Mur-Część III-Rozdział 1

Droga do wielkiego jeziora prowadziła na północ, przez gęsty las wypełnionymi wszelakimi zagrożeniami począwszy od mutantów, a skończywszy na przeszkodach naturalnych w postaci ukrytych bagien. Musieliśmy przygotować odpowiedni ekwipunek oraz zapasy jedzenia i wszystko to pomieścić w plecakach dla trzech osób. Zajęło nam to parę dni, ale udało się.

Szaman odprawił obrzęd do duchów, by nas strzegły przed przeciwnościami losu, a Ares kolejny raz przysiągł, że nie zawiedzie. O dziwo wierzyłem mu na słowo, kłóciliśmy się wiele razy, ale nie znałem istoty bardziej godnej zaufania. Ruszyliśmy więc w niebezpieczną drogę, a kapiący z zachmurzonego nieba deszcz studził nasze wątpliwości.

— Co możecie powiedzieć mi o tych Rekinach? — spytałem, nie zaprzestając stawiania następnych kroków.

— Niewiele. To plemię uwielbia izolację i swój gatunek. — odpowiedziała Freja, podpierając się drewnianym kijem. — Jeśli wyczują, że stanowisz dla nich zagrożenie, niemal natychmiast pożrą cię.

— A system władzy? Mają króla, czy kogoś podobnego?

— My nazywamy to dyktaturą. Mieszkańcy jeziora są ściśle podporządkowani jednemu wojownikowi, władza absolutna, brak jakiejkolwiek rady, czy innego zgromadzenia. Może skazać cię na śmierć za ledwie złe spojrzenie. U nich władcy rzadko się zmieniają, wybierani w czasie wielkiego turnieju, królują aż do swojej śmierci. Możliwe jest przejęcie tronu, wtedy to dwie drużyny pod wodzą rywali ścierają się ze sobą, walka trwa, póki nie padnie ostatni z przeciwników. Nie ma litości. Rodziny przegranych stają się niewolnikami zwycięzców, dlatego tak niewielu decyduje się na taki krok.

Zapanowała cisza, musieliśmy skupić się na drodze, a rozmowa w tym znacząco przeszkadzała. Sam tego doświadczyłem, gdy łąka pod mymi stopami rozstąpiła się, zmieniając w dziurę z wielkimi i licznymi zębami. Tylko dzięki refleksowi Kiry, uniknąłem zjedzenia.

— Wielki Pożeracz. — Skwitowała jednym słowem Freja. — Porusza się pod ziemią i układa się pionowo, łącząc się magicznie z nawierzchnią. Miałeś pecha Shadow.

— Pecha? Prawie zginąłem, trudno mówić tu o pechu. — Odparłem, z trudem łapiąc oddech.

— Pożeracz żywi się raz na miesiąc, widocznie jeszcze nie trafiły mu się żadne ofiary.

Gdy oczyma pamięci znów zobaczyłem te zębiska, ogarnęły mnie dreszcze. Co innego walczyć z widocznym lub ukrywającym się między drzewami wrogiem, a co innego z cholerną istotą pułapką. Ach Bogini twoje twory zaczynają przyprawiać mnie o strach i przerażenie.

Szliśmy więc, pokonując liczne niebezpieczeństwa przed sobą. Myślałem, że to południe było niebezpieczne, jednak z północą było to samo. Ogromne szerszenie, dzikie guźce z ostrymi, jak brzytwa kłami, czy wygłodniałe stada lampartów, atakujące zza zarośli. A to tylko przykłady, z czym musieliśmy się mierzyć. Kurczę przecież jeszcze nie minął nawet dzień, od kiedy wyruszyliśmy z wioski.

W końcu zaczął zapadać zmrok, również zmęczenie dało się w oznaki.

— Rozbijamy obóz? — spytałem, znając odpowiedź.

— Padam z nóg. Czy prawie wszyscy mieszkańcy tego kawałka lasu musieli stawać nam na drodze? Zwykle łowcy nie mają z tym problemu. — Z widoczną ulgą legła na miękkiej trawie.

— Radzę ci uważać Kiro, tutejsze węże są większe, silniejsze i przede wszystkim szybsze. Nawet się nie spostrzeżesz, kiedy zginiesz.

— A skąd ty tyle wiesz, co mądralo? Nie potrafisz dobrze zrobić pola, czy innych podstawowych rzeczy, a rzucasz informacjami, jak małpa własnym gównem. — Trudno uniknąć zgrzytów, skoro mieszka się razem, szczególnie, jak są to jeden mężczyzna i dwie kobiety.

— Oprócz walki, Srebrne Wiedźmy muszą opanować odpowiednią wiedzę. Do tego służą książki, chyba wiesz, co to jest książka? — rzuciła sarkastycznie.

— Dziewczyny może tak wykorzystalibyście resztkę energii nie na kłótnie, ale na przygotowanie obozowiska? Przypominam, że do celu daleko. — Musiałem się wtrącić, te dwie rozniosłyby w pył całą okolicę. Lepiej nie marnować sił na to.

— Dobra, dobra. Już jestem grzeczna. — Odparła, wyjmując liść z ognistych włosów. — Policzę się z tobą po naszej wycieczce, więc uważaj, jak mnie traktujesz.

Kochana Kira, nigdy nie traciła przy sposobności, by mnie uderzyć. Zawsze kończyło się to w łóżku i nieprzespanej nocy, nie wiem, czy po prostu nie traktuje tego jako gry wstępnej.

— Z pomocą magii zawiesimy namiot pomiędzy drzewami. Otoczymy je pnączem, wzbogaconym maną z kolcami. Żadne zwierzę nie powinno przejść takiego zabezpieczenia. — Wtrąciła się Freja.

— Nie powinno? — powtórzyła jej towarzyszka. — Jakoś mnie to nie przekonuje panno wszechwiedząca.

— Nie przejdą. Pasuje ci? Mana działa odstraszająco, a w połączeniu z kolcami efekt będzie podwójny. Jeśli użyjemy do tego magicznej siatki, nawet robale nie przyjdą się przywitać.

— Wreszcie sensownie gadasz. — Klepnęła dziewczynę mocno w plecy. — Musimy się pospieszyć, zaraz zrobi się ciemno.

Nie zdążyliśmy przed zmrokiem, zajęło nam kilka godzin przyszykowanie bezpiecznego miejsca do spania. Na szczęście nic nas nie zaatakowało, a rezultat wynagradzał włożony wysiłek. Ułożyliśmy się w namiocie, gdzie otuliła nas słodka ciemność. Żadne z nas nie miało ochoty na igraszki, zasnęliśmy, wyczerpani dniem dzisiejszym.

Znów śniłem, że byłem wilkiem. Czułem w nozdrzach smród krwi i spalenizny, a dalekie krzyki ludzi rozsadzały uszy. Biegłem, ile sił w łapach w stronę unoszącej się łuny pożaru, tam znajdowała się moja wioska, schronienie. Co się tam stało, słońce podpaliło jakiś budynek, a może ktoś zaatakował. W myślach stanął mi obraz znajomej ludzkiej dziewczyny, która dzień w dzień karmiła mnie smakowitymi kąskami. Miałem nadzieję, że nic jej nie jest. Szkoda takiej ładnej i dobrej dwunożnej. Nie przestawałem, biegnąc, póki nie ujrzałem zabudowań, pomiędzy nimi dostrzegłem uzbrojonych ludzi, podpalających wszystko dookoła.

— Masz za swoje... przeklęty wilku — jąkał się lis, stojący na skraju lasu. — Nie chciałeś dać nawet jednej małej kury, więc ja zabiorę ci ludzi.

— To twoja sprawka tchórzu? — zawarczałem.

— Ja? Nic nie zrobiłem, tylko przyprowadziłem tu wygłodniałych bandytów, uciekających przed strażą.

Myślał, że odległość go ochroni, mylił się. Jednym susem znalazłem się przy nim, patrząc w przestraszone oczy, wbiłem się zębami w ciało. Nie chciałem, by ginął. Pragnąłem, aby cierpiał. Zostawiłem piszczącego z bólu lisa i ruszyłem do wioski. Wszystko płonęło wściekłym ogniem, a liczne ciała tarasowały przejście. Nawet ten irytujący człowiek ze straganem pełnym mięsa leżał w kałuży krwi, wpatrując się szklistym wzrokiem w niebo. Tego skąpiradła nie było mi szkoda.

Usłyszałem krzyki, dochodzące z wielkiego budynku nieopodal. Skierowałem się w tamtą stronę. Ujrzałem grupkę bandytów, trzymającą za ręce moją dobrodziejkę. Miała podarte ubrania, a z pięknych oczu kapały łzy. Próbowała się wyrwać, lecz nie miała wystarczająco siły, by sprostać umięśnionym napastnikom. Między jej nogami, z parszywym, brzydkim gołym tyłkiem klęczał jeden z nich, wykonując jednostajne ruchy. Reszta tylko śmiała się z cierpienia dziewczyny.

Miałem dość tej farsy, skoczyłem pierwszemu do gardła, krew zabarwiła siano, a on sam runął, charcząc.

— Hans, Sven zabijcie tego kundla. — Zawołał jeden z gwałcicieli w stronę stojących włóczników.

— Po co Olafie brudzić sobie ręce? Zastrzelmy go — Oprawca wyjął pistolet z kabury i celował do mnie.

— Piesku! Uciekaj! — krzyczała ofiara. Nawet w swej obecnej sytuacji, martwiła się o mnie. Nie mogłem jej zostawić. Zwiększyłem swój rozmiar i za pomocą ogona rzuciłem martwe ciało w strzelca.

— To mutant! Szybko brać go! — Ich herszt wreszcie zrozumiał zagrożenie. Było jednak zbyt późno, zaślepieni swymi pragnieniami, porzucili dość daleko broń. Rzuciłem się na kolejnego, przegryzając go na pół. Następnych zmiażdżyłem łapami. Krew była dosłownie wszędzie, a ciała zabitych drgały w śmiertelnych podrygach. Zmniejszyłem się i podszedłem do rannej. Zapiszczałem, delikatnie ją dotykając.

— Więc ty również masz swoje tajemnice piesku? — Uśmiechnęła się słabo. — Nie martw się, nic mi nie jest. Po prostu muszę sobie z tym poradzić, a to nie jest takie łatwe. — Łza popłynęła po jej policzku.

Na chwile zostawiłem ją, idąc do rzeki. W całej wiosce tylko ona nie była aż tak mocno zabarwiona szkarłatem. Wstąpiłem w jej odmęty, zmywając z siebie krew. Musiałem pomóc dziewczynie, ale jak? Jest za słaba, by trzymać się mojego grzbietu, a sam nie dam rady jej przenieść. Gdybym tylko miał ręce, by przenieść ją w bezpieczne miejsce. Zaraz, zaraz, a może jednak? Przypomnij sobie, jak nauczyłeś się zmieniać postać na większą.

Skup się, rozłóż tę dziwną energię po całym ciele i wyobraź sobie, że zmieniasz się. Stoisz na dwóch łapach, a przednie łapy zachowują się, niczym ludzkie. Nic się nie działo. Skupiłem się jeszcze bardziej, zwiększając ilość many. Wreszcie poczułem ogromny ból, rozdzierający ciało. Gdy wreszcie to minęło, wstałem. Spojrzałem na swe włochate ręce oraz na resztę ciała. Byłem dwa razy większy od przeciętnego człowieka. Nie wiedziałem, czy dziewczyna nie przestraszy się mojego nowego wyglądu, musiałem zaryzykować.

Z trudem stawiając pierwsze kroki, dotarłem z powrotem do budynku. Umęczona, brudna twarz wyglądała okropnie, czułem, że umierała.

— Ty... nie... spać... — Z trudem powiedziałem, używając jej języka.

— To ty piesku? Jestem taka zmęczona, mama i tata wołają mnie na tle jaskrawego światła.

— Ty... nie... spać... Ja... uratować... cię. — Wprowadziłem dziwną moc w ranną. Na początku nie zauważyłem efektu, dopiero po chwili otwarła oczy.

— Wyglądasz pięknie piesku, a nawet mówisz pięknie. Nie dasz mi odpocząć, prawda? — odparła, uśmiechając się.

— Ty... iść... ze... mną. — Nadal mówiłem z przerwami, choć zrozumiale. Uniosłem ją delikatnie, starając się nie uszkodzić drobnego ciała. Z odrazą spojrzałem na zabitych, jak mogli stworzyć taką dobrą duszyczkę? Nic im nie zrobiła, więc dlaczego? Przeniosłem wzrok na śpiącą, czułem ogromne przywiązanie do niej, już nigdy nie zostawię tej dziewczyny samej. Zmierzałem w stronę lasu, zostawiając płonące pogorzelisko.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania