Mroczny Cień-Rozdział 35 Niespodziewana wojna

Mały Krzykacz chodził, jak oparzony po swoim gabinecie z niecierpliwością oczekując swoich generałów. Lekko drżącą rękom przejeżdżał po kanciastym wąsiku, odczuwał coraz o większe bóle, dlatego doktor Mirell musiał zapisywać mu coraz większe ilości tego samego leku, dziwne, że Indiański dyktator tak przeczulony na punkcie swojego bezpieczeństwa, nie zastanawiał się nad łykaniem jednego i tego samego preparatu na wszelkiej występujące schorzenia, tylko bezgranicznie ufał tłustemu doktorowi. Dowódcy trzech armii Wilhelm Liib, Fedor Bick, Gerd Rindsted przybyli godzinę później, niż zakładano, zastając wodza w złym humorze.

– Spóźniliście się! To jest skandal! – Z podniesionym palcem i niską posturą wyglądał śmiesznie wobec trzech postawnych generałów.

– Ależ wodzu, mamy stosowne wytłumaczenie. – Spojrzał na Gerda, oczekując wyjaśnień.

– Sprawdzaliśmy stan wojsk do operacji Czerwony Młot, trzeba uwzględnić wiele czynników, nim zaczniemy. – Wydawało się, że gniew Małego Krzykacza zanikł, jednak gdy tylko doszedł do swojego biurka, grzmotnął pięścią w drewniany blat.

– To jest burdel, a nie wojsko! Generałowie robią, co chcą, żołnierze nie walczą z poświeceniem, a wasz wódz czeka, jak głupi osioł. Powinniście w pierwszej kolejności zawiadomić mnie o przeglądzie armii, to ja jestem waszym podwładnym, czy szefem do jasnej cholery! Macie szczęście, że wasze prawdziwe Indiańskie imiona musiały zostać zmienione na potrzeby dokumentacji wojskowej, gdybym zwracał się nimi do was, popełniłbym profanacje pamięci naszych szlachetnych przodków. Normalnie rozstrzelałbym was za niesubordynacje, jednak w dobie wojny o szlachetną sprawę, nie mogę sobie na to pozwolić. Nie myślcie sobie, że o tym zapomnę, przekroczcie, choć o jeden raz za dużo pewną granicę, a moja litość nie będzie obowiązywała. Zrozumiano? – Obserwując tę scenkę z perspektywy trzeciej osoby, można zauważyć, że każdy gest, słowo było starannie zaaranżowane przez naczelnego wodza Barbarik, by ukazać swoją wyższość oraz sprawiedliwość ojcowską, w końcu każdy z jego żołnierzy był dla niego dzieckiem.

– Tak Naczelny Wodzu. – Cała trójka odpowiedziała, stukając obcasami swoich oficerskich butów.

– Skoro rozumiemy się, przejdziemy do poważniejszych spraw. Czy ten dureń Stalin coś przeczuwa? – Wyciągnął z szuflady garść białych tabletek, po czym połknął je na raz, popijając szklanką wody, stojącą nieopodal. Jeden z generałów rozłożył na wielkim, drewnianym stole narad ogromną mapę.

– Czerwoni są zbyt pewni siebie, przeciągają swoje ataki na północy Cesarstwa, licząc, że nasze wojska wykrwawią się w walce. Zupełnie nie spodziewają się, że nasze oddziały szkoleniowe nie ćwiczą do centralnego ataku na pozycje wspólnego wroga, tylko gotują się do zmiażdżenia czerwonej zarazy. Armia „Północ” Wilhelma uderzy w kierunku Rusogradu, „Środek” Bicka najedzie na Cargród, a moje „Południe” zajmie bogate w zasoby rejony górskie Komunistik. Dzięki przewadze w powietrzu i na lądzie zdmuchniemy ten marny twór. – Rindsted swoją wypowiedź wzbogacał, ukazywaniem za pomocą ruchomych magicznych pionków operacje Czerwony Młot.

– A co z Cesarstwem? Z raportów wynika, że natrafiliśmy na zorganizowany opór przeciwnika.

– Znaleźliśmy już punkt przebicia, po prostu obejdziemy tę zaporę i zajmiemy główne miasto, jak Cesarz będzie w naszych rękach to po wojnie, Monarchia Barbarik będzie władać całą krainą centralną z tobą wodzu na czele, kwestią czasu jest, to kiedy inne nędzne kraje upadną pod naszymi stalowymi, pancernymi pięściami.

– Bardzo dobrze, bardzo dobrze, więc zacznijmy to przedstawienie. – W oczach dyktatora można było zauważyć szaleństwo, dla dobra kraju obecni oficerowie postanowili zapomnieć o tym. Ta postawa będzie dużo kosztować ich rodaków.

 

Na granicy Barbarik-Komunistik Wania spokojnie pełnił wartę, mógł odpocząć od walk w Frostlandzie, stracił tam masę towarzyszy włącznie z ojcem i bratem. Sprawdził swojego Mesina, oczyścił go dłonią z kurzu i wpatrywał się w krajobraz, marząc, by uwiecznić ten piękny pejzaż na płótnie. Z pięknych, choć nierealnych marzeń wyrwało go wycie silników, nie było w tym nic dziwnego, gdyby nie dodatkowy odgłos z nieba, wskazujący na dużą ilość samolotów. Nie chcąc oberwać za brak czujność, pobiegł do swojego dowódcy, Wladimira Rustokowicza.

– Towarzyszu dowódco!

– Czego?! – Żołnierz musiał mu przerwać zabawę z jego młodziuteńką kochanką z zajętego księstwa.

– Melduję, że po stronie naszego sojusznika obserwuje wzmożony ruch, zarówno w powietrzu, jak i na lądzie. – Już chciał, zwyzywać swojego żołnierza za błahy powód wtargnięcia, gdy sam usłyszał dudnienie, od którego przewróciła się karafka z wódką. Ubierając się szybko, wyskoczył na zewnątrz, w samą porę, by zobaczyć, jak nowiusieńkie Infernusy stają się kupą płonącego złomu.

– Towarzyszu, towarzyszu. Co się u diabła dzieje? – Przestraszony Wania podbiegł do Wladimira, ściskając mocniej broń.

– Wojna, żołnierzu, wojna, te sabaki zrobiły nas w konia. Bierz konia i kryjąc się na skraju lasu, przedostań się do dowództwa, my będziemy próbowali drogą radiową. Zasialiśmy wiatr, to teraz zbierzemy burzę...

Siły Barbarik wdarły się z impetem w kraj dotychczasowego sojusznika, mimo lepszego sprzętu od Cesarstwa czerwoni ponosili ogromne straty w ludziach i zaopatrzeniu, cały czas cofając się, brak odpowiedniego dowództwa, pozbawieni koordynacji między oddziałami, czy też przewagi w powietrzu, mogli sobie pomarzyć o skutecznej obronie, dodatkowo Stalin zamknął się w swojej daczy, zostawiając kraj na pastwę napastnika, nie spodziewał się, że Mały Krzykacz może go wyprzedzić. Zaczynał się decydujący moment wojny o równiny Falsus.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania