bańka była zatopiona w zimnej studni. Pamiętam jeszcze te dzikie Bieszczady, bo potem kiedy weszła korporacja Iglopol, to zaczęto burzyć naturę.
    Twoje wspomnienia są dla mnie tak bliskie. Moje obozy wędrowne, Cisna i piwo w knajpie U Żyda na zakręcie do Dołżyc. Dolina Wołosate i szczyty, połoniny i miłość też. Konie i Sylwester U Kmity.
    Tak bardzo mnie nastroiłaś, że poczułam łzy na policzkach. Dziękuję.
    Ukłony dla Autorki
  • pasja dzisiaj o 10:57
  • Bożena Joanna 8 godz. temu
    Moje wspomnienia z Bieszczad są dość świeże, gdyż odwiedziłam Lutowiska pod koniec września 2017, a celem była cerkiewka w Smolniku. O innych okolicach mogłam pisać na podstawie wspomnień z dawnych lat. Swoją "love story" osadziłam w Bieszczadach ze względu na bliskie wspomnienia i szaloną włóczęgę po okolicach, którą może opiszę kiedyś jako reportaż. Chciałabym tam jeszcze wrócić aby zobaczyć rzeźbiony ikonostas w pobliżu Soliny, wieżę lotniczą w Bezmiechowie i cerkiew-kościółek w Równej. Cieszę się, że mogłaś przeżyć miłe chwile czytając moją opowiastkę. Pozdrowienia!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania